AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Hubert Augustyniak.

 


W latach 90. na terenie byłej Jugosławii doszło do szeregu wojen. Nie licząc bardzo krótkiego konfliktu ze Słowenią, w czasie której Słoweńcom trudno przypisać jest łamanie prawa wojny, zbrodnie wojenne były popełniane przez wszystkie strony we wszystkich pozostałych. Wśród wielu mniej lub bardziej odrażających postaci owego okresu jedną z najbardziej diabolicznych (ale też i żałosnych) był

Slobodan Milosewicz.

Wraz z obumieraniem jugosłowiańskiego socjalizmu przepoczwarzył się on w nacjonalistę, przy czym z dużą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że nie wierzył ani w socjalizm, ani w nacjonalizm. Jedyne w co wierzył to władza, w imię której wciągnął Serbię w cztery wojny. Każdą z nich przegrał, a władzę i tak stracił.

Wojnę w Bośni zakończyło porozumienie w Dayton, wojnę w Kosowie z kolei bombardowania NATO. O ile można mieć wątpliwości, czy oderwanie się Kosowa było zgodne z prawem międzynarodowym i czy nie jest groźnym precedensem, to nie ma niestety wątpliwości, że siły serbskie dopuszczały się zbrodni, a Milosewicz musiał o tym co najmniej wiedzieć. Prezydent Serbii stracił władzę w 2000 roku, a w 2001 został wydany Międzynarodowemu Trybunałowi Karnemu dla byłej Jugosławii, gdzie nie doczekawszy wyroku, zmarł. Wyobraźmy sobie jednak, że Milosewicz po zakończeniu wojny w Bośni nie wywołałby kolejnych wojen.

Wojna w Bośni została, jak wspomniałem, zakończona porozumieniem międzynarodowym, a niektórzy twierdzą, ze doszło wówczas do nieformalnego, politycznego porozumienia przewidującego, że za zbrodnie wojenne pociągnięci zostaną do odpowiedzialności jedynie ich wykonawcy, natomiast przywódcy polityczni nie będą nigdy sądzeni.

Radovan Karadżić,

przywódca bośniackich Serbów, a przy okazji niewątpliwy ludobójca, również otrzymał gwarancje bezpieczeństwa ze strony głównego amerykańskiego negocjatora Richarda Holbrooke’a. Czy tak było, nie wiemy, choć wersję Karadżicia potwierdzał wieloletni szef bośniackiej dyplomacji

Muhamed Sacirbey.

Czy takie gwarancje były, jeśli je w istocie dano, moralne? Nie. Czy miały sens, skoro dzięki nim zakończono wojnę i uratowano tysiące ludzi? Jak najbardziej.

Minęły lata. Milosewicz zmarł w więzieniu w Hadze, Karadżić odsiaduje wyrok. Życie stracił również

Muammar Kaddafi.

Kolejny dyktator. Zrezygnował z programu jądrowego, by kilka lat później zostać zamordowanym podczas wojny toczonej w imię wolności, której skutkiem skądinąd jest to, że dziś Libią rządzą liczone w setki bojówki islamistyczne, prawa kobiet nie istnieją, a w Trypolisie można kupić niewolników.


Saddam Husajn,

iracki przywódca, którego powieszono, był detonatorem pokojowej polityki libijskiego przywódcy, który jak mało który arabski szef państwa był hedonistą i wizja podobnego końca miała prawo zmienić jego nastawienie do życia, polityki, przywództwa.

  • • •

Jaki wniosek wyciąga z tego wszystkiego przeciętny dyktator? Ano taki, że tylko Moskwa może dać gwarancje bezpieczeństwa, nie warto się rozbrajać, nigdy nie należy oddawać władzy, a gwarancją życia jest prędzej solidna bomba atomowa albo choćby minimalny zapas gazu musztardowego, ale nigdy deal z Zachodem. I tak oto zasady, w imię których Zachód stawia przed sądem zbrodniarzy, stają się tegoż Zachodu przekleństwem i słabością. Od powyższej zasady są oczywiście wyjątki. We Francji mieszka wujek prezydenta Syrii Rifaat al-Assad, który w latach 80. wymordował kilkanaście tysięcy ludzi. Kilku pomniejszych ludobójców też dożyło, bądź dożywa, swoich dni w Paryżu albo w Londynie.

A Polska? Wyobraźmy sobie oto Warszawę pewnego dnia przekonującą Aleksandra Łukaszenkę do rezygnacji z władzy. I Aleksandra Łukaszenkę czytającego, że polskie władze żałują, że Wojciech Jaruzelski nie trafił do więzienia i z tej też racji rozważają, jak odebrać jego córce dom po ojcu, a samego generała planują zdegradować do stopnia szeregowego.

Czyli jednak Moskwa. Bo każdy chce mieć spokojną emeryturę.