Wraca dyskusja na temat nadpodaży świadectw pochodzenia


We wtorek odbyło się posiedzenie sejmowej podkomisji w sprawie poselskiego projektu nowelizacji ustawy o OZE mającej na celu przede wszystkim poprawę sytuacji biogazowni, które wśród instalacji OZE mają największe koszty operacyjne. Na posiedzeniu poseł Krystyna Ozga w imieniu autorów projektu zaprezentowała propozycje autopoprawek, w tym zwiększenia, w roku 2016, obowiązku wykazywania udziału energii z OZE przez przedsiębiorstwa z 15 do 17 proc. Według Polskiej Izby Gospodarczej Energetyki Odnawialnej i Rozproszonej (PIGEOR) obowiązek należałoby zwiększyć do co najmniej 20 proc.

Jakkolwiek nie ma jeszcze stanowiska rządu, wiceminister Jerzy Pietrewicz, w imieniu ministra gospodarki potwierdził, że nie ma równowagi na rynku świadectw pochodzenia, a nadpodaż jest ogromna i dotyka sektor energetyki odnawialnej, w szczególności biogazownie, i w ministerstwie panuje zrozumienie dla konieczności interwencji.

Przedstawiciel Towarzystwa Obrotu Energii sprzeciwił się propozycji zwiększenia obowiązku w 2016 roku, stwierdzając, że takie podwyższenie nie zlikwiduje nadmiaru świadectw pochodzenia na rynku, ale spowoduje znaczny wzrost cen energii. Dodatkowo zwrócił uwagę, że umowy na dostawę energii na 2016 rok zostały już zawarte i nie można wprowadzać zmian w systemie, które mogłyby mieć na te umowy wpływ.

Według obliczeń PSEW, wzrost cen energii, który ewentualnie mógłby nastąpić w wyniku zwiększenie obowiązku o 1 proc. dla odbiorcy z taryfy G, może wynosić 0,4 proc. obecnej ceny. Szacunki PIGEOR przedstawiają się bardzo podobnie, z czym jednak nie zgodzili się przedstawiciele Towarzystwa Obrotu Energią i Urzędu Regulacji Energetyki.

Po krótkiej wymianie opinii, posiedzenie podkomisji zakończyło się, w oczekiwaniu na porozumienie ministrów gospodarki i finansów, których przedstawiciele zadeklarowali wolę osiągnięcia kompromisu, wtedy Sejm podejmie dalsze prace.

Ale wróćmy do meritum, czyli sytuacji świadectw pochodzenia, a więc tak zwanych zielonych certyfikatów. Na rynku występuje obecnie nadpodaż świadectw pochodzenia w wysokości ocenianej na 13-14 TWh, a według niektórych wyliczeń nawet 19 TWh (w 2014 roku wyprodukowano z OZE 18,7 MWh). Aktualna cena świadectw pochodzenia oscyluje wokół 100 zł/MWh, co stanowi 30 proc. zakładanej wartości i nie pozwala na utrzymanie rentowności instalacji. Na posiedzeniu podkomisji wszyscy się praktycznie zgodzili, że podwyższenie obowiązku wykazania udziału energii z OZE do 17 proc. w roku 2016, nie będzie działaniem wystarczającym dla uzdrowienia rynku zielonych certyfikatów. Zdaniem PIGEOR, zdecydowanie lepsze wyniki dałoby jednorazowe zwiększenie w 2016 r. obowiązku do 20 proc. (czyli do około 23 TWh), jako że pozwoliłoby na efektywną redukcję ok. 40-50 proc. nadmiaru świadectw pochodzenia na rynku, a tym samym przyśpieszyłoby o co najmniej 2 lata przywrócenie równowagi podażowo-popytowej, poprawiając kondycję finansową niezależnych producentów energii elektrycznej z OZE. Byłby to jednocześnie oczekiwany przez przedsiębiorców sygnał, że jest wola do zdecydowanej interwencji na rynku.

