AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Hubert Augustyniak.



Strava, aplikacja fitnessowa – uwielbiana przez kolarzy, z której sam korzystam – znalazła się w centrum kolejnego skandalu z prywatnością i danymi w tle. Dość banalna w swoich założeniach aplikacja pozwala śledzić trasę i prędkość przejazdu lub biegu, a społeczny interfejs porównywać osiągi ze znajomymi i nieznajomymi, którzy trenują w wybranej przez nas okolicy.

Za resztę magii, jak w wielu podobnych przypadkach, odpowiadają nasze nawyki, przyzwyczajenia i szczypta próżności. Fakt, że możemy porównać się (dla ambitnych) z najlepszymi lub (dla tych odrobinę mniej) z rzeszą amatorów i  niedzielnych biegaczy, nawet gdy nie mamy najmniejszej ochoty oglądać ludzkiej twarzy podczas treningu, z pewnością dokłada się do wielkiej popularności Stravy. Podobnie jak oszczędność czasu: linijki kodu prowadzą nasz dziennik treningów sprawniej i dokładniej niż sami bylibyśmy w stanie, precyzyjne wyliczenia i system nagród pozwalają się zmotywować. Nic w tym zresztą podejrzanego, gdyby nie małe ale, które stało się zarzewiem skandalu.

Jak się okazuje, żołnierze i żołnierki w bazach wojskowych, także tych tajnych, korzystają z aplikacji. Ich lokalizacje, drogi dojazdowe i wiele innych wrażliwych detali nie są już tajne.

Strava – co oczywiste – rejestruje lokalizację użytkowników. Aplikacja oferuje funkcje ukrycia treningów i lokalizacji docelowej (na przykład naszego domu), aby niewinne śledzenie treningów nie stało się zachętą do śledzenia o mniej niewinnej naturze. Czego jednak nie zrobi jeden uparty stalker, z łatwością zrobi big data. Strava upubliczniła globalną mapę natężenia (heatmap) pod koniec 2017 roku – dzięki niej można zobaczyć, gdzie w skali świata najwięcej osób korzysta z aplikacji i zarazem jakie trasy i miejsca cieszą się największą popularnością wśród biegaczy i kolarzy. Jak się okazuje, żołnierze i żołnierki w bazach wojskowych, także tych tajnych, korzystają z aplikacji. Ich lokalizacje, drogi dojazdowe i wiele innych wrażliwych detali nie są już tajne.[->]

Co więcej, jako że Strava umożliwia logowanie się za pomocą fejsbuka oraz udostępnianie zdjęć – nic trudnego, aby przy odrobinie wysiłku ustalić tożsamość osób, które z niej korzystają. Cytowany przez New York Timesa Jeffrey Lewis z Instytutu Studiów Międzynarodowych w Monterrey w Kalifoni stwierdził bez ogródek, że Strava posiada dane, za które służby wywiadowcze na świecie są w stanie dosłownie zabić.

Dziennikarze Timesa podają, że schemat według którego na mapie Afganistanu można znaleźć znane bazy, z łatwością pozwala na zlokalizowanie tych niejawnych.[->] Prawdopodobnie, przy zastosowaniu nieco tylko bardziej rozwiniętych narzędzi, można z tych samych danych wyciągnąć więcej drażliwych informacji – chociażby o rotacji personelu, ruchach wojsk, nadzwyczajnych zmianach w grafiku danej bazy i tak dalej… Nie mówiąc o najoczywistszym zagrożeniu: dla samych użytkowniczek i użytkowników.

Profesor Zeynep Tufekci, ekspertka od sieci społecznościowych, prywatności i technosocjolożka, pisząc o skutkach pozornie niewinnej decyzji Stravy używa słowa debacle –  klęska i kompromitacja w jednym. Fakt, że żołnierze dalej – pomimo wszystkich logicznych przeciwskazań – korzystają z niezabezpieczonej technologii z dezynwolturą gimnazjalistów jest kompromitujący dla dowództwa i kontrwywiadu. Ale zdaniem profesor Tufekci powinien też być impulsem do namysłu.

