📻 NAJLEPSZY POLITYK ŚWIATA. Ale bez szans prezydenckich w USA

Z kandydatem na gubernatora Kalifornii rozmawia Jakub Dymek

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Paweł Sito.


DRODZY CZYTELNICY, ZDAJEMY SOBIE SPRAWĘ ŻE CZYTANIE WYWIADÓW Z POLITYKAMI NIE MUSI BYĆ KONIECZNIE NAJWIĘKSZĄ PRZYJEMNOŚCIĄ INTERNAUTY. A JEDNAK WARTO ZOBACZYĆ, ŻE MOŻE BYĆ KTOŚ Z TAKIMI POGLĄDAMI NA ŻYCIE , ŚWIAT I POLITYKĘ. NIESTETY NIE W POLSCE . I , NIESTETY, Z POWODU SYSTEMU POLIYCZNEGO W USA, BEZ SZANS NA PREZYDENTURĘ.

Nie zbudujesz muru na granicy z technologią

Jakub Dymek: Jest Pan transhumanistą – członkiem ruchu, który opowiada się za poszerzaniem możliwości i przełamywaniem granic ludzkiej cielesności i psychiki przy użyciu nowych technologii. Co jednak perspektywa transhumanistyczna może wnieść do dyskusji politycznej? Czy w ogóle transhumanizm ma jakiś wpływ na politykę?

Zoltan Istvan: Dziś transhumanizm wpływa na politykę w niewielkim stopniu. Ale jednocześnie to ruch, który rokrocznie poszerza zakres działania po dziesięciokroć. Rośnie, można powiedzieć, w sposób wykładniczy. Więc, co jasne, skutki popularności i wpływu transhumanizmu będą coraz bardziej widoczne w dyskusjach politycznych i tu w Ameryce, i globalnie. Akurat tego, że transhumanizm będzie wyznaczał tory dyskusji politycznej w przyszłości, jestem pewien.

Zoltan Istvan transhumanista
Zoltan Istvan, fot. zoltanistvan.com

Zwróć uwagę na jedną rzecz. Dziś prezydent Trump może mówić, że imigranci zabierają miejsca pracy w przemyśle (i miejsca pracy w ogóle). Ale nie będzie mógł tego powtarzać aż do 2020 roku, bo to zwyczajnie nieprawda. Coraz więcej i więcej osób zdaje sobie sprawę, że to nie imigracja, lecz automatyzacja i technologia kradnie im pracę. A nie zbudujesz przecież muru na granicy z technologią, prawda?

To jeden z przykładów na to, jak już teraz głos transhumanizmu może być słyszalny w debacie politycznej. A nie dotyczy to przecież wyłącznie miejsc pracy. Pomyśl o sytuacji, gdy za jakiś czas w przyszłości całe pokolenie chińskich dzieci będzie miało technologicznie wspomagane, wyższe IQ. Czy Ameryka potraktuje to jako zagrożenie dla swojego bezpieczeństwa czy też nie? A nawet nie wchodzę tu jeszcze w inżynierię genetyczną…

Czyli uważa Pan, że dziś polityka nadal poświęca tym zagadnieniom za mało uwagi?

Absolutnie tak. To zadziwiające, że w debatach prezydenckich między Hillary Clinton i Donaldem Trumpem nie było słowa o robotach, sztucznej inteligencji, inżynierii genetycznej – żadnej z tych rzeczy. A wszystkie te sprawy – nawet jeśli jeszcze nie zmieniają oblicza polityki – zmieniają realia życia i pracy w skali całego świata.

Niełatwo jest powiedzieć wyborcom, że roboty rzeczywiście przejmują pracę i bardzo wiele się zmienia.

Ale istnieje proste wytłumaczenie, dlaczego tak mało się o tym mówi. Niełatwo jest powiedzieć wyborcom, że roboty rzeczywiście przejmują pracę i bardzo wiele się zmienia, jeśli chodzi o pracę, życie, usługi publiczne i edukację. Stwierdzenie tego wprost raczej nie przyda nikomu głosów. Ale przemilczanie tego nie zmienia faktu, że technologia i tak przyspiesza.

