📻 KULISY DYPLOMACJI. Witold Jurasz: Pany i chamy

Czy można poznać kraj nie wychodząc z budynków ambasady i rezydencji?

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Hubert Augustyniak.

 


 

I oto znów okazuje się, że posłowie zarabiają za dobrze, a urzędnicy kosztują za wiele. Ma być taniej. Nie jak w Singapurze, gdzie zbudowano efektywne państwo płacąc dobrze urzędnikom (i równocześnie wymagając od nich), ale dokładnie na odwrót.


Przez prawie 15 lat byłem urzędnikiem państwowym. Wyciągnąłem niedawno swoją umowę o pracę z 2004 roku. Pracowałem wówczas w Zakładzie Inwestycji NATO, tj. w komórce specjalizującej się w projektach realizowanych w ramach programu NATO Security Investment Programme w naszym kraju. Zajmowałem się kontaktami z Kwaterą Główną NATO, raportowaniem postępów w realizacji programu, organizowaniem wizyt oficerów NATO nadzorujących inwestycje etc. Zarabiałem dokładnie 1420 zł miesięcznie. Do tego dochodził telefon służbowy, czasem premia (ca. 500 zł raz na kwartał) i – to już zupełny absurd i pochodna jakichś przepisów z czasów chyba wczesnego Bieruta – dwa mydła na miesiąc (tak Drogi Czytelniku – oczy Cię nie zwodzą – dostawałem dwie kostki mydła na miesiąc). Na szczęście moja żona zarabiała przyzwoicie i dzięki temu jakoś żyliśmy. Nie zmienia to faktu, że pewnego dnia skonstatowałem, że nie stać mnie nie tylko na nowy garnitur, ale nawet na nowe buty.

Potem zostałem dyplomatą w Moskwie. Moja pensja wystarczała na jedzenie. Pamiętam, że wszyscy zarabiali od nas lepiej – nie tylko Niemcy, Brytyjczycy czy też Włosi, ale i Czesi, i Słowacy. Gdy żona podjęła pracę zaczęliśmy odkładać. Po czterech latach udało się nam przywieźć do Polski używane, wówczas już 11-letnie Volvo i nieco ponad 50 tysięcy złotych. Mogliśmy oszczędzić więcej, ale uznaliśmy, że skoro już żyjemy w Moskwie (wówczas bodaj czwartym po Tokio, Londynie i Oslo najdroższym mieście świata), to warto chodzić do Teatru Bolszoj, wychodzić na kolacje z zaprzyjaźnionymi dyplomatami z innych państw i generalnie utrzymywać relacje z ludźmi. Z czasem okazało się, że wydajemy najwięcej w całej ambasadzie (jako dyplomaci byliśmy upoważnieni do zwrotu VAT i stąd można było dokładnie wyliczyć, ile kto wydaje).

W Polsce powiedziano mi, że to, iż chadzam do restauracji może zwrócić uwagę rosyjskich służb, bo skoro mnie na to stać, to być może mam jakieś dodatkowe źródła dochodu (czytaj: pracuję dla wywiadu). Co gorsza, bywanie przekładało się na kontakty, a te na informacje, czyli na ilość i jakość szyfrogramów. To z kolei miało podobno być powodem irytacji niektórych moich kolegów. Zostawmy jednak polskie piekiełko. Życzliwy mi przełożony poradził, bym się nie wychylał, zakupy robione w lepszych sklepach przepakowywał do toreb z innych sklepów, a gdy trafię na dobrą restaurację nie opowiadał o tym kolegom, bo to, co ja uważałem za życzliwość i otwartość wobec ludzi, odbierane było jako coś nieżyczliwego.

Nijak nie mogłem zrozumieć ani powyższego, ani tego, jak można pisać o Rosji, z rzadka wychodząc z ambasady, nie bywając tam, gdzie bywa elita i oszczędzając, jak w piosence pt. Jolka, Jolka pamiętasz: na Toyotę przepiękną aż strach. Zastanawiałem się, czy ludzie znający tajemnice państwowe powinni zarabiać grosze i czy aby nie wystawia to nas na zwiększone ryzyko werbunku. Podzieliłem się kiedyś tymi wątpliwościami z moim szefem. Ten odparł, że mam rację, ale w służbie państwowej ludzie dzielą się na panów i chamów. A ja nie rozumiałem, czym się w takim razie różnimy od Rosjan.

Po Moskwie trafiłem do Mińska, gdzie już ja kierowałem placówką. Z chamów awansowałem do kategorii panów. Zarabiałem bardzo dobrze. Co kwartał dostawałem premie w wysokości ca. 5000 PLN. Na ca. 100 podwładnych do podziału było zazwyczaj ok. 30.000 PLN. Uznałem, że dysproporcje są skandaliczne i chciałem moją premię oddać do puli przeznaczonej dla całej placówki. Okazało się to niemożliwe, bo moje premie były z puli kierownictwa resortu.

W pewnym momencie wysłano mnie służbowo do Waszyngtonu i do Nowego Jorku. W Waszyngtonie hotel zarezerwowała mi ambasada – w Nowym Jorku znaleziono mi hotel położony ca. 30 km od centrum. Uznałem, że skoro pierwszy raz jestem w tym jakże ciekawym mieście dopłacę z własnej kieszeni i zamieszkam w ścisłym centrum. Przez booking.com zarezerwowałem Hilton New York na Avenue of the Americas czyli na 6 Alei – przecznicę od legendarnej 5 Alei i ca. kilometr od Times Square. Na miejscu okazało się, że muszę dopłacić nie 120 dolarów za noc, ale prawie 160, bo – o czym nie wiedziałem – w USA ceny podaje się bez podatku. Za pięć nocy zapłaciłem więc 800 dolarów, ale poza tym, co miałem do załatwienia służbowo byłem na Broadwayu, w MOMA, na Wall Street etc. Do dziś pamiętam jednak zdziwienie kierowcy z naszej placówki w Nowym Jorku, który, gdy usłyszał gdzie nocuję powiedział, że nikt tak nie mieszka. Znów się wychyliłem. Znów miało to sens, bo okazało się, że dzięki temu udało się zorganizować dodatkowe, ważne spotkanie, które nie doszłoby do skutku, gdybym mieszkał nie na Manhattanie, a na Brooklynie.

Czy stać mnie było na to, by wydawać tyle, ile wydawałem? Nie. Czy mogłem przywieźć z placówki lepsze auto albo zmienić mieszkanie na większe? Pewnie tak. Czy to wszystko miało więc sens? Mimo wszystko tak. I wcale nie dlatego, że nawet dziś po latach mógłbym oprowadzać wycieczki po Moskwie czy po Mińsku, a i Waszyngton, i Nowy Jork w ledwie 10 dni dobrze poznałem. Nawet nie dlatego, że chyba dobrze rozumiem Rosję i umiem pisać o polityce międzynarodowej (bo przez lata rozmawiałem o niej z kolegami z innych ambasad w restauracjach i na wycieczkach, na które nie było mnie stać). Miało sens, bo mentalnie nie trafiłem z Zachodu na Wschód. A pieniądze, jeśli mi są pisane, zarobię. Kiedyś zarabiałem, słuchając (bo to główne zajęcie dyplomaty) a czasem mówiąc o tym, że Polska jest na Zachodzie. Dziś, pisząco tym, że jednak chyba niekoniecznie. Bo tam, gdzie ludzie się dzielą na książąt i hołotę jest bolszewia a nie żaden Zachód.