📻 TYLKO U NAS tak bezmyślna polityka. RZĄD ZARZYNA złotodajną kurę

Tych zmian branża wiatrakowa nie przetrwa

AUDIO REO. Posłuchaj nagranego artykułu. Czyta Hubert Augustyniak. 14’17”

Producenci energii z wiatru są przerażeni. Z projektu nowelizacji Ustawy o odnawialnych źródłach energii wynika, że działalność, która dzięki wcześniejszym decyzjom rządzących jest trwale nieopłacalna przynajmniej od pięciu lat, ma przynosić jeszcze większe straty.

Wygląda na to, że rząd chce wcześniej zrealizować plan zawarty w Polityce energetycznej państwa do 2040 roku i doprowadzić do tego, że lądowe farmy wiatrowe w Polsce znikną już do 2020 roku.

Firma konsultingowa TPA przeprowadziła badanie ankietowe 109 farm wiatrowych. Okazało się, że po nowelizacji ustawy w kształcie zaproponowanym przez rząd pod koniec lutego 63% instalacji ponosić będzie straty, a problemy z obsługą bankową będzie miało 77%.

Jednocześnie politycy partii rządzącej prześcigają się w zapewnieniach, jakie to ważne jest, żeby wspierać rozwój odnawialnych źródeł energii i jak to im sprzyjają. Coraz trudniej odróżnić wśród tych zapewnień perfidne kłamstwa od zwykłej niekompetencji.

Czy mamy szansę wywiązać się z zobowiązań unijnych?

Na początku 2016 roku, kiedy PiS przeprowadził pierwszą nowelizację Ustawy o OZE, ministrowie zapewniali, że cel unijny nie jest zagrożony i Polska wywiąże się z 15% udziału OZE w całym zużyciu energii w tym ciepła i paliw pędnych (transport). Chociaż realizacja tego celu zakłada tak naprawdę osiągnięcie dla samej energii elektrycznej pułapu 19,3% w zużyciu finalnym. A do tego mamy jeszcze dalej…

Ówczesny wiceminister energii, Andrzej Piotrowski, na komisji sejmowej zapewniał, że rząd wiatraków nie będzie wspierał i że cel unijny nie jest zagrożony. Jak można sprawdzić na portalu Wysokie Napięcie: W ocenie wiceministra energii Andrzeja Piotrowskiego Polska znacznie wyprzedza plany produkcji zielonej energii i nie ma powodów do zmartwień co do osiągnięcia celu udziału 15% energii z OZE w 2020 roku. Więcej tego rodzaju cytatów zebrał Robert Kojer w artykule pt. CZARNE PRĄDY: NIK nie wierzy w energię PiS za grosz.

Od roku Pana Piotrowskiego w rządzie nie ma, został zdymisjonowany przez Premiera Morawieckiego, ale za dwa lata dzielnej służby dosłużył się stanowiska wiceprezesa zarządu w spółce PGE Systemy. W każdym razie od tego roku rząd przestał powtarzać kłamstwa o niezagrożonym celu unijnym. Wręcz przeciwnie – otwarcie przyznaje, że się ich zrealizować nie da.

Cena prądu na giełdzie a wiatraki

W interesie odbiorców energii, a więc także i przedsiębiorstw, są jak najniższe ceny prądu. Czy rząd kieruje się interesem odbiorców? Ktoś powie: Tak, oczywiście, mamy przecież ustawę prądową, która uchroniła nas przed podwyżką. Nic bardziej błędnego. Ustawa prądowa jest tylko na rok, tylko na ten rok. Będzie kosztować miliardy z kieszeni podatnika i tak naprawdę wprowadza więcej zamieszania niż korzyści (zupełnie jak likwidacja gimnazjów…).

Gdyby rząd naprawdę kierował się interesem odbiorców energii, zadbałby o rozwój elektrowni wiatrowych. Bo nie ma dziś tańszego źródła prądu.

Firma Enteneo Energy Trending, lider na rynku obrotu prądu i gazu w Polsce, przeprowadziła dogłębną analizę giełdowych cen prądu na bazie konkretnych danych historycznych, gromadzonych przez Polskie Sieci Elektroenergetyczne, a także Towarową Giełdę Energii. Wyniki analizy dowodzą, że dzięki generacji z wiatru energia na giełdzie była tańsza o 22 zł za jedną megawatogodzinę w lutym i w marcu tego roku. W latach poprzednich ta różnica wynosiła 13,5 zł w 2017 roku i 14,5 zł w 2016.