Inna rzecz: długość życia. Wiele instytucji – urzędy pracy, system opieki itd. – zostało zbudowanych w oparciu o pewną przewidywalną długość życia. Ale ona się gwałtownie wydłuża, a technologia i medycyna pomagają żyć dłużej większej liczbie osób. Ten czynnik chyba należałoby ująć w dyskusjach o polityce społecznej, prawda? A tak się nie dzieje.

Można, nieco tylko złośliwie, stwierdzić, że nie możemy oczekiwać biegłości w tych tematach od polityków, którzy nie radzą sobie na co dzień z obsługą prywatnego konta e-mail czy Twittera.

Zabawny paradoks: transhumaniści opowiadają się za przedłużaniem życia, ale jedną z konsekwencji tego byłoby również to, że mielibyśmy jeszcze więcej tych starzejących się polityków, którzy już są dinozaurami w świecie internetu. Czeka nas niezły bajzel, skoro elita rządząca nie zna podstawowych zasad funkcjonowania współczesnej techniki i komunikacji on-line. Owszem, prezydentem możesz być co najwyżej dwie kadencje, ale ubiegać się o miejsce w Senacie lub Izbie Reprezentantów możesz bez ograniczeń, do końca swoich dni.

Pan jednak sam chce ubiegać się o urząd – gubernatora Kalifornii – z poparciem Partii Libertariańskiej. Co transhumanistyczny kandydat może zaoferować wyborcom, w których technologia budzi nie nadzieje, lecz obawy co do dobrobytu i powodzenia dla nich i ich rodzin?

Dawno temu podjąłem decyzję, żeby opowiedzieć się za bezwarunkowym dochodem podstawowym i wciąż wierzę, że – o ile nie znajdziemy w porę nic innego – to najlepsze rozwiązanie na najbliższy czas, dla którego nie ma poważnych alternatyw. Po prostu: jakaś forma dochodu gwarantowanego powinna wesprzeć pracowników w czasie, gdy coraz więcej miejsc pracy podlega automatyzacji. Niektórym libertarianom, zwolennikom nieskrępowanej wolności gospodarczej i minimalnej roli państwa, to nie odpowiada. Ale nawet oni powinni zastanowić się nad tym, jak ma funkcjonować przedsiębiorczość, handel i kapitalizm, gdy roboty przejmą pracę w skali globalnej.

Jest przecież całkiem możliwe, że kapitalizm przetrwa kolejne 20 lub 30 lat, podczas gdy realna gospodarka będzie się zwijać. Kapitalizm, jaki znamy, będzie pod wielką presją w najbliższych pięciu-dziesięciu latach. Coraz więcej osób będzie głośno pytać, jak właściwie powinniśmy przeorganizować model gospodarczy, aby zaspokajał choćby podstawowe potrzeby bytowe. Już teraz tracimy miliony miejsc pracy m.in. przez automatyzację. Moim zdaniem doliczymy się kilku milionów do wyborów w 2020 roku w samej Ameryce, ale do 2025 roku będziemy mówić już o 20-30 milionach.

W dzisiejszej Ameryce 49% populacji w ten czy inny sposób jest uzależniona bytowo od usług społecznych, czyli od rządu.

Uważa się Pan za libertarianina i transhumanistę – i tak się przedstawia: libertariański transhumanista. Jednak zarazem domaga się Pan programu podboju kosmosu, doinwestowania nauki, bezpłatnego szkolnictwa i uniwersalnego dochodu podstawowego. Wszystkie te postulaty wymagają rządowego finansowania, nadzoru i centralnej władzy zdolnej je realizować.

I właśnie z tego powodu wielu libertarian nie uważa mnie za swojego człowieka! [śmiech] Powód, dla którego ruch libertariański nie osiągnął nic znaczącego we współczesnej polityce ani nawet nie zaskarbił sobie sympatii mediów, dotyczy właśnie między innymi rzeczy, które tu wymieniliśmy. Oni, gdy mowa o takich programach i propozycjach, okazują się nagle zupełnie nieżyciowi. W dzisiejszej Ameryce 49% populacji w ten czy inny sposób jest uzależniona bytowo od usług społecznych, czyli od rządu. Niezależnie czy mówimy o zasiłkach, ubezpieczeniu zdrowotnym czy zapomodze żywnościowej. A więc połowa głosujących obywateli i tak polega na rządzie, podczas gdy libertarianie dalej przekonują, że rząd jest do niczego niezdolny. To ich ślepa plamka.

