WYMYŚLONY PROBLEM. Roman Rewald także z pomysłem na natychmiastowe zmniejszenie nielegalnej imigracji w USA

Obnażamy imigracyjne mity

Spędzając święta w USA, miałem okazję fascynowania się z bliska amerykańską polityką. Sondaże wskazują, że najżywiej dyskutowane obecnie kwestie to opieka zdrowotna oraz  imigracja. I właśnie imigracja jako temat debaty publicznej zdumiewa mnie szczególnie, bo jako były prawnik imigracyjny w Detroit, mam profesjonalne podejście do tej sprawy. Dlatego nie uważam imigracji za problem, który miałby zaprzątać głowę opinii publicznej.

Retoryka głośnej mniejszości

Dzieje się tak nadal. W dzisiejszej Ameryce, tym razem bez mojego zdziwienia, chociaż przy zażenowaniu, krytyka imigracji opiera się na prostych mitach i głębokiej ignorancji wielu polityków, komentatorów i zwykłych obywateli. Teraz, po wyborze Donalda Trumpa na prezydenta, poglądy antyimigracyjne rozlane są po całym kraju dość równą warstwą, jeżeli wierzyć zapisom na Facebooku. Jest to retoryka mniejszości, ale bardzo głośnej.

Zgodnie z badaniami Pew Institute, 65% Amerykanów uważa, że imigracja wzmacnia ich kraj, a tylko 26% jest zdania przeciwnego. Pomimo tej jawnej dysproporcji, siewcy poglądów, że imigranci wysysają witalne siły Ameryki, żerując na pomocy publicznej, szerząc przestępczość i ogólnie łamanie prawa, na tyle trafiają do niezbyt oddanej przemyśleniom populacji zwolenników Trumpa, że ta kwestia jest drugą najważniejszą sprawą sporną w dzisiejszej polityce amerykańskiej.

Nielegalni z konieczności

Najśmieszniejsze czasami wydaje mi się, że przez wiele lat zdumiewająco dużo Amerykanów, nawet tych wykształconych i oczytanych, nie zdawało sobie sprawy z tego, że nielegalni imigranci nie mogą po prostu zgłosić się do miejscowego biura imigracyjnego i się zalegalizować. Przy takim niezrozumieniu, wielu ludzi oburzało się na tych nielegalnych ze łamią nasze prawo, jakby chodziło o zapłacenie mandatu za przekroczenie szybkości na drodze.

Trudno było wielu z nich zrozumieć, że większość ludzi, którzy pracują dla nich jako nieudokumentowani imigranci nigdy nie uzyskałaby zgody na wjazd do USA. A ci, którzy wjechali legalnie na wizie turystycznej stali się nielegalnymi w momencie podjęcia jakiekolwiek płatnej pracy lub przez pozostanie w USA godzinę dłużej niż przewidywała to ich wiza uzyskana podczas przekraczania granicy. Nawet przybysze w ruchu tzw. bezwizowym (którymi tak bardzo chcieliby być m.in. Polacy) otrzymują przy wjeździe wizę z konkretną datą wyjazdu i absolutnym zakazem pracy. Zresztą podobno

większość obecnych nielegalnych imigrantów wjechała do USA legalnie i została dłużej albo podjęła pracę, albo zrobiła jedno i drugie.

Problem jest w tym, że praktycznie nie można uzyskać wizy pracowniczej na okres tymczasowy. Chyba, że się jest fachowcem z wyższym wykształceniem i ma się sponsora, który podejmie wysiłek złożenia papierów dla takiego pracownika na czas oznaczony. Pomoc domowa, mechanik lub sprzątacz nie mają szansy na legalną wizę. Aby sprostać ogromnemu popytowi na tego typu usługi i dla zarobków wielokrotnie przekraczających ich lokalne dochody, przybywają przez zieloną granicę z Meksykiem lub świadomie naruszają swój status turysty, podejmując pracę.

A Stany Zjednoczone to przecież jest kraj zbudowany przez imigrantów!

