WOJNA na słowa, WOJNA na krew

Spór, który na świecie rozgrywa się w najlepsze, choć nie wszyscy wydają się go dostrzegać

Od dłuższego czasu, [różnie jest to datowane: od 2005 (I rząd PiS) z większym natężeniem od 2010 (Katastrofa smoleńska) a już szczególnie od poprzednich wyborów w 2015 r.] wiele mówi się o tym, że nasz kraj jest podzielony na pół. Tłumaczy się to czynnikami ekonomicznymi, kiedyś mówiło się o Polsce „A” i Polsce „B”.
Stawiam jednak tezę, że to kwestia światopoglądu. Element wojny kulturowej między dwoma częściami społeczeństwa: tą opartą na kulturze laickiej, świeckiej a tą z rodowodem religijnym.
Znany motyw, ale użyty przewrotnie? Taka jest amunicja kulturowych wojen
Krajobraz po wojnie kulturowej

Na zachodzie Europy konflikt postępowców i zwolenników wolności z tradycjonalistami również miał miejsce, z tym że w dużej mierze siły wsteczne utraciły rząd dusz dekady temu. Mamy wprawdzie do czynienia z falą prawicowego populizmu, jednak wydaje się, że to przegrani wówczas autorytarni tradycjonaliści wzniecili kontrrewolucję, która – miejmy nadzieję (ja i moja strona owego kulturowego, światopoglądowego sporu) – przejdzie do przeszłości, jak wiele innych zawirowań.

Generalnie jednak są sfery społecznie uzgodnione. Podejmowanie debaty na ich temat traktowane jest jak obskurantyzm, zawracanie rzeki kijem – krótko mówiąc obciach albo wręcz oznaka prymitywizmu. Kto w krajach tych obnosi się publicznie z rasistowskimi czy – połączonymi często z autorytaryzmem – seksistowskimi poglądami, gdy prawa homoseksualistów popierają nawet konserwatyści? W amerykańskiej Partii Republikańskiej (jak powszechnie wiadomo, o profilu konserwatywnym) działa bez kłopotów i niczyjego zdziwienia frakcja LGBT. 

Chris Kanthan: Biali przeciwko czarnym, mężczyźni przeciw kobietom, heteroseksualni przeciwko gejom, obywatele przeciw imigrantom, chrześcijanie przeciw muzułmanom, prawica przeciw lewicy i tak dalej. Nie ma żadnej logicznej, dojrzałej dyskusji. Dwie grupy spotykają się, aby sprawdzić, kto potrafi głośniej krzyczeć i podlej wyzywać. Gdy policji uda się skutecznie je rozdzielić, tłumy znajdują zadowolenie w kakofonii nonsensów. Kiedy policja odchodzi, budzą się instynkty jaskiniowców i zaczynają się bijatyki. Co się stało z hasłem „miłość zwycięża nienawiść” (Love Trumps Hate)?

Nie znaczy to, że nie ma tam trzymających się starego, słabego stylu, ludzi. Chodzi o to, że ich kultura już nie rządzi. Słowem, na zachodzie Europy (w każdym razie na dziś dzień) pewne rzeczy są oczywiste. Nie wypada na ich temat dyskutować, tak jak u nas nikt poważny nie popiera Hitlera czy Stalina. Czy ktoś słyszał, żeby u nas toczyła się dyskusja na temat oceny nazizmu? Był potworny i kropka. Pod względem moralnym, uważamy to za tak oczywiste jak to (poza tzw. płaskoziemcami), że Ziemia jest kulista. Każdą próbą podjęcia dyskusji na te tematy delikwent spycha się na absolutny margines.

Nierozstrzygalny spór o hiszpańską wojnę domową

Inaczej jest w Polsce czy chociażby na Węgrzech. Tu wojna kulturowa trwa w najlepsze. Widać to bardzo dobrze na przykładzie sporu o ocenę hiszpańskiej wojny domowej. Zadziwiająco silna jest u nas opcja, która bez skrępowania głosi poglądy sprzeczne z jakąkolwiek przyzwoitością.

Gen. Franco i popierający go konserwatyści podnosili argument zgodnie z którym demokracja nie była zakorzeniona w iberyjskiej tradycji politycznej.

W Hiszpanii, gdzie obok wojny narodu z reżimem Generała Francisco Franco, wojna kulturowa miała najbardziej gwałtowny przebieg, obecnie – poza marginesem – mało kto powołuje się na tradycję wojskowego dyktatora. Republikanie wygrali a ich podstawowe hasła głosi tam nawet prawica. Trzeba zaznaczyć, że republikanami nazywano w Hiszpanii – inaczej niż w USA – raczej siły lewicowe, generalnie wszystkich tych, którzy walczyli z gen. Franco. Używając amerykańskiej terminologii, byliby to bardziej demokraci.

