📻 BREAKING NEWS! Władzę w Wlk. Brytanii przejmuje Ministerstwo Głupich Kroków

Parlament brytyjski odrzucił porozumienie z UE. Brak u Anglików świadomości żenady na cały kontynent wprowadza obserwatorów w dyskomfort

 

AUDIO REO. Posłuchaj nagranego artykułu. Czyta Hubert Augustyniak




Obywatele Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej udowadniają, że coachingowe hasło „chcieć to móc” ma tyle wspólnego z rzeczywistością, co książki Mateusza Grzesiaka. W przypadku Brexitu dużo lepiej się sprawdza inny słynny bon mot „nie chcem, ale muszem”.

 

Pogubienie się dawnego hegemona

Brytyjczycy przez lata uchodzili za wzór dla wszystkich państw, które z utęsknieniem patrzyły na rozwój gospodarczy i poprawę standardów demokratycznych w swoich krajach. Zamożna Wielka Brytania, do niedawna światowy hegemon (bo co to jest 100 lat z okładem), jawiła się maluczkim z Europy Środkowo-Wschodniej jako stan niemalże idealny, w którym bogactwo współistnieje z koncyliacyjną i stabilną kulturą polityczną oraz kosmiczną wręcz jakością debaty publicznej. Po 2004 roku Polacy zaczęli masowo wyjeżdżać do Wielkiej Brytanii na saksy (czy też, jak to się mówiło wtedy, na zmywak) nie tylko dlatego, że jako pierwsza otworzyła ona bramy dla pracowników z tak zwanej nowej UE i że mówi się tam w dobrze znanym Polakom języku angielskim. Także dlatego, że zamieszkiwanie w Londynie łączyło się z prestiżem, a sama Wielka Brytania wciąż korzystała ze swojego mitu kraju niezwykle cywilizowanego i rozwiniętego.

Te kilka milionów Polaków, które w sumie wyjechało na Wyspy, zaczęło wracać do Polski lub przyjeżdżać w odwiedziny i ten lukrowany obraz Zjednoczonego Królestwa po raz pierwszy zaczął chwiać się w posadach. Zarobki owszem są wyższe, ale koszty życia również, więc ta niezmierzona przepaść między Polską a Wielką Brytanią jest już raczej melodią przeszłości – polski PKB per capita mierzony parytetem siły nabywczej wynosi 70% średniej UE (a wg jeszcze niepodanych za 2018 r. pewnie około 72%), a brytyjski 105%.

Różnica wciąż jest więc duża, ale dogonienie Brytyjczyków pod tym względem nie jest już czymś zupełnie niemożliwym. Poza tym okazywało się, że w samej Brytanii, szczególnie dla imigrantów, nie jest tak wcale kolorowo. Dostępne dla nich miejsca pracy zwykle odbiegały poziomem na minus od tych dostępnych w Polsce (choć oczywiście te pierwsze wciąż są dużo lepiej płatne), także tam Polacy miewają problemy z zatrudnieniem, a bezpieczeństwo na zamieszkiwanych przez imigrantów osiedlach bywa dużo niższe niż na ulicach polskich miast.

 

Brexit jako narzędzie krajowej polityki

Jednak dopiero kwestia brexitu już zupełnie przekreśliła obraz Wielkiej Brytanii jako ultra poważnego kraju, w którym wszystko jest dopięte na ostatni guzik, a decyzje polityczne podejmowane są z wielką precyzją i po solidnym przemyśleniu. Najpierw były premier David Cameron wiodąc się czystym rachunkiem politycznym, by uciszyć opozycję zarówno wewnątrz Torysów jak i na prawo od nich, zdecydował się na referendum w sprawie opuszczenia UE przez Wielką Brytanię. Cameron był święcie przekonany, że pomysł ten nie przejdzie, nie spodziewał się jednak tak zmasowanej kampanii za wyjściem, podpartej przeróżnymi kłamstwami, chociażby dotyczącymi wyłudzania zasiłków przez imigrantów czy wielomiliardowych strat, jakie z tytułu członkostwa w UE miała rzekomo odnosić brytyjska służba zdrowia. Wszystkie te tezy zostały obalone konkretnymi liczbami, ale one akurat już się nie przebiły specjalnie do opinii publicznej. Zresztą niektóre z tych kłamstw, szczególnie dotyczących imigrantów z naszego regionu kontynentu, upowszechniał sam Cameron. A potem był tak zdziwiony wynikiem za wyjściem, że postanowił odejść z polityki. Zresztą tym wynikiem byli zdziwieni także czołowi zwolennicy brexitu – decyzję podobną do Camerona ogłosił także naczelny eurosceptyk brytyjski Nigel Farage (stwierdził, że on już wszystkiego, co mógł, dokonał).

