📻 REO KOMENTARZ: Witold Jurasz o nowej ambasador

Droga osobo czytająca! Ten tekst nie dotyczy ostatnich działań Pani Ambasador na rzecz wolności mediów w Polsce. To komentarz Witolda Jurasza z początku marca 2018 kiedy o nominacji poinformowano.

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Danuta Stachyra.

 


 

Nową ambasador USA w Polsce ma zostać Georgette Mosbacher, multimilionerka, businesswoman, sponsorka Partii Republikańskiej i lwica salonowa. Doświadczenia w dyplomacji – zero. Wydawałoby się, że taka nominacja to gwarantowana katastrofa.

Nowa Pani Ambasador zamieszka, jak jej wszyscy poprzednicy, w rezydencji przy ul. Idzikowskiego w Warszawie

 

Tak jednak nie jest i jest jeden prozaiczny powód, który powoduje, że Amerykanie mogą sobie na takie stricte polityczne nominacje pozwalać, a my Polacy nie. Pani Mosbacher otóż zostanie wyznaczony zastępca, który będzie de facto kierował placówką, a sama pani ambasador nie tylko uzna jego kompetencje, ale też będzie starała się ułożyć sobie relacje z nim. W Polsce polityczny nominat zaczyna kadencję od wymiany zastępców na takich, którzy nie są w stanie mu zagrozić, ci zaś wymieniają swoich podwładnych.

Zastępcą ambasadora USA w Polsce może zostać b. ambasador USA w mniej ważnym kraju, bo amerykański dyplomata rozumie, że zastępca w Warszawie to więcej niż ambasador w kraju mniej istotnym z punktu widzenia interesów USA. Podobnie jest w wypadku dyplomacji wielu zachodnich państw – np. w latach 2005-09 zastępcą ambasadora Wielkiej Brytanii w Moskwie był były ambasador Wielkiej Brytanii w Azerbejdżanie. W polskim systemie ambasador w dowolnym afrykańskim kraju to więcej niż zastępca w Waszyngtonie, Moskwie, Londynie czy Berlinie. Polskie placówki to bowiem nie urzędy, ale dwory pracujące na szefa. Szefa, który – dodajmy – ma zawsze rację. W razie konfliktu zawsze pracę traci podwładny – znane są przypadki, gdy ambasadorowie wymieniają cały personel, posuwają się do mobbingu, a nawet kilka razy zmieniają osoby na tym samym stanowisku.

Pani Mosbacher, jeśli okazałaby się osobą konfliktową, zostałaby dyskretnie zdymisjonowana. Tak się jednak nie stanie, bowiem co prawda nie ma ona doświadczenia w dyplomacji, ale ma tak duże doświadczenie w biznesie i w polityce, że gwarantuję, iż sprawdzi się na nowym stanowisku. Jej nominacja tym się różni od równie wydawałoby się przypadkowych nominacji w naszej dyplomacji, iż jest częścią systemu, a nie jego wypaczeniem. Jest może i pewną ekstrawagancją, ale jednak wtłoczoną w ramy systemu. Tyle, że system by w cokolwiek można było wtłaczać, musi najpierw owe ramy posiadać. W USA posiada, bo istnieje. U nas nie istnieje, więc i posiadać nie może.

Nominacja polityczna jest naturalną pochodną demokracji i nie jest niczym złym. Złem jest to, że to, co w USA oznacza nominację na ważnego, ale jednak urzędnika, u nas oznacza nominację na króla (a czasem królewiątko). W USA jest jedynie nową rolę w życiu, w której po prostu trzeba się sprawdzić. U nas – okazją do błyszczenia. Pani Mosbacher pokusy błyszczenia miała nie będzie, bo błyszczała od 30 lat na salonach w Nowym Jorku i Warszawa pod tym względem będzie niemal zesłaniem. Nasi ambasadorowie otrzepawszy pył z zakurzonych bibliotek uniwersyteckich przemierzają drogę dokładnie odwrotną i w ogóle po raz pierwszy w życiu mają okazję błyszczeć.

I dlatego to, co w USA działa, u nas działać nie może.