Od 1500 roku hiszpańscy i francuscy osadnicy przybywali na tereny dzisiejszych Stanów. Dopiero w 1607 roku pojawili się pierwsi Anglicy i założyli Jamestown w Virginii. W 1620 roku przybyli Pilgims z ich słynnym osiedleniem się na Plymouth Rock w dzisiejszym Massachusetts. Są słynni, bo to ich ucztę z lokalnym szczepem Indian obchodzi się w USA jako święto Dziękczynienia każdego listopada.

Później, w latach 1630-40 zaczęli napływać Purytanie i założyli kolonię Massachusetts. Co ciekawe, większość przybywających z Anglii to byli swego rodzaju niewolnicy, którzy oddawali się pracy za darmo, aby spłacić niebotyczne koszty podróży do Ameryki albo byli łapani siłą w Anglii, albo byli skazańcami za różne przestępstwa i wywiezieni do Ameryki. No i wreszcie Ameryka zaludniała się niewolnikami z Afryki. Mimo, ze Kongres zdelegalizował przywóz niewolników w 1808 roku, proceder trwał bez większych przeszkód. Oblicza się, że do Ameryki wwieziono 500-650 tys. afrykańskich niewolników. Kiedy w latach 1861-65 nastąpiła emancypacja czarnoskórych niewolników, objęła ona już 4 miliony osób.

Następna fala imigracji do Ameryki przybyła w latach 1815-1865, głownie z Północnej, Środkowej i Wschodniej Europy. Z Irlandii, dotkniętej słynnym głodem ziemniaczanym przybyło 4,5 milina osób. Najwięcej przybyszów zjechało wszakże z Niemiec, bo około 5 milionów, którzy osiedlali się głownie w Midwest, czyli okolicy Wielkich Jezior. Zakładam, że wielu z tych Niemców to byli Polacy, którym przypisano narodowość miejsca wyjazdu.

Wtedy pojawiła się pierwsza fala antyimigracyjnego sentymentu. Powstała na tej kanwie nawet partia Knows Nothings, która zdołała doprowadzić swojego kandydata Millard’a Filmore do prezydentury. Głownie była to reakcja anglosaksońskich protestantów na napływ katolików i ich obawa przed negatywnym wpływem taniej siły roboczej na miejscowe zarobki.

W latach 1880-1920 przybyło do USA 20 mln imigrantów. Z Europy

Największa jednak fala imigracji z Europy nastąpiła w latach 1880-1920. W tym czasie do USA przybyło 20 milionów imigrantów, w tym 4,6 miliona Włochów i 2 miliony Żydów. Imigracja, do tego czasu regulowana przez poszczególne stany, wtedy właśnie zasłużyła sobie na uwagę rządu federalnego. Zaczęło się od powstrzymania napływu Chińczyków za pomocą Chinese Exclusion Act z 1882 roku. Następnie, w roku 1890 rząd federalny wyasygnował małą wysepkę w Nowym Jorku o nazwie Ellis Island jako główny punkt przyjmowania imigrantów z Europy.

12 milionów imigrantów przeszło procedurę na Ellis Island do jej zamknięcia w 1954 roku. Teraz jest tam ciekawe muzeum imigracji, chętnie odwiedzane przez turystów. W latach 1917 i 1920 wprowadzano kolejne federalne wymogi dla imigrantów,np. ograniczające imigrację do 2% populacji kraju pochodzenia.

Federalni przegrywają z prawem popytu i podaży

Dzisiejsze, bardzo już anachroniczne amerykańskie prawo imigracyjne, jest oparte głównie na ustawie federalnej z roku 1964. Zawiera ona, mimo późniejszych zmian, główne założenia do napływu imigrantów do USA. To wtedy wprowadzono możliwość ściągania członków rodziny do USA, co tak ostro krytykuje Prezydent Trump i jego zwolennicy.