– Kiedy energia z wiatru wchodzi w większej ilości do systemu giełda reaguje natychmiast spadkiem cen energii. Widać to dokładnie, analizując ceny średniodobowe chociażby w styczniu i lutym tego roku – powiedział Janusz Gajowiecki, prezes Polskiego Stowarzyszenia Energetyki Wiatrowej.

Aukcje z 2018 i 2019 roku

Obecnie dysponujemy około sześcioma gigawatami (6 GW) mocy wiatrowych. Od dwóch lat praktycznie nie powstają nowe instalacje. A to właśnie wiatr ma największy udział w produkcji czystej energii w Polsce. Ratunkiem dla spełnienia celów unijnych miałyby być aukcje. Z rozstrzygniętych w 2018 roku miało by przybyć 1 GW mocy wiatrowych. Także planowane 2,5 GW z aukcji zaplanowanych przez rząd na ten rok nie pomoże. Jak powiedział REO Jan Ruszkowski z Polskiej Zielonej Sieci prąd z zakontraktowanych mocy może popłynąć dopiero w 2022 roku. – Gotowych dużych projektów wiatrowych na lądzie nie ma wiele.

Co się psuło przez ostatnich pięć lat, tego nie da się teraz nadrobić w ekspresowym tempie. Energetyka to nie piekarnia. Tu sam proces przygotowania projektu trwa kilka lat, a na zwrot z inwestycji w elektrownie wiatrowe czekać trzeba przynajmniej 15.

Po drugie, jak rząd chce przekonać do inwestowania w elektrownie wiatrowe, wpisując do projektu ustawy mechanizmy, które mogą wykończyć 77% już istniejących? I tu pomału dochodzimy do systemu zielonych certyfikatów, który przed wprowadzeniem aukcji miał gwarantować bezpieczeństwo inwestorom. Tym inwestorom, którzy wchodzili w energetykę wiatrową, kiedy wymagała ona znacznie wyższych nakładów finansowych niż obecnie. A był to niezbędny etap do sprostania celom unijnym, które Polska przyjęła na siebie dobrowolnie. Etap trudny. Wszystkich pionierów potraktowano po zbójecku, pozbawiając ich możliwości spłaty kredytów zaciągniętych na inwestycje.

Rykoszetem oberwały banki, które poniosły straty w wyniku niespłaconych kredytów. A tymczasem rząd proponuje rozwiązania, które spowodują, że kolejni przedsiębiorcy zbankrutują, co powiększy straty banków, które już rok temu zamknęły drzwi dla wszelkich projektów OZE, nie tylko dla wiatrowych.

– Ingerencja w system zielonych certyfikatów podkopuje ekonomiczne podstawy istniejących instalacji. To podważa zaufanie do nowych, zamierzanych inwestycji, zwłaszcza pod względem finansowania – powiedział Pierre Tardieu, dyrektor ds. polityki WindEurope.

Ile powinny kosztować zielone certyfikaty?

– Datowany na 25 lutego projekt nowelizacji w naszej ocenie wywraca rynek zielonych certyfikatów do góry nogami. Zaproponowana zmiana jest tak poważna, tak daleko ingerująca w dotychczasowe „zasady gry”, że sama jej zapowiedź spowodowała spadek cen zielonych certyfikatów z poziomu 150 do 80 zł – powiedziała Marta Pruszynska, szefowa polskiego oddziału włoskiej grupy ERG Power.

ERG Power jest właścicielem farm wiatrowych o mocy 2 GW w Europie, w tym 82 MW w Polsce, w trzech instalacjach. Były ambitne plany zwiększenia mocy do 200 MW. Jednak do 2022 roku firma nie planuje żadnych inwestycji w naszym kraju. Warunkiem wznowienia inwestycji jest stabilność i ochrona istniejących instalacji.

Rynek zielonych certyfikatów jest rynkiem regulowanym. W rękach decydentów są dwa główne narzędzia kształtujące ceny. To wysokość obowiązku umorzenia i opłata zastępcza, która jako alternatywa dla zakupu świadectwa może pełnić rolę górnego pułapu ceny. Kwota obowiązku umorzenia jest ustalana doraźnie na jeden rok do przodu. To utrudnia inwestorom prognozowanie na kilka lat do przodu. Kiedy kwota obowiązku umorzenia jest zbyt niska, na rynku pozostaje zbyt dużo zielonych certyfikatów i ich cena spada.

Formuła opłaty zastępczej została już raz, zaledwie 1,5 roku temu, zmieniona fundamentalnie przez tzw. Lex Energa. Wówczas jednak Prezes URE ogłosił, że zapisy Lex Energa należy interpretować tak, że w konsekwencji opłaty zastępczej nie można uiszczać, a wywiązać z obowiązku można się wyłącznie w drodze zakupu certyfikatów.

