USA: Obama stworzył solidny fundament dla OZE

Po siedmiu latach na urzędzie prezydenta USA i rok przed ostateczną wyprowadzką z Białego Domu Barack Obama podjął już chyba wszystkie decyzje związane z energetyczną wizją Ameryki. Ostatnim elementem prawdopodobnie był zeszłoroczny Clean Power Plan, czyli pierwsze w historii federalne normy emisji CO2 z elektrowni. Węgiel w USA jeszcze się trzyma, ale nikt, nawet przemysł górniczy, nie ma wątpliwości, że złote lata ma już za sobą.

Planowane w USA wyłączenia elektrowni węglowych idą w dziesiątki gigawatów i nie zmieni tego nawet sądowa batalia wokół CPP. Część stanów zaskarżyła bowiem federalne przepisy i sprawa prawie na pewno skończy się dopiero przed Sądem Najwyższym.

Już w 2009 r., w pierwszym roku prezydentury Obama, wspomagany przez sekretarza energii, znakomitego fizyka i noblistę Stephena Chu, przedstawił wizję sprowadzającą się do tego, że dobre jest wszystko to, co nie emituje CO2 – atom, różnego rodzaju OZE, ale i efektywność energetyczna. Moment był sprzyjający. Właśnie rozkręcał się boom na gaz z łupków, dzięki któremu tradycyjne gałęzie przemysłu dostały tanie, niskoemisyjne paliwo w dowolnych ilościach i nie stawiały zbyt dużego oporu coraz to nowym pomysłom administracji federalnej.

W Ameryce odgórne narzucenie wiążących celów polityki klimatycznej, na wzór UE, byłoby w praktyce niesłychanie trudne, a po zdobyciu przez republikanów większości w Kongresie, w ogóle nie wchodzi w grę. Jednak stosując przeróżne wybiegi polityczne, za pomocą regulacji środowiskowych i podatkowych, administracji federalnej udało się takie cele przemycić. Teoretycznie, gdyby wprowadzić w życie wszystkie regulacje Clean Power Plan, emisje z amerykańskiej energetyki w 2030 r. byłyby o 32 proc. niższe niż w rekordowym pod tym względem roku 2005.

Zresztą większość stanów przyjęła już własne cele udziału OZE i efektywności. Kalifornia, jak zwykle najbardziej „zielona”, za 15 lat chce mieć połowę energii ze źródeł odnawialnych.

Od objęcia urzędu przez Baracka Obamę OZE w USA przyrastają bardzo szybko. Moc zainstalowana turbin wiatrowych od 2009 r. wzrosła trzykrotnie, sięga obecnie 70 GW i dalej będzie szybko rosnąć. W 2014 r. Stany Zjednoczone były nawet największym na świecie producentem prądu z wiatru. Przed siedmioma laty moc wszystkich paneli fotowoltaicznych w USA wynosiła raptem 400 MW, a w 2015 – 50 tys. MW, czyli 125 razy więcej. Prognozuje się dalszy, błyskawiczny wzrost mocy PV.

Nie zmienia to faktu, że mimo tych imponujących wielkości, z wiatru pochodzi tylko ok. 6 proc. energii elektrycznej, a panele słoneczne są w stanie zaspokoić co najwyżej 2 proc. zapotrzebowania na prąd. Ponad połowa produkcji amerykańskich OZE ciągle pochodzi z wielkich elektrowni wodnych. Widać tu wagę kontynuacji polityki, bo dopiero utrzymanie wzrostu przez kilka następnych lat da źródłom odnawialnym innym niż hydroenergetyka znaczącą pozycję w amerykańskim bilansie energetycznym.

Ważniejsze jednak od przeforsowania pewnych regulacji wydaje się inne osiągnięcie Obamy. Administracji federalnej udało się bowiem na różne sposoby zainteresować potężne prywatne pieniądze – idące co najmniej w setki miliardów dolarów – inwestycjami w badania i wdrażanie kolejnych energetycznych innowacji, w tym także w sektorze OZE i magazynowania energii. Amerykanie niejednokrotnie pokazali, że dobrze wiedzą, jak efektywnie inwestować w nowinki i jak kreować na nie mody.

Marka Tesla kojarzy się dziś z elektrycznymi samochodami z górnej półki. Ale kiedy właściciel Tesli Elon Musk ogłosił, że odpowiednio zmodyfikowana bateria z samochodu jest rozwiązaniem fundamentalnego dla OZE problemu magazynowania energii, sprzedał na pniu całą planowaną na rok w przód produkcję tych urządzeń. Ciekawe, czy byłoby to możliwe bez polityki Obamy?

Wojciech Krzyczkowski
 

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here