Michał Michałowski: Wyprawa do królestwa Monszatana

Co Ci zrobiło GMO?!

Traktujecie z podejrzliwością laboratoria koncernów biotechnologicznych? Nie ufacie truskawce z genami tuńczyka? Preferujecie na talerzu jedynie naturalne jedzenie pochodzące z małego organicznego gospodarstwa? Uważacie, że dzięki temu planeta ma się lepiej? Marcin Rotkiewicz ma wam coś ważnego do powiedzenia.

Niesłusznie zakurzona
Wyprawa do królestwa Monszatana nie będzie łatwa, niezależnie od poglądów, z którymi się na nią wybierzemy. Wystarczy tylko kilka kroków w głąb tej tajemniczej krainy, aby dostrzec jej znaczne podobieństwo do pratchettowskiego Świata Dysku, gdzie sens jest rzeczą, o którą lepiej nie pytać. Jak dobrze wiadomo — pytania prowadzą na manowce, ale niekiedy na ich końcu znajduje się ziarno prawdy. W tym konkretnym przypadku odrobinę zmodyfikowane genetycznie.

Nie mogę zacząć inaczej tej recenzji niż od przyznania się do czegoś ważnego czytelnikowi. W stopniu nadumiarkowanym popieram stosowanie roślin oraz mikrobów będących produktem inżynierii genetycznej w rolnictwie i przemyśle medycznym. Uważam, że warto zaznaczyć to już na samym początku, aby nie było z tego powodu żadnych nieporozumień. Niemniej sama książka czekała długie miesiące, zanim zdecydowałem się zapoznać ją z moją ulubioną zakładką. Czytać czy nie czytać, pytałem sam siebie. Moim problemem nie były organizmy modyfikowane genetycznie ani tym bardziej znajdujące się w końcowych rozdziałach gluten i szczepionki. Dylemat wiązał się z nazwiskiem na okładce.

Amerykański gigant biotechnologiczny Monsanto jest utożsamiany ze wszelakim złem, jakie nęka współczesny świat.

Marcina Rotkiewicza poznałem osobiście, chociaż nie na tyle by mnie zapamiętał, w 2013 roku podczas dyskusji zorganizowanej przez Instytut Biochemii i Biofizyki PAN. Rozmowa toczyła się pomiędzy profesorami Pawłem Golikiem oraz Ewą Bartnik, a wprowadzenie do niej, w formie krótkiego wykładu, zrobił właśnie autor W królestwie Monszatana. Z dużą chęcią czytywałem publikacje Rotkiewicza w prasie do czasu pewnego artykułu poświęconemu etyczności niejedzenia mięsa, który to w sposób moim zdaniem negatywny odniósł się do diety wegetariańskiej. Nawet popełniłem do niego małą polemikę, ale z perspektywy czasu nabrana wtedy niechęć do autora wydaje mi się kuriozalna i cieszę się, że po wielu latach udało mi się od niej uwolnić.

Odkopując ziarno prawdy
Tytuł książki to nic innego jak popularny w dzisiejszych czasach swoisty dziennikarski click bait. Amerykański gigant biotechnologiczny Monsanto jest utożsamiany ze wszelakim złem, jakie nęka współczesny świat. Wszystko przez to, że bawi się w Boga. Internet kipi wręcz od konspiracyjnych teorii wyjaśniających prawdziwe intencje korporacyjnych włodarzy, wśród których oczywiście pojawiają się takie klasyki jak depopulacja ludzkości czy uzależnienie całych państw od roundupu. Nie brakuje opowieści o biednych rolnikach walczących z super chwastami czy łączeniu się zmutowanych genów roślin z ludzkimi. Dokładając do tego szczepionki będące coraz częstszym punktem zapalnym przy rodzinnym stole oraz gluten, którego nietolerancja roznosi się pomiędzy ludźmi drogą memową, Rotkiewicz z uśmiechem na twarzy wysypuje zawartość tej współczesnej puszki pandory. Bez obaw, jest na to doskonale przygotowany.

Czy zastanawialiście się kiedyś, skąd wzięła się tak powszechna na świecie niechęć wobec genetycznie modyfikowanych roślin, chociaż z naukowej strony brakuje publikacji świadczących o ich negatywnym oddziaływaniu na ludzki organizm? I proszę, nie sięgajcie w tym momencie po zdyskredytowane badania Séraliniego, które nie wniosły do naszej wiedzy nic więcej poza nieuzasadnionym strachem. W celu odkrycia źródła pierwszego kłamstwa na temat roślin zmodyfikowanych genetycznie, które zapoczątkowało trwającą do dziś kampanię dezinformacji, Rotkiewicz zabiera nas w zimnowojenną przeszłość. Naukowcy są dopiero na etapie rzeczowej dyskusji czy mają w ogóle predyspozycje do zabawy z genami i próbują sprostać konsekwencjom tych działań. Zielona rewolucja i świat uginający się pod ciężarem rosnącej populacji zmieniły jednak ich podejście.