– Obecnie nadwyżka jest ogromna, rzędu 25 TWh, czyli na poziomie przekraczającym roczny obowiązek umorzenia. Teraz została zaproponowana kolejna zasadnicza zmiana konstrukcji opłaty zastępczej, wiążąca ją z ceną energii w taki sposób, że im wyższa cena energii, tym niższa opłata zastępcza, a całość przychodów wytwórcy nie może przekroczyć stałej kwoty 312 zł za MWh. To nie tylko drastycznie ogranicza przychody inwestorów, ale również wprowadza na już mocno rozchwiany rynek zielonych certyfikatów kolejny element nieprzewidywalności. Tworzy system tak skomplikowanych zależności pomiędzy ceną energii, ceną świadectw i możliwością wnoszenia opłaty zastępczej, że konia z rzędem temu, kto jest w stanie się w tym rozeznać – dodaje Pruszyńska.

Według Agencji Rynku Energii uśrednione koszty operacyjne w branży wiatrowej w 2016 roku wynosiły ok. 363 zł/MWh.

Problemy z rentownością wiatraki mają od 2013 roku. Nadpodaż zielonych certyfikatów spowodowana decyzjami urzędników doprowadziła do zapaści. Ich cena spadała okresowo nawet poniżej 30 zł, co doprowadziło do tego, że elektrownie wiatrowe od tego czasu są pod kreską. Nawet cena certyfikatów na poziomie 150 zł daleka jest od opłacalności, a średnia w 2018 roku wynosiła 108 zł. Tak więc nawet w warunkach wyższych cen energii na giełdzie, na których właściciele elektrowni wiatrowych też skorzystali, dalej ponoszą straty. Nie zarobili, ale co najwyżej część z nich uniknęła szybkich bankructw.

Konsekwencje unijne

– Chciałbym podkreślić jak pilna jest ta sprawa. Problemy finansowe istniejących farm wiatrowych pokazują, że mamy do czynienia z systemowym schematem interwencji zmierzającym do zniszczenia inwestorów. Nie zmienia się reguł w trakcie gry. Unia Europejska interweniowała w Hiszpanii, kiedy decyzje władz doprowadziły do zahamowania rozwoju OZE przez 3-4 lata. Teraz ma do tego jeszcze silniejsze instrumenty – powiedział Pierre Tardieu.

Zmienił się bowiem stan prawny. 11 grudnia została uchwalona dyrektywa RED II. Została ona przyjęta w celu utrudnieniu krajom członkowskim wprowadzania zmian w mechanizmach wsparcia, który miałby negatywny wpływ na istniejące instalacje. Zgodnie z artykułem szóstym tej regulacji nie wolno wprowadzać zmian negatywnych dla inwestorów i wycofywać się z obiecanego wcześniej wsparcia. Propozycja rządu nie spełnia tych kryteriów.

Wprawdzie system zielonych certyfikatów nie został przez Polskę zgłoszony do notyfikacji, ale Komisja Europejska sama się tym zajęła w 2016 roku post factum. Zatem pewne jest, że rozwiązania zaproponowane przez rząd w obecnym projekcie Ustawy o odnawialnych źródłach energii nie zostaną notyfikowane przez Unię. Jeśli jednak do tego dojdzie, będzie to proces długotrwały, którego wielu przedsiębiorców nie przetrwa. Ale to nie będą jedyne szkody.

– Kolejna perspektywa finansowa UE przewiduje ogromne środki na transformację energetyczną. Nie będą to dotacje ani subwencje, tylko nowe instrumenty zwrotne, które mają zachęcić biznes do inwestowania w technologie zeroemisyjne. Polskie firmy nie będą mogły z nich skorzystać, bo banki nie włączą się w ich finansowanie. Zresztą już dzisiaj polski kapitał albo zmienił branżę, albo inwestuje w OZE w innych krajach – powiedziała Beata Wiszniewska z Polskiej Izby Gospodarczej Energetyki Odnawialnej i Rozproszonej PiGEOR.


REO POLECA

REO ENERGIA: Jak państwo – czytaj partyjniactwo – niszczyło producentów zielonej energii

Dorota M. Zielińska
Wolność kocham i rozumiem. Wolności oddać nie umiem. REO to dla mnie nowe wspaniałe miejsce na Ziemi. Odpowiadam tu głównie za działkę oze-energetyczną. Uwielbiam zagadki słowne, kalambury i skrablowe pojedynki na słowa. Masz ciekawy temat? Napisz do mnie: dorota.zielinska@reo.pl