Zoltan Istvan transhumanista
fot. halfrobot_by_ahmedbekeer, deviantart.com

Jako libertariański transhumanista, nie wierzę w redystrybucję jako narzędzie fiskalne. Mówiąc prościej: nie widzę sensu w tym, żeby opodatkować wyłącznie bardziej zamożnych, a więcej przekazać uboższym. Ale wierzę w redystrybucję jako lepszą alokację zasobów. Na przykład poprzez technologiczne usprawnienie biurokracji i usług publicznych, co uwolni środki budżetowe konieczne do zainwestowania gdzie indziej. Uważam więc, że do pogodzenia jest podejście libertariańskie i wsparcie jakiejś formy interwencji rządowej.

Dobrze, ale jak by to miało wyglądać w praktyce?

Mamy w San Francisco koszmarny problem z bezdomnością. Uważam, że powinniśmy sfinansować program budownictwa komunalnego i dosłownie zmusić bezdomnych do zamieszkania w tych domach. I powód, dla którego stoję na tym stanowisku, jest banalny. Byłem w ratuszu w San Francisco, razem z moją córeczką, żeby złożyć niezbędne do zarejestrowania mojej kandydatury dokumenty. I nie mogliśmy przejść chodnikiem, żeby nie nadepnąć na zużyte igły i ludzkie odchody.

W tylko jednym hrabstwie, Los Angeles, w Kalifornii jest 50 tys. bezdomnych. I to granica, za którą kończy się mój libertarianizm: gdy problem społeczny – jak bezdomność – pozbawia innych ich praw obywatelskich. Ja nie mogę bezpiecznie pójść do własnego ratusza jako obywatel i skorzystać z moich praw wyborczych. I wtedy państwo ma obowiązek coś zrobić.

Rozumiem, że to może być frustrujące. Zamożne, liberalne i innowacyjne miasto nie jest w stanie rozwiązać podstawowych problemów społecznych – organizacji transportu publicznego, edukacji, polityki mieszkaniowej. Ale to zarazem pokazuje ograniczenia Pańskiej wiary w moc technologii. To właśnie w San Francisco, w Dolinie Krzemowej, macie te wszystkie firmy, które rzekomo mogłyby rozwiązać każdy problem. Jak się okazuje, nie rozwiązują ich, lecz się do nich dokładają.

Myślę, że na styku kapitału i rządu jest za dużo lobbingu i korupcji. Mamy niesamowite innowacyjne sposoby na rozwiązanie tych problemów społecznych. Ale w Kalifornii biurokracja jest bardziej rozdęta niż w jakimkolwiek innym stanie. A i samo zarządzanie i administracja od dłuższego czasu kuleją.

Ludzie, którzy dochodzą do władzy, mają zbyt wiele długów do spłacenia u swoich sponsorów i różnych grup interesu, żeby byli zdolni zrobić jeszcze coś na serio.

Weźmy jeden z dzisiejszych sztandarowych projektów infrastrukturalnych, budzący wielką ekscytację w Ameryce: bullet train, czyli kolej wysokiej prędkości, która za parę lat będzie przysłowiowym pociągiem widmo. Dlaczego? Bo przybędzie samochodów samojezdnych, bez kierowcy. Z Los Angeles do San Francisco dojedziesz tak samo prędko, śpiąc we własnym aucie. Nikt tego nie przewidział, gdy projektowano kolej wysokich prędkości. To samo dotyczy hyperloopa Elona Muska. Nie wiemy nawet, czy to realistyczny projekt, ale ktoś już zdążył dorobić się milionów na projektowaniu całej infrastruktury i rozwijaniu tych pomysłów w Kalifornii. Nawet jeśli za parę lat to wszystko okaże się ostatecznie bezużyteczne.

Ludzie, którzy dochodzą do władzy, mają zbyt wiele długów do spłacenia u swoich sponsorów i różnych grup interesu, żeby byli zdolni zrobić jeszcze coś na serio.

1
2