Nie da się tego po prostu ogarnąć, zrozumieć. Wytłumaczyć walką klas, starciem dobra ze złem czy interwencją Opatrzności (no chyba że działa ona pod wpływem nieznanych dotąd substancji psychoaktywnych). Trudno też doszukiwać się genetycznych błędów u bohaterów tych wydarzeń – nie pochodzą przecież z arystokracji… Ba! Nawet darwinizm z pomocą nie przychodzi, bo jeśli przyjąć, że przetrwają osobniki najlepiej przystosowane, to do czego właściwie przystosowali się Putin z Trumpem?


Żyjemy w świecie, który zależy od dwóch facetów, rządzących najpotężniejszymi imperiami świata, a którzy rozmawiają ze sobą na poziomie kiboli ustanawiających stadionową zgodę po czterech setkach. Hordy barbarzyńców też były przed wiekami mało wysublimowane, a za to krwiożercze, ale ich wpływ na zwykłego, mieszkającego w kurnej chacie człowieka był wyłącznie bezpośredni. To znaczy istniał wtedy, gdy barbarzyńca trafił w owego człowieka którymś z narzędzi bojowych. Nawet Juliusz Cezar, kiedy akurat nie wysyłał swoich legionów w najbliższą okolicę, oddziaływał na ludzkie życie w sposób umiarkowany.

Od prezydentów USA i Rosji zależymy bezpośrednio, pośrednio i w każdy inny sposób. Nasze bezpieczeństwo osobiste, narodowe, ekrany naszych komputerów – wszystko to  należy do nich. O takich drobiazgach, jak kartka wyborcza, nawet nie ma co wspominać.

Trudno uwierzyć w taki świat. Obrazki z konferencji w Helsinkach nawet nie muszą być przerabiane na memy. Towarzyszy im zbiorowy jęk mediów, a nawet współpracowników Donalda Trumpa. Po stronie rosyjskiej – jak zwykle – cisza. Na naszych oczach zmienia się geopolityczny układ świata, bez naszego wpływu i bez żadnej, nawet szczątkowej kontroli, jakichkolwiek demokratycznych struktur. A naukowcy i informatycy na polityczne zamówienie tworzą już kolejne algorytmy, jak włamać się do naszych mózgów.