W Polsce ocena reżimu Franco jest wciąż tematem debaty publicznej, w której bez żenady głosi się poglądy uznane w krajach zachodnioeuropejskich za równie obskurne co pochwała totalitaryzmu. Nasze mainstreamowe gazety i magazyny piszą oczywiście o zarazie faszyzmu, jaka przetoczyła się przez Europę, ostrzegając przed jego powrotem i – obok Mussoliniego czy Hitlera – podają jako przykład Franco. Jednak równie liczne są tytuły, które gen. Franco bronią, uważając wręcz za obrońcę europejskiej cywilizacji.

Ciężko je nazwać marginesem, skoro są kojarzone z obozem aktualnie rządzącym. Osób czytających czy myślących jak redaktorzy niepokornych (aktualnie raczej bardzo pokornych, z tym że wobec rządu) gazet i magazynów jest u nas wiele.

Coś co na zachodzie jest oczywiste, (że Franco był zły) u nas wciąż jest tematem dyskusji.

Wydawało by się, że poważny dziennik – Rzeczpospolita – a zamieścił był kilka miesięcy temu artykuł Leszka Szymowskiego, który używa w kontekście Franco określenia faszysta, ale w cudzysłowie. Wychodzi na to, że tylko jacyś podli Staliniści nazywają go politycznie po imieniu. Czy autor chce przez to powiedzieć, że faszystą nie był? Najwyraźniej tak, skoro przedstawia go wręcz jako obrońcę przed zbrodniarzami antyfaszystowskimi (również używa cudzysłowu). Może jeszcze nazwie go demokratą? Okazuje się, że Franco wręcz bronił kraju przed Stalinem, którego słudzy dokonali w Hiszpanii strasznych zbrodni. Oczywiście źródeł brak.

Inny autor o tej rzekomej rzezi – powołując się na źródła – pisze, że nic takiego nie miało miejsca, ale co tam. Artykuł opublikował, dbający na ogół (acz nie tym razem) o prawdziwe opisywanie dziejów, serwis histmag.orgOczywiście wśród antyreżimowców byli i totalitarni komuniści, oczywiście były zbrodnie (po obu stronach), ale większość jednak walczyła o demokrację. Piotr Zychowicz idzie o krok dalej. Uważa, że masowe morderstwa na hiszpańskich republikanach po wojnie to, to samo co Trybunał w Norymberdze, który skazywał na śmierć… nazistowskich zbrodniarzy. Czy wydał wyrok na kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy Wehrmachtu, a nawet (wyraziściej pokazując szokujące poglądy prawicowego skandalisty historycznego) spiskowców przeciw Hitlerowi? Każdy z nas przyznałby, że to absurd.

Nie trzeba gdybać, czy wygranie wojny przez republikanów i ich dojście do władzy spowodowałoby, że zapanowałby stalinizm i czerwony terror. Oni doszli do władzy wielokrotnie, gdy nastała demokracja. I co? Okazali się podobni do sowieckiego satrapy? No, raczej nie. Czy rządy współczesnych socjalistów albo członków Podemos, Zychowicz też by wymordował, ze słowami o sprawiedliwości na ustach? Oni właśnie są republikanami, którzy zwyciężyli. Zresztą tamtejsza chadecja też szanuje wartości hiszpańskich republikanów, czyli prawa człowieka i demokrację (nawet jeżeli wzbudza czasem kontrowersje, to są one nic nie znaczące przy działaniach Franco).

Zawsze zastanawia mnie, jak łatwo, niektórym, masowe mordy i faszystowski terror, przedstawić jako dziejową sprawiedliwość. Czarne jako białe. Z resztą w ZSRR myślano dziwnie podobnie. A może ze zbuntowaną młodzieżą z 68’ postąpiłby tak samo? Czy naprawdę Zychowicz myśli, że Franco mordował wyłącznie zwolenników Stalina? A może, jak to dyktator, każdego, kto go nie popierał? Wśród republikanów byli chyba przede wszystkim demokraci z różnych opcji (nawet prawicowych), przecież komuniści to tylko jedna z ich frakcji, a i oczywiście nie każdy komunista popierał masowe mordy. Część z nich to idealiści, przecież hipisów żyjących nomen omen w komunach też tak można by nazwać, a raczej ze Stalinem i jego metodami nic wspólnego nie mieli.

Zarówno Hitler, jak i Mussolini czy Franco mają nadal na zachodzie swoich zwolenników. Są również tacy, którzy zakładać się będą, że któraś czy któreś z tych postaci spokojnie sobie żyją gdzieś w Ameryce Południowej. Jednak nie sądzę, aby poważni członkowie społeczeństwa dyskutowali w ogóle na ten temat publicznie. U nas robi tak rzesza osób i nie odczuwa w tej kwestii absmaku. Tu panuje standard wschodni, tak jak w Rosji w przypadku gloryfikacji np. Józefa Wisarionowicza Stalina.

