📻 Zuzanna Dąbrowska: Smog w Wietnamie jest zawsze i wszędzie

Maski antysmogowe stały się częścią człowieka

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Hubert Augustyniak.

 


 

Modele w kwiatki są szczególnie popularne. Kolorowe, ze skrzydełkami wchodzącymi pod kaptur, zakładane na uszy (gorzej) albo z gumką opasująca głowę z tyłu (lepiej), są już żelaznym elementem wietnamskiego pejzażu.

Smog w Hanoi osiąga średnio wielkości, które u nas zdarzają się naprawdę wyjątkowo, dwa-trzy razy w roku. Miasto, ofiara pospiesznej trzecioświatowej industrializacji, która spieszy się by wyżywić nomenklaturę i spłacić zachodnie kredyty. Miejsce, po którym bez maski nie da się już poruszać. Nawet jeśli to tylko skrawek materiału bez filtra, po założeniu od razu ma się wrażenie ulgi: gęsta, oleista maź, produkt powietrznopodobny nie włamuje się z tak łatwością do płuc. To oczywiście iluzja, trzeba kupować lepszy sprzęt, najlepiej maski budowlane, antypyłowe, wtedy jest nadzieja, że naprawdę PM2,5 oraz PM10 pozostaną tam, gdzie są: wokół pagód, miejskich jezior, straganów i kawiarni.

To nie jest wynik burzliwie rozwijającej się komunikacji prywatnej, przynajmniej nie w dużym stopniu. Bo samochody w Hanoi są nowe i mają katalizatory. Kupowane najczęściej w ciągu ostatnich pięciu lat. Wcześniej samochodów prywatnych prawie nie było. Zmiana dokonała się w obrębie jednośladów. Z rowerów wszyscy przesiedli się na skutery. Te oczywiście szkodzą także, tym bardziej że ich pasażerowie są zupełnie bezbronni wobec spalin emitowanych przez wszystkich innych. Kiedy stoją w korkach, są jakby częścią wielkiego, ciężko oddychającego smoka, który pomału czołga się w nieznanym kierunku, zjadając własny ogon.

Maski noszą więc wszyscy. I wszędzie. Nawet tam, gdzie – zdawałoby się – nie trzeba. A więc na klimatyzowanym lotnisku. Na tropikalnej wyspie leżącej na Morzu Południowochińskim. W smoczych górach, których jaskinie kryją niespodziewane świątynie. Na polach ryżowych, brodząc w rzecznym mule. Stały się częścią człowieka.

Własny dom, nawet jeśli jest jednym pokojem w blaszaku, jest pachnącym azylem, do którego kurz i zgiełk żyjącego na ulicy narodu dociera z opóźnieniem.

Może jest tak dlatego, że Wietnamczycy w kraju burzliwego, kapitalistyczno-komunistycznego rozwoju i przeludnienia, cenią sobie własną przestrzeń. Własny dom, nawet jeśli jest jednym pokojem w blaszaku, jest czystym, pachnącym azylem, do którego kurz i zgiełk żyjącego na ulicy narodu dociera z opóźnieniem. Maska pomaga się schować przed nim po wyjściu z domu. I kiedy przeciętna rodzina na skuterze (dwoje dorosłych, dwoje dzieci i nierzadko pies) prowadzi życie towarzyskie na czerwonym świetle, nieoczekiwanie spotykając znajomych, z którymi koniecznie trzeba coś ustalić, maski na chwile spadają. A wtedy widzowi może się zrobić tylko przykro, że na co dzień ich promienne uśmiechy Wschodu schowane są tak głęboko.

Może te maski chronią więc nie tylko przed smogiem? Może to mało skuteczny, ale jedyny dostępny środek ochronny przed tym, co czeka nas wszystkich?