Potem zaczęła następować cała seria komplikacji. Na czele rządu, który miał negocjować brexit, stanęła… przeciwniczka brexitu Theresa May, która w takiej sytuacji musiała się miotać od ściany do ściany.  Żeby wzmocnić swoją pozycję polityczną May parła do nowych wyborów, problem w tym, że po tych wyborach pozycja polityczna jej ugrupowania stała się… słabsza. Co gorsza, niemal zaraz po brexicie podniosły się głosy, że w takim razie Szkoci, Irlandczycy z Północy, a być może nawet Walijczycy, którzy wszyscy byli przeciw brexitowi (za nim byli przede wszystkim Anglicy), ogłoszą własne referenda i wyjdą ze Zjednoczonego Królestwa. Jak na razie te zapowiedzi się nie sprawdziły, ale jeśli skutki brexitu będą dotkliwie odczuwane przez mieszkańców tych krajów, zapewne wrócą jeszcze oni do tematu.

 

Nie chcemy umowy, ale chcemy umowę

Musząca negocjować brexit przeciwniczka brexitu Theresa May wraz ze swoim rządem mordowali się niemiłosiernie podczas negocjacji z UE, by z jednej strony zadowolić zwolenników wyjścia we własnym kraju, a z drugiej zadowolić UE, by ta podpisała umowę brexitową, bez której rozwód Unii Europejskiej i Zjednoczonego Królestwa byłby niezwykle dotkliwy dla Brytyjczyków (dla Europejczyków zresztą też, ale wyraźnie mniej). Gdy wreszcie, z olbrzymim trudem, udało się zawrzeć kompromis między rządem May a negocjatorami ze strony UE, umowa ta została zawetowana przez… brytyjski parlament. Co jeszcze ciekawsze, przeciw umowie zawartej przez May zagłosowało bardzo wielu posłów z jej partii. Główną osią sporu stanowił „backstop”, według którego Wielka Brytania miała pozostać w unii celnej, by między oboma Irlandiami nie powstała granica celna. Członkiem w unii celnej jest nawet Turcja rządzona przez autokratę Erdogana, ale jak widać dla brexitowców z UK to zbyt duży zamach na suwerenność.

Epicentrum kompromitacji były kolejne głosowania w Izbie Gmin. Brytyjska izba niższa odrzuciła 5 z 7 poprawek do „Planu B” proponowane przez May, które miały uratować „łagodny brexit” (czyli taki z umową, a nie bez). Jedna z odrzuconych poprawek mówiła, że w razie fiaska głosowań nad umową brexitową, premier May dostanie instrukcje od parlamentu, by wnioskować do UE o przedłużenie procesu wyjścia. Z drugiej strony została przyjęta jednak poprawka dająca mandat May do renegocjacji umowy, a także inna, blokująca brexit bez zawarcia umowy. Problem w tym, że niemal natychmiast odezwał się rzecznik szefa RE Donalda Tuska, w którym stwierdził jasno, że zawarta umowa brexitu, w tym także przepisy o backstop, nie podlegają renegocjacji.

Na horyzoncie pojawia się więc coraz bardziej widoczne widmo „twardego brexitu”, w którym UK i UE rozstają się bez wypracowanego porozumienia. To momentalnie utrudni chociażby dostawy leków czy żywności na Wyspy, przerwie też łańcuchy produkcji wielu koncernów, które świadczą sobie dostawy w obu kierunkach. Utrudni także przekraczanie granicy brytyjsko-unijnej dla obywateli obu podmiotów. Co gorsza, brytyjska klasa polityczna najwyraźniej nie jest świadoma powagi sytuacji, miotając się od ściany do ściany i popełniając kolejne kompromitujące decyzje. Szef Ryanaira stwierdził niedawno, że„brexit to najgłupszy pomysł od 100 lat”. Przez ostatnie sto lat Europejczycy popełnili całkiem wiele głupot, więc wypowiedź prezesa przewoźnika lotniczego można przyjąć z przymrużeniem oka. Tak więc brexit to zapewne nie najgłupszy pomysł w ciągu ostatnich stu lat, ale na pewno najmniej przemyślany.

NIE POZNAJEMY NIENAGANNYCH ANGLIKÓW! W redakcji nie rozróżniamy już, które angielskie książki dla dzieci to fejki, które oryginały, które pomysły na wyjście z impasu to polityka, a które parodia. Jedno jest pewne: W 2019 roku nie z Polski śmieje się Europa.