📻 Twoimi danymi częstowali się też producenci smartfonów

Jakub Dymek: Kolejny skandal z Facebookiem

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście (czyta Bożena Sitek):



Wyobraź sobie, że zmieniasz w domu zamki. Jednak ślusarz przy tej okazji daje klucze do nowych zamków nie tylko tobie, ale także swoim znajomym, którzy mogą przyjść i pogrzebać w twoich rzeczach bez pytania o zgodę. Ta barwna metafora służy za ilustrację najnowszego odkrycia dziennikarzy na temat kolejnych przywilejów w dostępie do naszych informacji, jakich Facebook udzielał stronom trzecim. Przykładem ślusarza posłużył się Ashkan Soltani badacz, ekspert i były urzędnik amerykańskiej Federal Telecommunications Commision w rozmowie z New York Timesem.

O co chodzi? Jak odkryli dziennikarze NYT, Facebook umożliwiał producentom urządzeń mobilnych dostęp do informacji użytkowników platformy i ich znajomych. Nawet tych, którzy nie wyrazili (lub nie mogli wyrazić) na to zgody. Amerykański dziennik ustalił, że producenci sprzętu – tacy jak Apple, BlackBerry czy Samsung – podpisywali z gigantem z Doliny Krzemowej porozumienia, na podstawie których uzyskiwali dostęp do danych, aby w zamian Facebook był lepiej zintegrowany z funkcjami telefonu czy tabletu. W praktyce oznaczało to chociażby tyle, że firmy zewnętrzne pobierały informacje, aby umożliwić wysyłanie zdjęć czy przechowywanie wiadomości od fejsowych znajomych bez konieczności każdorazowego logowania się na platformę.

samo posiadanie czyjegoś numeru telefonu i daty urodzin nie uprawnia danej osoby do ich udostępniania trzeciej stronie w celach komercyjnych.

Sprawa jest o tyle kontrowersyjna, że – jak w kilku podobnych przypadkach – nie ma wcale jasności, co do tego, gdzie przebiega prawna granica. Użytkownicy i użytkowniczki, którzy jasno wyrażają zgodę na udostępnienie danej aplikacji czy usłudze danych kontaktowych swoich znajomych, z jednej strony wykorzystują wyłącznie zgromadzone przez siebie informacje i do prywatnych celów – z drugiej jednak, nie można powiedzieć, żeby byli ich właścicielami i że samo posiadanie czyjegoś numeru telefonu i daty urodzin uprawnia daną osobę do ich udostępniania trzeciej stronie w celach komercyjnych.

Ale jest jeszcze jeden problem: wspomniany wyżej urząd regulacyjny, FTC, zobowiązał Facebooka w 2011 roku do tego, aby przetwarzanie i udostępnianie danych odbywało się za każdorazową zgodą. Dodatkowo umowa między FTC a firmą Zuckerberga zakładała, że Facebook ma udostępniać wyłącznie dane, które umożliwiają aplikacjom zewnętrznym funkcjonowanie, ale nie więcej niż jest to konieczne. Oczywiście, co znaczy funkcjonalność i wystarczająca ilość może być – i najprawdopodobniej będzie – przedmiotem niekończących się sporów i debat, gdyby sprawa wróciła do FTC lub trafiła do sądu.

nawet osoby, które wprost odmówiły zgody na przekazywanie ich danych i tak były objęte mechanizmem.

Fakty są jednak takie: istnienie umów między Facebookiem i producentami urządzeń mobilnych było dotychczas znane bardzo wąskiemu gronu osób. A z całą pewnością świadomości, jak przetwarzane są ich dane, nie miały setki milionów (lub miliardy) osób. Times pisze bowiem, że nawet osoby, które wprost odmówiły zgody na przekazywanie ich danych i tak były objęte mechanizmem. Co więcej: wśród informacji, jakie zassać mogli niektórzy producenci, było wiele drażliwych danych: status matrymonialny, wyznanie, poglądy polityczne i wydarzenia, w jakich uczestniczy dana osoba. Facebook przyznał, że część z tych informacji partnerzy przechowywali na swoich własnych serwerach. W świetle tego nowa linia firmy, która powtarza użytkownikom i użytkowniczkom, że są jedynymi właścicielami swoich informacji, zakrawa już na żart.

Wszystko to razem jednak nie jest zabawne. Facebook od końca 2016 roku odbija się od jednego skandalu do drugiego. Jak nie rzekoma rosyjska interwencja w amerykańskie wybory, to skandal z Cambridge Analytica, zaś jak nie to, to skandale podatkowe i nieudane próby powstrzymania toksycznych i potencjalnie nielegalnych reklam politycznych, jak to miało miejsce w ostatnich dniach i tygodniach w Kalifornii.

Zarazem zaś, po każdorazowym chwilowym oburzeniu i spadku akcji firmy, następuje PR-owa ofensywa i wszystko wraca do business as usual. Regulatorzy i politycy są wiecznie trzy kroki do tyłu. Nawał kolejnych problemów między UE – która próbuje przynajmniej myśleć o jakichś regulacjach – i administracją Trumpa nie pomaga w skupieniu. Państwa narodowe w ogóle zaś nie są uzbrojone na batalię o kontrolę nad danymi – chyba że mówimy o Chinach i Rosji. Kongres USA niby się na Facebooka złości, ale w zasadzie wcale nie chce, żeby jedna z najdroższych amerykańskich korporacji straciła swoje znaczenie na globalnych rynkach. I tak koło się zamyka.

Jest co prawda przysłowie o słomce, co złamała wielbłądzi grzbiet – ale przynajmniej na razie Facebook zdaje się mieć kręgosłup z tytanu. Albo współczesna polityka jest za słaba, aby udźwignąć choćby tę słomkę.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here