📻 PUSTKA wokół władzy. Gorzka diagnoza Witolda Jurasza

Tym się różni Warszawa od Waszyngtonu oraz od Moskwy, że w Waszyngtonie scenariusze alternatywne władzy podsuwają, w Moskwie władza je sobie zamawia, a w Polsce władza ani niczego nie zamawia, ani nikt władzy niczego nie podsuwa.

RAND Corporation, Carnegie, Chatham House. Kilka nazw wiodących think tanków, które zna każdy zajmujący się polityką. Think tanków, czyli po prostu ośrodków analitycznych jest na Zachodzie oczywiście znacznie więcej. Jedne są liberalne, drugie konserwatywne. W Niemczech dominują te tworzone przez partie, we Francji najważniejsze są w strukturze państwowej, w kulturze anglosaskiej dominują prywatne. W Stanach Zjednoczonych żartuje się, że jeśli nafciarz z Teksasu chce by go szanowano w Waszyngtonie, to przepustką na salony jest albo dobrze rozwinięta działalność charytatywna, albo ufundowanie think tanku.

W Londynie czy w Waszyngtonie były oficer wywiadu do think tanku wnosi doświadczenie. U nas wnosi związki.

Ideą istnienia takich ośrodków jest stymulowanie debaty publicznej, ale przede wszystkim tworzenie analityki, dzięki której rządzący (ale i opozycja) mogą, nim podejmą ważne decyzje dotyczące polityki, znać już różne punkty widzenia. W think tankach pracują ludzie ze stażem w dyplomacji, biznesie, bankowości. Nie brak też świata akademickiego, tyle że świat zachodnich uniwersytetów od naszego różni się, jak wiadomo, dramatycznie. Zdarzają się też byli oficerowie służb specjalnych. Nikt zresztą swojego stażu czy to w CIA, czy MI6 nie ukrywa, bo nikt się pracy dla agencji wywiadowczych nie wstydzi, ale ważniejsze jest co innego. Agencje wywiadowcze zajmują się tym, do czego je powołano, a nie kreowaniem debaty publicznej, jak to ma miejsce w Polsce, gdzie formalnie nikt nigdy byłego oficera nie widział, ale za to wszyscy wiedzą, kto aktualnie ma związki. W Londynie czy w Waszyngtonie były oficer wywiadu do think tanku wnosi doświadczenie. U nas wnosi związki.

Prywatnych think tanków teoretycznie jest w Polsce kilkadziesiąt, ale problem polega na tym, że większość nie jest znana z żadnych publikacji, współpracownicy są zazwyczaj czystej wody teoretykami, a istotą działalności jest zdobywanie grantów. I tak oto dorobiliśmy się ośrodków analitycznych, które w styczniu zajmują się ekologią, w lutym prawami kobiet, a w marcu wyzwalaniem Białorusi. Za każdym razem skądinąd z identycznym skutkiem i z identycznym brakiem jakiegokolwiek znaczenia swych działań.

Od czasów Talleyranda wiadomo, że słowa służą do ukrywania myśli.

Nie tylko jednak w podaży problem. Popyt też jest średni, a najciekawsze nawet debaty ściągają w Warszawie kilkadziesiąt zazwyczaj osób. Tych samych, co i na poprzedniej konferencji, bo i mówcy ci sami i tematy nudne i wiadomo, że nikt nic nie powie, bo jak wiadomo już od czasów Talleyranda, słowa służą do ukrywania myśli. Ciekawe dyskusje odbywające się poza Warszawą nikogo z Warszawy natomiast nie interesują i przez to nie mają znaczenia, bo Polska to Warszawa i może jeszcze pięć km dalej. Ale już nie 300, więc najmądrzejsza debata w Gdańsku w ogóle nie będzie odgrywać żadnej roli.

Jeśli przyjrzeć się polskim thinktankom to na palcach jednej ręki można policzyć te, które są faktycznie prywatne, tj. działają za prywatne pieniądze, ale nie są zarazem agencjami lobbystycznymi czy to grup kapitałowych, czy – co jest ostatnio bardziej w modzie – koncernów zbrojeniowych.

Państwowe ośrodki analityczne mają świetnych analityków, ale trudno powiedzieć, by brały aktywny udział w debacie publicznej. W zapewniania o kontestowaniu polityki władz trudno uwierzyć, szczególnie, że wszystko, co rzekomo krytyczne jest – jakżeż wygodnie – utajnione. Jedni więc lobbują lub zdobywają granty, a inni płynnie przechodzą z uzasadniania resetu z Rosją z czasów rządów Donalda Tuska do uzasadniania obecnej polityki zagranicznej, która jest, delikatnie rzecz ujmując, nieco inna niż ta poprzednia.

Powyższy pesymistyczny obraz wielu zapewne sprowokowałby do powiedzenia, że pewnie gorzej jest już tylko w Rosji. Tyle, że w Rosji jest znacznie lepiej. Bodaj w 2008 roku uczestniczyłam w debacie zorganizowanej w Moskwie przez dwa kremlowskie ośrodki analityczne. Do przerwy na kawę dyskutowano scenariusz resetu z Zachodem, współpracy z USA, poprawy relacji z NATO. Po przerwie – scenariusz konfliktu z Zachodem. Zdezorientowany podszedłem do jednego z czołowych politechnologów i zapytałem o co chodzi, na co gentleman ów odparł, że trwają prace nad ideologią państwową. Spytałem jaką, bo po kawie ideologia gwałtownie się zmieniła, na co usłyszałem, że to zupełnie tak samo jak na Kremlu, a tak poza tym to nie wiadomo, bo zamawiający ideologię się nie określił, ale zawsze zamawia kilka scenariuszy. Dziś już wiemy, jaki scenariusz ów zamawiający wybrał. Co gorsza, wiemy jednak jeszcze jedno. Że nim go wybrał, miał na stole kilka alternatywnych. Zapewne wybrał niemądrze, ale jeśli to zrozumie, będzie w stanie dokonać korekty kursu. Bo scenariusze alternatywne też zamówił.

I tym się różni Warszawa od Waszyngtonu oraz od Moskwy, że w Waszyngtonie scenariusze alternatywne władzy podsuwają, w Moskwie władza je sobie zamawia, a w Polsce władza ani niczego nie zamawia, ani nikt władzy niczego nie podsuwa.