FRANCJA 2018: Wolność bez równości i braterstwa. Prawdziwe przyczyny i skutki buntu “żółtych kamizelek”.

Protesty żółtych kamizelek to efekt rosnących nierówności nad Sekwaną i coraz gorszej sytuacji tamtejszych pracowników. Pokazują one również, że koszty transformacji energetycznej muszą zostać rozłożone sprawiedliwie.

Erozja systemu

Francuzi nawykli do protestowania, a ich wystąpienia społeczne są nie tylko skuteczne, ale też często niezwykle burzliwe. I nie chodzi tu tylko o Rewolucję Francuską, lecz o czasy najnowsze – skłonność do strajków tamtejszych pracowników jest dużo wyższa niż w innych krajach Zachodu, na ulice często wychodzą tam także inne grupy społeczne. Jednak skala protestów żółtych kamizelek przyćmiła wiele wystąpień z wcześniejszych lat.

Sprowadzanie buntu żółtych kamizelek tylko do bojowniczego charakteru francuskich mas byłoby więc błędem. Jest to przede wszystkim efekt wzbierającego wśród Francuzów gniewu w reakcji na postępującą w ostatnich latach erozję tamtejszego modelu społecznego, który coraz bardziej oddalał się od kluczowych dla Republiki Francuskiej wartości –wolności, równości i braterstwa.

O ile formalnej wolności wciąż jest tam wiele, to równości i braterstwa zdecydowanie mniej – a przynajmniej mniej, niż chcieliby tego sami Francuzi. Republika ma tradycję kraju etatystycznego i opartego na egalitaryzmie ekonomicznym oraz bezpieczeństwie socjalnym.

Nierówności dochodowe były tam przez długie lata bardzo niskie, na poziomie zbliżonym do krajów nordyckich.

Pracownicy byli zawsze grupą wpływową, dobrze zorganizowaną i silnie chronioną prawem pracy. Człowiek mający pracę we Francji generalnie mógł być spokojny o przyszłość. Rozbudowany system zabezpieczenia społecznego i sprawne usługi publiczne sprawiały, że przeróżne ryzyka, znane obywatelom USA, we Francji miały dużo mniejszą wagę. Mało kto musiał się martwić o wydatki na opiekę medyczną, dojazd do pracy czy dach nad głową – francuska służba zdrowia wciąż należy do najlepszych na świecie, podobnie jest na przykład z koleją.

Coraz mniej wspólna ławka

Jednak lata globalizacji, która przyspieszyła od lat 80., sprawiły, że sytuacja pracowników we Francji stawała się coraz gorsza. Uwolniony z przeróżnych barier kapitał mógł stawiać coraz większe wymagania klasie pracującej, strasząc chociażby przenoszeniem miejsc pracy za granicę – także do Polski i innych krajów naszego regionu. Globalizacja i swobodny przepływ kapitału sprawiły, że tradycyjne francuskie państwo dobrobytu zaczęło chwiać się w posadach. Coraz większą część francuskiego tortu zaczęły zgarniać grupy kontrolujące kapitał oraz pracownicy najlepiej wykwalifikowani lub kadra menedżerska. Tymczasem dla szerokich mas społecznych było coraz mniej miejsca na wspólnej ławce.

Jeszcze w 1981 roku udział płac w PKB we Francji wynosił 66% – czyli dwie trzecie wypracowywanego dobrobytu trafiało do klasy pracującej. Od tamtego czasu zaczął on systematycznie spadać. Już w 1989 roku wyniósł 58%, a w 2007 roku 55%. W przyszłym roku prawdopodobnie będzie to 57%, a więc prawie 10 pkt. proc. mniej niż na początku lat 80.

Nic dziwnego, że sytuacja klasy pracującej stawała się we Francji coraz gorsza. Jeszcze w 2006 roku tylko 6% pracujących obywateli było zagrożonych ubóstwem, tymczasem dekadę później już 8%. W Polsce w tym czasie wskaźnik ten spadł z 13% do 9%. Tak więc w zaledwie dekadę pod tym względem sytuacja pracujących w Polsce i we Francji niemal się zrównała, co jeszcze nie tak dawno wydawało się absurdalnym scenariuszem. Szybko rosną również francuskie nierówności. W 2006 roku współczynnik Giniego, pokazujący nierówności dochodowe, wynosił we Francji 27,3, a więc był nieco wyższy niż w Finlandii, mniej więcej na poziomie Holandii. Tymczasem w 2017 roku we Francji wyniósł on już 29,3, tymczasem w Holandii wciąż 27. W Polsce w tym czasie nierówności według indeksu Giniego spadły z 33,3 do 29,2, a więc

Francja stała się krajem na podobnym poziomie nierówności, co Polska.

Także w tym aspekcie spełnił się scenariusz niemalże niemożliwy.

Rozłożyć koszty sprawiedliwie

Nadzieja liberalnej Europy, czyli Emmanuel Macron, jakby nic sobie z tych faktów nie robił. Wręcz przeciwnie, zaczął wprowadzać reformy, które przyczynią się do pogłębienia wyżej opisanych zjawisk. Jeszcze bardziej wzmocnił pozycję kapitału, obniżając górną stawkę podatku od dywidend i zysków kapitałowych z 59% do 30%. Z drugiej strony przyczynił się do dalszego osłabienia pozycji pracowników, przeforsowując liberalizację prawa pracy, ułatwiając chociażby zwalnianie pracowników. Nosi się także z zamiarem obniżenia francuskiego podatku korporacyjnego z 33% do 25%, co jeszcze zwiększy zyski kapitału, za to zmniejszy środki budżetowe potrzebne chociażby na świadczenia społeczne.

Czarę goryczy przelało oczywiście podwyższenie opodatkowania paliw, co, jak każdy podatek pośredni, uderzy przede wszystkim w zwykłych Francuzów.

Oczywiście odchodzenie od paliw kopalnych to konieczność. Zwiększenie opodatkowania paliw samo w sobie nie jest więc niczym złym. Jednak przykład Francji pokazuje, że koszty energiewende muszą być sprawiedliwie rozłożone na wszystkie grupy społeczne i dostosowane do ich możliwości. Gdy obniża się podatki kapitałowi, a podwyższa obciążenia płacone przez zwykłych obywateli, to żadne piękne słowa o odpowiedzialności za środowisko nie są w stanie przykryć poczucia zwyczajnej niesprawiedliwości.

Tego typu polityka tylko szkodzi sprawie – społeczeństwa nabierają przekonania, że transformacja energetyczna jest wymierzona w nich samych, gdyż intuicyjnie łączą ją z pogorszeniem własnej sytuacji. Rewolucja energetyczna musi się odbyć, lecz zapłacić za nią powinni ci, którzy najbardziej obłowili się na współczesnym modelu kapitalizmu – kapitał oraz najbogatsi. Jeśli będzie inaczej, kolejne odsłony ruchu żółtych kamizelek pojawią się także w pozostałych krajach Europy.



REO POLECA

MACIĄŻEK: Włącz prąd, póki nie przeszkodzi rząd