📻 REO SCIENCE: Przenieś się w czasie, zapomnij o wojnie

Magda Gacyk o nowatorskich terapiach w walce z zespołem stresu bojowego

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Magda Gacyk.

 



Na blacie zawsze stał dzbanek pełen aromatycznej, mocnej kawy. Wypijał dwa litry dziennie. Czasami więcej. Byle tylko nie zasnąć, nie odpłynąć w niebezpieczną krainę nieświadomości, nie trafić do snów z tamtych czasów. Jego kumple mieli tak samo. Nokautowali się alkoholem, wybijali z rzeczywistości narkotykami. Trzeźwi, cały czas niespokojnie oglądali się za siebie, każdy mięsień napięty jak struna, sto procent czujności 24/7. W publicznej toalecie najpierw sprawdzali wszystkie kabiny. W nieznanym miejscu skanowali wzrokiem okolice. Poirytowani, agresywni, odurzeni. Poharatani wojną.

James był taki jak oni. Chory na wojnę. Jeden z tych, którzy cierpią na zespół stresu bojowego (ang. posttraumatic stress disorder, PTSD). Potężny facet, bojący się zasnąć. Na przedramionach wytatuowane anioły, bo chociaż nie wierzył już w nic, to wiedział, że sam nie da rady, że musi istnieć jakieś wsparcie. Na misjach wojskowych sam tym wsparciem być musiał. Wsparciem dla kumpli, żeby przeżyli. Dwa razy w Iraku, trzy razy w Afganistanie. Ratownik medyczny do tzw. opieki krytycznej. W podręcznej apteczce sto razy silniejszy od morfiny fentanyl, pobudzająca dopamina, noradrenalina mobilizująca ciało do przeżycia. Ostatnie deski ratunku. Kiedy lecieli śmigłowcem na miejsce zdarzenia, żołnierze wiedzieli… Gdzieś tam są bracia w agonii. Dlatego po jakimś czasie anioły na rękach przestały wydawać się mu aniołami stróżami. Były aniołami śmierci.

Po misjach nic nie było już takie jak przedtem. James wiedział, że ma PTSD, że musi się leczyć, że

często w takich przypadkach dochodzi do trwałej zmiany osobowości,

ale proponowane terapie i leki nie działały. Było coraz gorzej.

Dzieje się tak często, bo zespół stresu bojowego to nie infekcja, którą da się wyleczyć jednorazową kuracją farmakologiczną. To delikatne i złożone zagadnienie i lekarze często pozostają bezradni w obliczu szkód, jakie w mózgu pacjenta wyrządziła wojna. Szacuje się, że z PTSD – w zależności od jednostki badawczej, które publikuje statystyki – udaje się wyprowadzić od 8 do 89% osób zgłaszających się z objawami. To tak, jakby zaanonsować, że leczenie jest skrajnie nieefektywne, a jednocześnie niezawodne.

Co dziesiąty żołnierz wracający z wojny ma charakterystyczne symptomy: lęki, niepokój, bezsenność, koszmary, problemy z koncentracją. Pikuje w dół.

Zarówno w Polsce, jak i USA tylko część weteranów wojennych przyznaje się do tych problemów. Tylko niektórzy wypełniają kwestionariusz zdrowia psychicznego, podsuwany po powrotach z misji. Boją się, że zaszkodzą sobie zawodowo, przyznając się do zaburzeń mentalnych. Obawiają się napiętnowania. Nie chcą wyjść na słabeuszy. W końcu inni myślą, że w wojsku służą sami twardziele.

A przecież – jak każdy – oni też potrzebują, żeby ktoś ich wysłuchał i zrozumiał. Nie oceniał. I nie wykorzystał tych zwierzeń później. Ktoś bezstronny i życzliwy. Ktoś taki jak Ellie, filigranowa brunetka o łagodnych rysach twarzy.

Ellie tak naprawdę nie istnieje, ale pomogła już wielu weteranom. Jest wirtualnym narzędziem diagnostycznym stworzonym przez naukowców Uniwersytetu Południowej Kalifornii. Sesje z wirtualną terapeutką nie są nagrywane, ale komputer obserwuje mimikę, by potem – na podstawie 66 układów mięśni twarzy – odczytać emocje. Rejestruje także wzory mowy.

Specjalny algorytm przetwarza potem informacje i wnioskuje, czy wypowiadane zdania świadczyły o jakichś niepokojących stanach, takich jak depresja czy wzburzenie.

Same wypowiedzi nie są jednak zapisywane. Pacjenci cenią sobie anonimowość tej swoistej spowiedniczki.

Ellie nie jest jedynym antidotum hi-tech na problem PTSD. Inne rozwiązanie proponuje firma Neuroflow, która – dzięki specjalnemu urządzeniu rejestrującemu – zbiera dane biometryczne podczas sesji terapeutycznych pacjenta. Stanowi to podstawę dla lekarzy do postawienia dokładniejszej diagnozy, bo stan chorego w zespole stresu bojowego nie jest łatwy do oszacowania.

Jedna z najbardziej obiecujących, ale i najbardziej kontrowersyjnych propozycji terapii narodziła się w Dolinie Krzemowej.

Co najmniej trzy start-upy pracują obecnie nad udoskonaleniem oprogramowania, które pozwala pacjentowi wejść ponownie w przeszłość.

A konkretnie: w najbardziej druzgocący i wstrząsający fragment tej przeszłości. Specjalistyczny software pozwala żołnierzowi ponownie przeżyć traumę. Jeszcze raz. A potem kolejny raz. I kolejny. Aż do skutku, czyli do momentu, w którym wrażliwość pacjenta na traumatyczne okoliczności wyraźnie spadnie. Aż uodporni się na przeszłość.

Ten, zasadniczo dość prosty, behawioralny sposób oswojenia stresu, osadzony w skomplikowanym świecie VR, wydaje się  najbardziej skuteczny. Żołnierze wkraczają w miejsca, które znają i pamiętają: bazy na pustyni, zaminowane drogi, wzgórza, na których czaił się wróg. Narracja dostosowana jest do wspomnień danego pacjenta. Program prowadzi go do samego dramatycznego lub tragicznego końca: strzelaniny, w której giną towarzysze walki, nieumyślnego zastrzelenia cywila, chaosu i zniszczeń spowodowanych bombardowaniem, bycia rannym.

Wirtualna wojna nie jest może wojną prawdziwą, animacja komputerowa może pozostawiać sporo do życzenia, ale dla weteranów i tak jest to bardzo intensywne przeżycie. Serce przyspiesza, pocą się dłonie, organizm zaczyna wydzielać zwiększoną ilość kortyzolu.

W ciągu ostatniej dekady liczba żołnierzy zgłaszających się z PTSD potroiła się. Statystyki te dotyczą zarówno Amerykanów, jak i Polaków.

Potrzebne są nowatorskie, efektywne, tanie terapie. Niektóre z nich dostarczają inżynierowie z kalifornijskiej Doliny Krzemowej. Inne… szamani z kalifornijskich rezerwatów indiańskich.

Która z terapii okazała się najbardziej skuteczną w przypadku Jamesa, wojskowego ratownika medycznego? O tym za tydzień w Opowieściach z Krzemowej Doliny.



REO POLECA

📻 Agnieszka Borowska: Uwolnić się od stresu