Fot. bobvila.com

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Hubert Augustyniak.

 


Kilka lat temu znajomy ambasador Niemiec powiedział mi, że wybiera się na kilka dni do Berlina, bo odbędzie się tam pożegnanie jego mentora – wieloletniego, wysoko postawionego, niemieckiego dyplomaty, który odchodził właśnie na emeryturę. Nic już od starszego pana nie zależało, nikt już nie miał do niego żadnego interesu, niczyja kariera nie mogła dzięki niemu rozbłysnąć. A jednak mój znajomy uznał za stosowne wybrać się do Berlina, by jeszcze raz uścisnąć dłoń starszego pana. Szef niemieckiej dyplomacji czuł się w obowiązku wyprawić na jego cześć przyjęcie, a kanclerz podjąć kawą.

Niby nic, a jakżeż wiele. I być może było to równie ważne dla przechodzącego na emeryturę Herr Botschaftera, co i dla młodych dyplomatów, którzy, uczestnicząc w uroczystości, uczyli się zasad. Zasad, które mówią, że jeśli się coś osiągnęło, jeśli się w życiu coś ważnego zrobiło, to choćby plecy były już troszkę przygarbione, refleks nie ten co kiedyś, a i pamięć czasem płatała figle, to już na zawsze będzie się Herr Botschafterem. Chyba, że… ale o tym dalej.

Historia pożegnania odchodzącego na emeryturę najpierw zachodnioniemieckiego, a później niemieckiego ambasadora przypomniała mi się, gdy nie tak dawno temu o swym odejściu na emeryturę opowiadał mi polski ambasador, który odegrał wiodącą rolę w wejściu Polski do NATO. W jego wypadku pożegnanie ograniczyło się do tego, iż pani w kadrach dała mu dokumenty, z którymi nasz bohater miał udać się do ZUS. I nie jest to wbrew pozorom przypowieść o zwyczajach władzy obecnej, bo poprzednia zachowywała się dokładnie tak samo. Naszego ambasadora z honorami nie żegnał nikt. Poza ambasadorem Stanów Zjednoczonych, Niemiec i jeszcze dwóch czy trzech innych państw, którzy wyprawili przyjęcie na cześć swojego polskiego kolegi. W żadnym z tych przyjęć nie brał udziału NIKT z polskiego MSZ.

Taka to widać nasza lokalna przypadłość, która powoduje, że podczas gdy niemiecki Herr Botschafter jest na zawsze już Herr Botschafterem, polski ambasador staje się – czy to w chwili odwołania, czy tym bardziej przejścia na emeryturę – po prostu nikim. Poza, rzecz jasna, tymi, który go szanują i obcymi ambasadorami. Powyższe na pozór tylko jest opowieścią o dyplomacji. To samo dotyczy bowiem polityków, profesorów, oficerów. To tak naprawdę opowieść o tym, że wbrew temu, co można byłoby sądzić, stary dobry świat ma się całkiem dobrze. Tyle, że nie wszędzie. Oraz o tym, że przynależność do elity do czegoś zobowiązuje.

I tu wracamy do urwanego wcześniej wątku, czyli do opowieści o tym, że uczciwie osiągniętą pozycję społeczną ma się na zawsze. Chyba, że… No właśnie. W 2008 roku do dymisji musiał podać się Klaus Zumwinkel, ówczesny prezes Deutsche Post. Okazało się, że miał konto w Liechtensteinie, gdzie ukrywał pieniądze, od których nie zapłacił podatków. Zumwinkel dostał wyrok dwóch lat więzienia w zawieszeniu i karę w wysokości jednego miliona euro. Jednak nie ta kara była, podobno, dla byłego prezesa Deutsche Post najbardziej dotkliwa. Najbardziej otóż bolało go, że nikt go już nigdy nie żegnał i nikt nie wyprawiał przyjęć na jego część. Rozliczył się co prawda z państwem, ale na salony już nigdy nie wrócił.

I to jest istota tego, o czym jest ten króciutki tekst. A jest o tęsknocie za światem, w którym obowiązują zasady. W Niemczech obowiązuje i pierwsza, i druga. W Polsce, póki co, ani pierwsza, ani druga. Skądinąd to może i dobrze, bo jeszcze gorzej by było, gdyby obowiązywać miała tylko jedna z nich.