– Prywatnością danych nie  można zarządzać na poziomie pojedynczych osób poprzez system indywidualnej zgody [na ich użytkowanie]. Prywatność danych nie jest tym samym, co towar konsumencki – klikasz »akceptuję« i wszystko gra. Prywatność danych jest jak jakość powietrza lub bezpieczna do spożycia woda, jest dobrem publicznym, którego nie można regulować pokładając zaufanie w milionach indywidualnych wyborów. Odpowiedź [na to wyzwanie] musi mieć zbiorowy charakterpisze Tufekci. Postulat Tufekci, aby kompromitację korporacyjnego zarządzania danymi (kolejną) wziąć za punkt wyjścia do bardziej publicznego czy społecznego ujęcia prywatności, nie jest wcale nowy.

– W obliczu wyłaniania się kapitalizmu opartego na danych jedyną gwarancją tego, że obywatelki i obywatele nie zostaną przez ten kapitalizm zgnieceni, jest przekazanie jego głównej siły napędowej – danych właśnie – w publiczne ręce – przekonywał w 2015 roku krytyk internetu i publicysta Jewgienij Morozow.[->] – Cóż, najpierw należałoby sproblematyzować kwestię samych danych. Czy dane są zasobem? Kto jest w ich posiadaniu i czy naprawdę można je mieć na własność? Jeśli zmierzamy w kierunku »datacentrycznego« i bogatego w informacje kapitalizmu, co oznacza fakt, że społeczeństwo nie jest w posiadaniu podstawowego zasobu swojej epoki, czyli właśnie danych? I czy polityka może skutecznie kontrolować rynek, jeśli podstawowy towar – dane – leży poza jej zasięgiem? – kontynuował.

Czy dane są zasobem? Kto jest w ich posiadaniu i czy naprawdę można je mieć na własność?

– Jaka jest odpowiedź? Dopiero zaczynamy pojmować problem, ale w przeszłości naturalne monopole – usługi komunalne czy kolej – które gospodarują na masową skalę, były pierwsze do przejścia we własność publiczną. Rozwiązanie naszego nowego problemu z monopolami [technologicznymi] polega na tym staromodnym podejściu, zaktualizowanym na nasze czasy. Oznacza to ponowne przejęcie kontroli nad internetem i naszą infrastrukturą cyfrową […] odpowiadał na łamach Guardiana Nick Srnicek, autor książek o postkapitalizmie i kapitalizmie platform. – Majstrowanie przy pomniejszych regulacjach, podczas gdy firmy z branży sztucznej inteligencji kumulują władzę, nie wystarczy. Jeśli nie przejmiemy kontroli nad dzisiejszymi monopolistami [cyfrowych] platform, ryzykujemy że to one przejmą kontrolę nad kluczową infrastrukturą społeczeństwa XXI wieku – przekonywał.

Morozowa w jego wykładzie bardziej interesowała mechanika kapitalizmu opartego na danych i przetwarzaniu tożsamości niż tylko prywatność i ochrona danych osobowych. Srnicek skupiał się na własności i monopolach. Ale afera Stravy pokazuje, że wszystkie te wymiary są nierozerwalne, a trzecią część tego trójkąta (obok prywatności i własności) uzupełnia kwestia bezpieczeństwa publicznego, o której przypomina właśnie Tufekci.

Jednak jeśli czegoś jak na razie nauczyła nas ta debata, to właśnie tego, że cyklicznie powtarzany (od okazji do okazji) argument – nawet najbardziej poważny – zaczyna przypominać zgrany refren. A realna zmiana czegoś tak fundamentalnie istotnego, jak władza nad danymi, wymaga dużo więcej niż działań elokwentnego chóru krytyków śpiewającego na głosy tę samą melodię.