ZAGADKA WYSPY WIELKANOCNEJ: Znajduje się na Pacyfiku, a do jakiego kraju należy?

Wyspa, czyli świat w miniaturce

W Sobotę Wielkanocną 1722 roku holenderski admirał Jacob Roggeveen, żeglując przez Pacyfik, odkrył nieznaną wyspę. Znalazł na niej 3000 żyjących w skrajnej nędzy ludzi, choć niewiele lat wcześniej kwitła tam wyjątkowa cywilizacja. Los odizolowanej od świata Wyspy Wielkanocnej – świata w miniaturze, którą ludzie bezmyślnie, sami sobie robiąc krzywdę, zmienili z raju w pustynię, powinien być dla nas ostrzeżeniem. Marcin Popkiewicz i fragment jego książki pt. Świat na rozdrożu.

fot. pixabay.com

Wybierzmy się w podróż do jednego z najbardziej odosobnionych miejsc na Ziemi – Wyspy Wielkanocnej. To 163 km2 lądu pośrodku wschodniego Pacyfiku, 3500 km na zachód od wybrzeży Ameryki Południowej i 2000 km na wschód od najbliższych zamieszkałych wysp Pitcairn. Obecnie należy do Chile i zamieszkuje ją ok. 8 tys. mieszkańców. Jak było wcześniej?

Polinezyjczycy zasiedlili Rapa Nui

Wyspa była niezamieszkanym podzwrotnikowym rajem. Średnia roczna temperatura lekko przekraczała 20 stopni Celsjusza. Ogromne palmy rosły bujnie wraz z siedemnastoma innymi gatunkami drzew. Około roku 500 n.e. do wyspy przybiła łódź z grupą polinezyjskich osadników. Archeolodzy szacują, że było ich nie więcej niż 100 osób. Osadnicy nazwali swoją wyspę i lud Rapa Nui. Stracili kontakt ze światem zewnętrznym i już po kilku pokoleniach uważali, że są sami na świecie, a poza ich wyspą jest tylko wielki ocean. Rapa Nui była całym ich światem – innego nie mieli.

Tak mogła wyglądać Wyspa Wielkanocna, kiedy przybyli na nią ludzie.

Ludzie przybyli na wyspę z odpowiednim wyposażeniem – przywieźli ze sobą kury i świnie, posadzili bananowce, taro i słodkie ziemniaki. Porastające wyspę palmy idealnie nadawały się do wyrobu bali, desek oraz dłubanych łodzi. Dietę urozmaicał ocean – ponieważ wokół wyspy nie było raf koralowych, podstawę połowów stanowiły morświny, na które polowano na oceanie wprost z dużych drewnianych łodzi.

Warunki na wyspie pozwalały na łatwe życie, a ludzie mieli dużo wolnego czasu. Ważnym rytuałem stały się ceremonialne tańce i obrzędy, a mieszkańcy – ekspertami w rzeźbieniu kamieni, budując coraz to większe i większe statuy. Pierwsze posągi mierzyły około trzech metrów, jednak stopniowo pomiędzy klanami zaczęła pojawiać się konkurencja, a rozmiary posągów rosły wraz z ambicjami wodzów. Ostatnie posągi były już znacznie większe – rekordowy mierzył 21 metrów i ważył 240 ton.

Dziś palma z Wyspy Wielkanocnej to gatunek wymarły.

Populacja wyspy rosła wykładniczo, rósł też areał ziem uprawnych. Głównym surowcem, na którym oparta była gospodarka wyspy, było drewno. Budowano z niego chaty i łodzie, drewniane bale służyły również do transportu posągów. Drewno służyło także do ogrzewania i gotowania.

Stopniowo ubywało lasów

Zaczęły się problemy – lasy zapewniają retencję i wysoki poziom wód gruntowych, więc po ich wycięciu wody gruntowe opadły, deszcze wypłukiwały żyzną ziemię, gleba ulegała szybkiej erozji, a strumienie wysychały. Ogromne stada ptaków, przylatujące wcześniej na wyspę, zaczęły ją omijać. Bezpowrotnie wyginęły rośliny i zwierzęta. Zabrakło zamieszkujących w lasach drapieżników, w tym węży kontrolujących wcześniej populację szczurów, które zaczęły się mnożyć i wyjadać nasiona oraz młode rośliny. Nastąpiło drastyczne zmniejszenie produkcji żywności. Brakowało jedzenia dla mieszkańców.

Rosnąca populacja przekroczyła pojemność środowiska i doprowa­dziła do degradacji kluczowych dla swojego istnienia zasobów.