Zgodnie z szacunkami PIGEOR, koszty takiego działania mogłyby obciążyć sprzedaż energii elektrycznej do odbiorcy końcowego, przy założeniu wzrostu średniej ceny świadectwa pochodzenia do 240 zł, kwotą rzędu 12 zł/MWh. W odniesieniu do przeciętnego gospodarstwa domowego oznaczałoby to w roku 2016 wzrost rachunków za energię rzędu 3 zł/miesiąc (około 2 proc.). Przy czym mówimy o teoretycznym zwiększeniu ceny, bo biorąc pod uwagę, że przy trzykrotnym spadku ceny świadectw pochodzenia w ciągu ostatnich 4 lat (z około 300 zł do poniżej 100zł/MWh), cena energii dla odbiorców końcowych cały czas wzrasta, a nie maleje. Zatem trudno mówić o bezpośrednim wpływie zwiększenia obowiązku na wysokość ceny energii, chyba że korelacja występuje tylko w jednym kierunku.

Na rys. 1 przedstawione zostały zmiany na rynku świadectw pochodzenia od roku 2005 i przewidywane do roku 2020 po przyjęciu poprawki i założeniu, że w latach 2017-2020 obowiązek zostanie określony na poziomie 14 proc.

 

Należy przypomnieć, że w założeniach systemu wsparcia wprowadzonego w Polsce w 2005 roku, było zagwarantowanie wieloletniej stabilności tego systemu wsparcia, w tym minimalnych gwarantowanych przychodów ograniczających ryzyko inwestycyjne, co potwierdzone zostało oficjalnie w dokumencie przyjętym przez Radę Ministrów RP – Krajowym Planie Działania w zakresie energii OZE w dniu 7 grudnia 2010 r. Jednym z mechanizmów mających gwarantować odpowiednią wartość certyfikatów miało być ustalanie przez rząd obowiązku udziału OZE w podaży energii finalnej na poziomie lekko wyprzedzającym skalę realizowanych inwestycji. W praktyce, regulacje wprowadzane przez legislatora były zawsze spóźnione i nie poprawiały sytuacji, nadpodaż świadectw pochodzenia wzrastała z każdym rokiem do obecnej liczby równej niemal rocznej produkcji energii z OZE. Także wprowadzone w ustawie o OZE z 20 lutego 2015r, mechanizmy mające na celu ograniczenie nadpodaży świadectw pochodzenia nie zmienią sytuacji przed rokiem 2020. 

Niewystarczalność zapisów ustawy o OZE z 20 lutego 2015r jest potwierdzona wprost przez Ministerstwo Gospodarki, które w Programie Działań Wykonawczych na lata 2015-2018 (będącym załącznikiem do projektu Polityki Energetycznej Polski do roku 2050), w działaniu 1.2.3.6 planuje: „Opracowanie i wprowadzenie rozwiązań mających na celu rozwiązanie problemu nadpodaży świadectw pochodzenia energii z odnawialnych źródeł mającej negatywny wpływ na produkcję energii elektrycznej z OZE”.
 

Prace nad obecną nowelizacją ustawy o OZE są ostatnim momentem na interwencję na rynku świadectw pochodzenia, która mogłaby zadziałać w 2016 r. Jeśli to się nie zdarzy, będzie to potwierdzeniem, że dalej łamane są gwarancje wieloletniej stabilności systemu wsparcia, a część przedsiębiorców (nie tylko biogazowni) w najbliższym czasie przed widmem bankructwa. Dotyczy to w szczególności małych producentów, którzy nie zawsze mieli możliwość zawarcia wieloletniej umowy z odbiorcą energii elektrycznej.

Można powiedzieć, że upadek tych przedsiębiorstw, chociaż niewątpliwie spowoduje dramaty w skali indywidualnej, jest niewielkim problemem w skali całej gospodarki, jednak należy pamiętać, że na poziomie krajowym jest to utrata wiarygodności państwa w oczach inwestorów krajowych i zagranicznych. A pamiętajmy, że od 2016 r. zostaje wprowadzony w Polsce nowy system wsparcia rozwoju energetyki odnawialnej oparty na aukcjach, a do roku 2020 konieczne jest zwiększenie produkcji energii z OZE o niemal 50 proc. w stosunku do produkcji w roku 2014. Nasuwa się zatem pytanie, czy wobec porażki w dotrzymywaniu przez państwo gwarancji stabilnych warunków prowadzenia działalności gospodarczej w tej dziedzinie w istniejącym systemie, znajdą się chętni do dalszego inwestowania w sektorze energetyki odnawialnej.

 

Beata Wiszniewska, dyrektor generalna Polskiej Izby Gospodarczej Energetyki Odnawialnej i Rozproszonej (PIGEOR)

Beata Wiszniewska, fot. PIGEOR

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here