manipulowanie słowami

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Bożena Sitek.

 



Jedną z pierwszych rzeczy, które zauważyłem w Rosji, gdzie pracowałem jako dyplomata w latach 2005-2009, było to, do jakiego stopnia państwowa propaganda manipulowała przekazem za pomocą odpowiedniego doboru słów.

Przykładowo: demonstracje zwolenników władzy gromadziły zawsze obywateli bądź ludzi. Z kolei na wystąpieniach opozycji zbierał się tłum, w którym rzecz jasna mnóstwo było chuliganów. Gdy żołnierze sił federalnych ginęli w Czeczenii, mowa była o tym, że zostali oni zabici lub też zamordowani. Kiedy natomiast ginęli czeczeńscy partyzanci (odnoszę się do czasu, gdy jeszcze w istocie nie stali się oni wyłącznie fanatycznymi dżihadystami), słyszało się o tym, że zostali zlikwidowani (słowo to w języku rosyjskim stosuje się np. w odniesieniu do likwidacji karaluchów). Gdy armia rosyjska przybliżyła się do granic Paktu Północnoatlantyckiego, mówiono, iż odpowiada ona na zaczepne działania Zachodu, który otaczał Rosję bądź też ją prowokował. Ta natomiast zawsze odpowiadała na owe prowokacyjne działania.

Rosyjska propaganda w ten niezauważalny dla swych odbiorców sposób, używając starannie dobranych słów, wywoływała określony stosunek do przekazywanych przez nią informacji. Czytelnicy gazet, słuchacze radia i oglądający telewizję mieli już na poziomie podświadomości wdrukowywany przekaz, jak oceniać dane fakty.

kluczowe jest, by przekazywać fakty, a nie stosunek do nich.

Niestety, z analogicznym typem manipulacji coraz częściej mamy do czynienia również w Polsce. Przykładowo: zawsze wydawało mi się, że w demokracji rządy się odwołuje, a nie obala. Tymczasem przy okazji kolejnej rocznicy odwołania rządu Jana Olszewskiego rządowa propaganda cały czas powtarza, że oto w 1992 roku kierowany przez premiera Olszewskiego gabinet obalono. Można oczywiście fakt odwołania tej władzy oceniać pozytywnie lub negatywnie, ale kluczowe jest, by przekazywać fakty, a nie stosunek do nich. Takiej samej manipulacji dopuszczała się i nadal dopuszcza druga strona sporu. Ludzie prawicy określani są słowem oszołomy bądź fanatycy, co ma ich zohydzić w oczach opinii publicznej. Co więcej, technika ta wepchnęła wielu umiarkowanych polityków i publicystów prawicy wprost w ramiona rzeczywistych ekstremistów. Innymi słowy, metoda była nie tylko nieuczciwa, ale też szkodliwa z punktu widzenia ludzi umiarkowanych.

Najważniejsze i najgroźniejsze jest jednak to, że słowa, gdy używa się ich nie do przekazywania treści, lecz do manipulowania emocjami, to zamiast umożliwiać dialog, zabijają go.

pogarda z psychologicznego punktu widzenia prowadzi do całkowitego zerwania dialogu.

Słowa przenoszące negatywne emocje w miejsce informacji mogą wykopywać rowy, których możemy nie być w stanie zasypać. W oceanie ludzkich uczuć dwa negatywne są kluczowe – nienawiść i pogarda. O ile pierwsze można jeszcze pokonać, to już pogarda z psychologicznego punktu widzenia prowadzi do całkowitego zerwania dialogu. Odnoszę wrażenie, że na prawicy przez lata dominowała złość, czasem przeradzająca się we wściekłość oraz resentyment, niekiedy przechodzący w nienawiść. Salon wystrzegał się owych mało wytwornych uczuć, ale pozwalał sobie za to na pogardę, która w istocie jest jeszcze gorsza i wbrew pozorom równie mało elegancka, bo świadczy o takim samym braku ogłady jak nienawiść. Manipulowanie słowami i używanie ich nie po to, by rozmawiać, ale by czuć się z obowiązku rozmowy zwolnionym, to dziedzictwo bolszewii, a nie Zachodu, którego chcemy być częścią. Uważajmy więc na słowa.