Piotr Wójcik: Wysoka cena tanich usług

Zdążyć z zatrudnieniem, nie zleceniem

fot. flickr.com, shopblocks

Związki zawodowe albo nie zauważają istnienia takich aplikacji jak Uber albo co gorsza, występują przeciw ich pracownikom, zwanym powszechnie zleceniobiorcami. Tymczasem powinny myśleć, jak objąć ich swoją ochroną. 

Technologie a zmiany w społeczeństwie
Gig economy to nowa gałąź gospodarki, obejmująca proste prace wykonywane przez bardzo duże grupy osób łączone z klientami za pośrednictwem aplikacji mobilnych. Na razie funkcjonują one głównie w obszarze transportu, dostarczania przesyłek oraz sprzątania, a najpopularniejsze z nich to Uber, Lyft czy Handy. Możemy się jednak spodziewać, że kolejne rodzaje prac, które obejmie gig economy, zaczną się pojawiać w tempie wykładniczym. A w związku z tym, że aplikacje te nie oferują swoim pracownikom niemal żadnych osłon typowych dla umowy o pracę, ich ekspansja może oznaczać znaczne pogorszenie się warunków zatrudnienia pracowników niewykwalifikowanych. Fundacja Instrat wspólnie z Oficyną Wydawniczą SGH wydała publikację FutureInsights. Technologie 4.0 a przemiany społeczno-gospodarcze, pod redakcją prof. Krzysztofa Kozłowskiego i Jana Zygmuntowskiego. W publikacji tej Zuzanna Kowalik zajęła się problemem uzwiązkowienia tej coraz bardziej znaczącej gałęzi gospodarki.

Mydlenie oczu
Kowalik zauważa, że rozpowszechnienie tego typu aplikacji to wynik nie tylko zmian technologicznych, ale też pędu współczesnego kapitalizmu do obniżania kosztów pracy. W wyniku tego w krajach rozwiniętych pojawiły się rzesze ubogich pracujących, czyli osób, które nie są w stanie utrzymać się ze swojej pracy. Pojawia się więc potrzeba dorabiania, której aplikacje te wychodzą naprzeciw, łącząc potencjalnych klientów z osobami chcącymi zaoferować swoją dodatkową pracę. Problem w tym, że coraz więcej osób utrzymuje się tylko z takiej formy zatrudnienia, tymczasem nie oferuje ona elementarnych zdobyczy socjalnych XX wieku, takich jak ubezpieczenie zdrowotne czy zasiłek chorobowy. Dalsze upowszechnianie się gig economy, czego możemy się niestety spodziewać, spowoduje więc drastyczne obniżenie standardów zatrudnienia. Pracownicy Ubera i pokrewnych aplikacji nie są zorganizowani, więc nie mają jak wspólnie walczyć o swoje prawa – podwyżki płac, płatne nadgodziny itp. Tymczasem większość ze zdobyczy socjalnych pracowników zostało wywalczonych w wyniku działania zorganizowanych form nacisku, takich jak związki zawodowe. Powstaje więc potrzeba objęcia pracowników gig economy ochroną związków zawodowych.

Problem w tym, że właściciele aplikacji typu Uber i ich zwolennicy dbają o to, by zatrudnionych tam ludzi nie nazywać pracownikami. Mowa jest więc o usługodawcach czy zleceniobiorcach. Jest to jednak tylko mydlenie oczu. Prawda jest taka, że relacje te mają wiele cech stosunku pracy. Właściciele aplikacji nie tylko określają warunki transakcji między stronami, czyli przede wszystkim cenę, ale nawet wydają zalecenia i regulacje dotyczące sposobu zachowania czy obsługi klienta. Np. aplikacja Handy, która umożliwia zlecenie posprzątania domu, dyktuje swoim pracownikom, w jaki sposób mają korzystać z toalety w domu klienta, gdyby mieli taką potrzebę podczas wykonywania zadania. Poza tym stosują one różne formy nacisku, takie jak groźba usunięcia z aplikacji w razie zbyt niskich ocen.

Czas odrobić lekcje
Oczywiście uzwiązkowienie gig economy napotyka szereg trudności. Główną jest to, że ich pracownicy nie mają umów o pracę, tylko wykonują zadania na podstawie innych form zatrudnienia. Tymczasem większość związków zawodowych grupuje w swoich szeregach pracowników na etacie. Jednak mimo to, związki zawodowe nie mają całkowicie związanych rąk. Mogą one oferować pracownikom gig economy darmowe porady prawne. Mogą wykorzystywać swoje kanały informacyjne do nagłaśniania problemów zatrudnionych w gig economy czy przypadków wyzysku. Mogą wreszcie pomagać im zakładać stowarzyszenia nie będące formalnie związkami zawodowymi, ale chroniące swoich członków, np. oferując im jakąś formę ubezpieczenia zdrowotnego.

Niestety jak na razie polskie związki zawodowe i organizacje pracownicze przesypiają przemiany zachodzące w relacjach pracy. Albo nie zajmują się tematem albo walczą z samymi pracownikami gig economy, którzy przecież są grupą dużo słabszą. Mowa chociażby o działaniach taksówkarzy wymierzonych w kierowców Ubera. Częściowo można usprawiedliwić bierność polskich związków – jak na razie gig economy w Polsce to wciąż margines. Jednak lepiej chyba zacząć działać zawczasu, niż obudzić się, gdy już będzie za późno.


Źródło: futureinsights.pl