Około połowy XVII wieku drastyczna zmiana stanu środowiska doprowadziła do załamania się wzrostu wykładniczego, a dotychczasowy świat mieszkańców wyspy rozsypał się. Jeszcze zanim wycięto ostatnie drzewo, chaos wywołany wyniszczeniem środowiska popchnął tubylców do wojny, a populacja wyspy skurczyła się wielokrotnie.

fot. pxhere.com

Wszystkie prace nad posągami zostały wstrzymane – setki niedokończonych monumentów, na różnych etapach budowy, najzwyczajniej porzucono w kamieniołomach wraz z kamiennymi narzędziami, leżącymi na ziemi wokół nich. Wandale niszczyli posągi innych klanów.

W końcu ktoś wyciął ostatnie drzewo – dziś palma z Wyspy Wielkanocnej to gatunek wymarły. Zjedzono też ostatnią świnię. Nie było drewna na łodzie, więc przestano wyruszać na połowy – zabrakło głównego źródła mięsa.

Zapanował głód

Rozpoczęły się walki o resztki pożywienia. W desperacji dochodziło nawet do aktów kanibalizmu. Wyspiarze nie mieli już jak reperować domów – musieli więc zamieszkać w szałasach i jaskiniach. Stracili też główne źródło paliwa do ogrzewania i gotowania. Zimą nocami temperatury spadały nawet do 5 stopni Celsjusza, a wiejące nad wyspą silne wiatry potęgowały uczucie chłodu. Bez drewna na opał najbardziej cierpiały dzieci i osoby starsze.

Porządek społeczny całkowicie runął. Rozpoczęło się masowe wymieranie.

Kiedy Jacob Roggeveen odkrył Wyspę Wielkanocną, na bezdrzewnej wyspie zastał żyjący w skrajnej nędzy ułamek dawnej populacji.

Czy można było przewidzieć taki rozwój sytuacji? Mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej nie znali matematyki, nie rozumieli funkcji wykładniczych ani nie mieli pojęcia o pojemności środowiska – nie mierzyli tempa zużycia zasobów, nie potrafili planować z zastosowaniem  metod naukowych.

A sytuacja była dość prosta: był jeden kluczowy zasób (drzewa), w dodatku jego stan był łatwy do oceny. Owszem, był to megatrend – zjawisko zbyt powolne, żeby było łatwo zauważalne dla mieszkańców wyspy. Jednak nie mogło przejść zupełnie niezauważone.

Czy ktoś bił na alarm?

Wyobrażam sobie, że kiedy na Wyspie Wielkanocnej połowa drzew wciąż jeszcze rosła, pewien stary Rapa Nui wszedł na szczyt góry i spojrzał w dół. Może dlatego, że nie był tu od wielu lat, od czasów swojej młodości, zauważył zachodzące zmiany. Tam, gdzie kiedyś widać było ciągnący się las przetykany polami i polankami, ujrzał jedynie gołą ziemię i grupy drwali pracujących przy pozostałych kępach drzew.

fot. flickr.com

Wyobraził sobie widok z tego samego miejsca za kilkadziesiąt lat i doznał oświecenia – pojął, dokąd zmierza jego świat. Uderzyła go myśl, co będzie po wycięciu drzew: brak opału podczas zimnych nocy, brak materiału na budowę chat, łodzi. Zobaczył ptaki z daleka omijające bezdrzewną wyspę, deszcz spłukujący glebę z kamienistego podłoża, głód i konflikty o pozostałe zasoby.

Stało się dla niego oczywiste, że wyspiarze powinni zatrzymać niszczenie systemu podtrzymującego ich życie. Wrócił do wioski i próbował ostrzec wszystkich, by nie wycinali drzew w ten sposób.

Niestety – zmiany naruszające status quo zawsze spotykają się ze sprzeciwem. Drwale gniewnie rzekli: To nasza praca! Kto jest ważniejszy: drzewo czy człowiek?! Dołączyli do nich kamieniarze, mówiąc: Budowa posągów to podstawa naszej cywilizacji! Wtórowali im kapłani, dodając: Powinniśmy budować więcej posągów dla naszych bogów, wtedy wezmą nas w opiekę i nic złego nas nie spotka. Jeśli zarzucimy ich budowę, bogowie nas przeklną i ześlą najgorsze plagi! Gdyby byli tam politycy i ekonomiści, na pewno powiedzieliby: Musimy zapewnić wzrost ekonomiczny i stały dopływ surowców dla gospodarki i wspierania naszych emerytów. Dodaliby też, że rynek i postęp rozwiążą problem braku drzew – sięgnie się po olbrzymie zasoby drzew w górach, ktoś opracuje metodę wyrobu łodzi z gałęzi krzewów, a zamiast drewnem można palić suszonym łajnem.