Rotkiewicz, kontynuując swoje dochodzenie na kolejnych stronach książki, rozrysowuje sieć powiązań, wydarzeń oraz nazwisk.

Pierwszy trop dochodzenia prowadzi do tajemniczej notki, która miała zmotywować Greenpeace do wytoczenia dział naprzeciw genetycznym modyfikacjom. Co w niej konkretnie było — nie pamięta już nikt, ale na tym śledztwo się nie kończy, bo już kilka kroków dalej cień podejrzenia pada na Jeremy’ego Rifkina – postaci dobrze znanej w środowisku ekoaktywistów. Rotkiewicz, kontynuując swoje dochodzenie na kolejnych stronach książki, rozrysowuje sieć powiązań, wydarzeń oraz nazwisk, które łączą tego amerykańskiego ekonomistę z europarlamentarzystami, brytyjską rodziną królewską, wpływowymi organizacjami czy kampaniami lobbingowymi wymierzonymi w uniemożliwienie zasiewu genetycznie zmodyfikowanych roślin. Na Rifkinie, autorze antynaukowego manifestu Alegeny, śledztwo się jednak nie kończy.

Brzoskwinie, jakich nie pamiętamy
W grupach społecznościowych poświęconych zdrowej diecie często zadawanymi pytaniami są te o zasadność genetycznych modyfikacji roślin czy ich występowanie we wskazanych produktach. Jak słusznie zauważa Rotkiewicz, poza grzybami i leśnymi jagodami nie znajdziemy na naszych stołach jedzenia, które już w jakiś sposób nie byłoby zmienione przez człowieka. Arbuzy, brzoskwinie, kukurydza, ziemniaki oraz to wszystko, co uprawiamy na ziemi lub zrywamy z krzewów i drzew, nie są naturalne. Mięsiste, słodkie owoce nie przypominają już swoich dzikich protoplastów, które pod grubą skórką skrywały raczej gorzki środek. Krzyżówki, selekcja, a także napromieniowane nasiona niespodzianki to źródło tysięcy uprawianych dzisiaj odmian roślin, które w naturze nie występowały, a tym bardziej by sobie w niej nie poradziły.

Okładka książki “W królestwie Monszatana”

Rotkiewicz w książce porusza też inny ważny aspekt genetycznie modyfikowanych roślin, a konkretnie ich możliwości ulżenia planecie cierpiącej pod jarzmem rolnictwa przemysłowego. Każdego dnia na świecie przybywa około 350 tysięcy nowych ludzi i czymś należy ich nakarmić. Zaradzimy temu, jeśli powiększymy areał upraw albo plon z obecnych. Pierwsze rozwiązanie wiąże się z odebraniem środowisku naturalnemu kolejnych włości, a drugi z modyfikacją genetyczną roślin, które jak zwraca uwagę Rotkiewicz, pozostawiają glebę w o wiele lepszym stanie. Czy nie jest to nic innego, jak kolejna zielona rewolucja? Samą istotę problemu, związaną ze sposobem dystrybucji żywności oraz ustaleniem jej finalnego odbiorcy opisałem już w ostatnim zeszłorocznym tekście na moim prywatnym blogu, a do którego lektury, jako niejakiego uzupełnienia W królestwie Monszatana, bardzo zachęcam.

Dogonić kłamstwo
Nie ma tutaj miejsca na żadne pytania — sekrety Monszatana warto i trzeba poznać. Książkę czyta się jak dobrą powieść sensacyjną, gdzie w roli czarnego charakteru obsadzono manipulację, która utrudnia, a wręcz uniemożliwia zwykłemu człowiekowi dotarcie do prawdy. Tyczy się to nie tylko genetycznie modyfikowanych roślin, ale również tych będących tutaj jedynie dodatkiem szczepionek i glutenów. Jak by to ujął mistrz Pratchett — Kłamstwo obiegnie cały świat, zanim prawda zdąży włożyć buty. Marcin Rotkiewicz, niejako William z cytowanej Prawdy, pomaga jej zawiązać sznurówki.