Pewnie wynika to z faktu, że po zniesieniu limitów narodowych znacznie wzrosła imigracja z Afryki i z Azji w porównaniu z Europą. Stąd, niesłychanie silny popyt na pracę imigrantów w USA spotyka się z adekwatną podażą. Nielegalność nie ma wielkiego na nią wpływu, podobnie jak na podaż nielegalnych narkotyków. W obu przypadkach podaż jest zwalczana przez władze federalne z furią, ale bez wielkich sukcesów.

fot. pixabay.com

Stąd pomysł budowy muru na granicy USA i Meksyku. Jest to koncepcja bardzo chwytliwa (można rytmicznie ładnie mruczeć na wiecach build that wall!), ale – jak każde trywialne rozwiązanie skomplikowanego problemu – całkowicie nieskuteczna, zarówno dla napływu nielegalnych imigrantów, jak i narkotyków.

Odsetek nielegalnych spada

Tymczasem, procent nielegalnych imigrantów w USA spada, gównie za sprawą mniejszego napływu osób z Meksyku. Pew Institut podaje, że obecna populacja Amerykanów urodzonych za granicą wynosi ok. 40 milionów. W tym 45% to naturalizowani obywatele USA, 27% to legalni stali rezydenci (permantent resident – tzw. zielona karta, która naprawdę jest już niebieska), 5% to czasowi legalni imigranci na różnych wizach, niezbędni dla gospodarki lub dla zagranicznych inwestorów.

27% ze wszystkich nienaturalizowanych imigrantów to nielegalni. Ich liczba wzrosła od 2007 roku trzykrotnie – z 3,5 miliona do 12,5 miliona w 2016 roku. (Pew Institute). Jest to między innymi wynik tego, ze rząd federalny nie zdołał od prawie 20 lat powtórzyć sukcesów administracji Clintona czy Busha, uzyskujących od Kongresu amnestię dla długotrwałych nielegalnych. A to ze względu na opór Partii Herbacianej, czyli najbardziej konserwatywnych republikanów w rodzaju mojego warszawskiego rozmówcy z Arizony.

W 2016 roku nielegalni imigranci stanowili 3,3% populacji Stanów Zjednoczonych.

Ten nieznaczny procent wyrósł do drugiego największego problemu politycznego w USA. Jednocześnie, amerykańskie służby imigracyjne deportują co roku znaczne ilości imigrantów. Administracja Obamy była w tym dziele najbardziej efektywna.

Podczas całej prezydencji Baraka Obamy deportowano z USA 3 miliony osób.

Współczesne zarzuty przeciwko imigracji w dużej mierze sprowadzają się do poglądów, że nielegalni przyjeżdżają głównie zbierać pomoc socjalną i są oparte na niesprawdzonych mitach. Pew Institute policzył, ze imigranci stanowią 17% siły roboczej w USA. Nic dziwnego, skoro powszechnie wiadomo, że nielegalni kierują się głównie możliwością zarobienia a nie pobieraniem znaczków żywnościowych.

Problem z nielegalną imigracją mógłby łatwo zostać rozwiązany

Wystarczyłoby, gdyby USA umożliwiły Meksykanom i innym osobom z Ameryki Południowej uzyskanie tymczasowych wiz zarobkowych, szczególnie dla prac sezonowych w rolnictwie. Legalni robotnicy wracaliby do swoich krajów i rodzin z zarobkami a nie powiększali liczby nieautoryzowanych imigrantów. Ponieważ przekroczenie granicy jest dla nieudokumentowanych wielkim problemem, ci sezonowi robotnicy zamiast wracać do siebie pozostają w USA do następnego sezonu. Z kolei nawis imigracyjny zebrany przez ostatnie dekady mógłby być łatwo wyeliminowany kolejną amnestią.

Jeżeli jest problem z nielegalnymi, należy ich zalegalizować i problem znika. Wydaje się jednak, że tak logiczne rozwiązanie nie leży w interesie tych sił politycznych, które potrafią nieuzasadnioną obawę przed imigrantami przekuć na korzyści wyborcze.

Skąd my to znamy?



REO POLECA

📻 Pod rządami PiS Polska BARDZIEJ otworzyła się na imigrantów. Ba! Coraz więcej z nich pochodzi z krajów muzułmańskich.