Wyspa Wielkanocna obecnie.

A co powiedzieliby zwykli mieszkańcy wyspy? Większość z nich w ogóle nie chciałaby słuchać tak nieprzyjemnych opowieści. Powiedzieliby, że tak żył ich ojciec, dziad i pradziad, i jego pradziad także, więc z tego wynika, że to jest właściwe – a skoro za ich czasów nie było problemów, to teraz też nie będzie. Jak zresztą mieliby zrezygnować z używania drewna – z opału, budowy łodzi i chat? A nawet jeśli dałoby się żyć, oszczędzając zasoby, to przecież spadłby poziom życia. No i przecież tradycje wolności osobistej nie pozwalają nikomu zabronić ścięcia tylu drzew, ile chce, i spalenia ich w największym w historii wioski ognisku – to byłoby naruszenie jego praw i wolności.

O jedno drzewo za dużo

W pewnym momencie, gdy pojemność środowiska spadła do poziomu niepozwalającego na utrzymanie aktualnej populacji, sytuacja osiągnęła punkt, spoza którego nie było już powrotu.

Jeśli nawet jakaś grupa ludzi zdecydowała się podjąć działania mające ograniczyć zużycie zasobów – i były to działania skuteczne – przyszedł moment, gdy inni mieszkańcy wyspy zużyli dostępne im zasoby. Kiedy zajrzał im w oczy głód, kiedy zaczęli marznąć, a ich dzieci umierać, zwrócili wzrok ku tym, którzy zachowali swoje zasoby. Poprosili, żeby podzielili się, pokazując, w jak trudnej są sytuacji.

Co mogli zrobić ci, którzy ochronili swoją część zasobów? Jeśli podzieliliby się z wielką grupą głodujących, ich zasoby też by się wkrótce wyczerpały – wszyscy na wyspie znaleźliby się w takiej samej katastrofalnej sytuacji, niezależnie od wcześniejszej odpowiedzialności. A gdyby odmówili? Wtedy horda zdesperowanych ludzi zabrałaby wszystko siłą, prawdopodobnie wliczając w to życie tych, którzy bronili zasobów, uzasadniając to bezdusznością posiadających i nieczułością na cierpienia potrzebujących.

W sytuacji, gdy zasobów nie mogło wystarczyć dla wszystkich, do głosu doszedł mechanizm: Jeśli oni zginą, moje szanse wzrosną. Ludzie organizowali się w grupy i zabijali innych – i była to w tych warunkach całkiem logiczna strategia maksymalizująca szanse na przetrwanie.

Eksploatacja ograniczonych zasobów nieodnawialnych lub też zasobów odnawialnych eksploatowanych szybciej, niż mogą się odnawiać – jak drzewa na Wyspie Wielkanocnej – musi doprowadzić w końcu do ich wyczerpania. To tylko kwestia ilości zasobów i tempa eksploatacji. Rapa Nui nie uświadomili sobie tego na czas. A może uświadomili, ale nie podjęli właściwych działań? Albo podjęli działania niewłaściwe lub niewystarczające?

Los odizolowanej od świata Wyspy Wielkanocnej – świata w miniaturze, którą ludzie bezmyślnie, sami sobie robiąc krzywdę, zmienili z raju w pustynię, może być dla nas ostrzeżeniem.

Owszem, my – w odróżnieniu od Rapa Nui – znamy matematykę, rozumiemy funkcje wykładnicze, pojemność środowiska, mierzymy tempo zużycia zasobów, dysponujemy też ośrodkami badawczymi i metodami naukowymi.

Jednak czy podejmowane przez nas decyzje na pewno są świadome, racjonalne i służące realizacji celów długoterminowych? I najważniejsze: czy mamy jeszcze czas, żeby się zatrzymać, zanim będzie za późno?


REO POLECA

NIE CHCEMY WIEDZIEĆ, CO BĘDZIE DALEJ w historii z lodu i ognia?

Marcin Popkiewicz
Pisarz, naukowiec, menedżer, tłumacz, wykładowca oraz autor setek artykułów dotyczących zmian klimatu i energii. Szef projektu Ziemia Na Rozdrożu i Koordynator Zespołu ds. Zmian Klimatu w Fundacji Nasza Ziemia. Prezes firmy informatycznej DS Software. Autor książek “Świat na rozdrożu” oraz “Rewolucja energetyczna. Ale po co?”.