Nauka swoje, a obskuranci swoje

Podobnie jest w USA, gdzie oczywiście polityczna poprawność jest wszechobecna, ale są również całe rzesze ludzi, dla których kreacjonizm, rasizm czy seksizm to poglądy najzupełniej normalne. Obserwując np. profil amerykańskich liberałów, można wręcz odnieść wrażenie, że tam jest jeszcze gorzej niż w Polsce, bo dyskutuje się na tematy, na które u nas – bez narażenia się na kompromitację – po prostu nie wypada. Może nie jest tak, że kłócą się, czy Ziemia jest płaska, ale jest naprawdę źle. Nad Wisłą jednak Sąd Najwyższy nie decyduje, czy w szkołach uczyć kreacjonizmu, bo to oczywiste, że nie, tam musiał wydać wyrok w tej sprawie.

Wiele osób chce tę wojnę kulturową, nazwijmy to liberalizmu z konserwatyzmem, przedstawić w formie symetrii. Że jedni mówią tak, drudzy tak, czyli każdy ma prawo do własnych poglądów, a tak naprawdę, nie wiadomo jak jest. Inni z kolei twierdzą, że są neutralni, a prawda leży pośrodku. Tymczasem prawda praktycznie nigdy nie leży po środku. Oczywiście, że każda strona ma swoje racje, że nigdy nie jest tak, że jedna wyłącznie się myli, a druga wyłącznie mówi prawdę. Ale ktoś może mieć 95 proc. racji, a inny 5 proc. Tutaj nie mamy do czynienia z dwoma równorzędnymi poglądami. Bo jedna i druga opcja opierają swoje wywody na czym innym. Liberałowie i lewica na nauce i filozofii, konserwatyści natomiast na tradycji i religii.

Oczywiście nie można wierzyć nauce bezkrytycznie, szczególnie naukom humanistycznym, gdzie na jeden temat mogą istnieć różne stanowiska, a czasem też się one zmieniają. Ale równie oczywistym jest, że to właśnie nauka stanowi podstawowy i sprawdzony doświadczalnie sposób poznawania świata. To tak jakby wierzyć wiejskiemu znachorowi, a nie wierzyć lekarzowi. Tak samo jest z psychologią, socjologią, politologią czy filozofią. Nie powstały na podstawie babcinych rozważań przy kominku przekazywanych z pokolenia na pokolenie.

Argumenty i metody wojen kulturowych przekraczają bardzo często granice dobrego smaku, przyzwoitości i absurdu.

Nie wywodzą się również z rozmyślań księży, którzy całą wiedzę o człowieku czerpią z Biblii oraz spowiedzi i zajmują się głównie konserwowaniem porządku społecznego, a nie tłumaczeniem świata. To dużo wyższy poziom, oparty zarówno o szeroko zakrojone badania empiryczne, jak i głębokie rozważania, ale w wykonaniu zawodowców, na podstawie całego dorobku ludzkości, różnych szkół, w danej materii. Do tego naukowcy, dzielą się na bieżąco dokonaniami  z innymi zawodowcami.

Mówi się, że starsi ludzie znają życie. Ale oni znają swoje życie. Rzekomo ta wiedza ma być lepsza niż ta książkowa. Ale książki też są o życiu, z tym że niejednym. Przeciętny psycholog ma natomiast wiedzę od ludzi, którzy zbadali tysiące biografii i wysnuli na ich podstawie wnioski natury ogólnej, a nie podpasowane do np. jakiegoś wyznania i związanego z nim systemu wartości. Socjolog również zapoznaje się z rozważaniami, ale ludzi, którzy badają świat czy człowieka albo z tymi badaniami się zapoznali, a nie bazują wyłącznie na własnym doświadczeniu.

Naukowcy myślą, bazując na wiedzy najtęższych umysłów ludzkości, na podstawie światowego dorobku. Nie można porównywać myślenia naukowego, z myśleniem potocznym. z chłopską mądrością, wiedzą dziada i pradziada.

Uchodźcy, a może ujeźdźcy? Od kiku lat modeowy przykład tematu do kłocenia spoleczeństwa

Czym innym jest np. debata socjologiczna, a czym innym dyskusja czy kłótnia u cioci na imieninach. I właśnie, mam wrażenie, że polski konflikt, w dużej mierze wynika z tego że naprzeciw weryfikowalnej wiedzy naukowej staje ta przegadana przy ciasteczkach i kawusi.

             ___________________

 

Artykuł Piotra Sokołowskiego wywołał mocny głos sprzeciwu czytelnika PK, ten pociągnął następne. Zapraszamy do dyskusji!

 

Odpowiedź redakcji REO (po wzięciu „na klatę” uwag co do pomyłki gramatycznej związanej z obskurantyzmem):

 

Głos czytelniczki Agnieszki odnoszący się do pytania z końcówki wpisu REO:

 

List od Jacka, czytelnika mieszkającego w Hiszpanii przez 10 lat:

Dziękujemy, prosimy o dalsze głosy na profilu REO na Facebooku, bądź tu, pod artykułem.