Jakub Dymek: Totalitarny kicz i spełniony koszmar spektaklu

Biały Dom „lecący” Tolkienem? To dzieje się naprawdę

Co się ukazuje, jest dobre; a co jest dobre, ukazuje się – pisał przed pół wieku Guy Debord, antycypując nadejście świata, którym rządzić będą totalitarne w swojej mocy obrazy, zdolne przykrywać i kamuflować relacje władzy i przemocy, zamiast nich ukazujące zmuszający do biernej akceptacji i gorliwej konsumpcji spektakl.

Są takie wydarzenia, które trudno na bieżąco objąć rozumem i o nich opowiedzieć, nie popadając czy to w patos, czy panikarstwo, czy niezamierzoną śmieszność. Tak jest ze szczytem nuklearnym w Singapurze, na którym niedawny telewizyjny celebryta i troll z Twittera, a dziś prezydent USA oraz dyktator najbardziej totalitarnego reżimu we współczesnym świecie postanowili wspólnie stworzyć historię. Zarazem inscenizując na żywo i zupełnie poważnie coś, co pewnie nawet sam Guy Debord uznałby w swoim czasie za groteskowy i karykaturalny obraz polityki.

Jak się bowiem dowiadujemy, przed szczytem Biały Dom przygotował specjalny film, który miał przygotować atmosferę i pozytywnie nastroić Kima. Ściślej: nie film, a trailer nieistniejącego filmu, który opiewałby dziejową rolę spotkania (które de facto jeszcze nie miało wówczas miejsca). Nawet twardych postmodernistów mogłaby rozboleć od tego głowa.

Filmik składa się ze stockowych ujęć uśmiechniętych dzieci, pól zboża i kwitnących łąk, obrazków przedstawiających siedem cudów świata i osiągnięcia medycyny, nauki i techniki. Pośród nich ujęcia Trumpa i Kima – machających do tłumów, uczestniczących w spotkaniach i naradach, na konferencjach. Lektor przekonuje z offu, że historia nie powtarza się, lecz ewoluuje, i dodaje, że obok czasów pokoju były czasy napięć, ale światło dobrobytu i innowacji opromienia świat. Już same te wyjęte z szerszego monologu zdania brzmią jak kawałek siermiężnej propagandy. Potem robi się zaś mniej strasznie, a bardziej komicznie.

Tekst wchodzi w pseudo-Tolkienowską poetykę, gdy narrator obwieszcza, że nieliczni stają przed wyzwaniem, które może odmienić świat, a z ciemności przychodzi światło. Gdy padają słowa o uściśnięciu prawicy pokoju – z ekranu wita nas uśmiechnięta twarz Trumpa. Wszystko to robi się jeszcze bardziej groteskowe, gdy pomyśleć, że to przecież jakaś spreparowana na użytek Kima amerykańska fantazja o dobrej i pozytywnej propagandzie totalitarnego reżimu. Czyli znów robi się strasznie. Choć znów, pamiętajmy, światło nadziei może rozbłysnąć jasno.

Krytyk New York Timesa zauważył słusznie, że jest to coś, co nazywa się totalitarnym kiczem. Ale totalitarny kicz – złote posągi dyktatorów i obrazki ze Stalinem trzymającym dzieci na kolanach niczym dobry dziadunio – wypływał jednak z przekonania o swojej perswazyjnej sile i zarazem potędze represji, jaką reprezentuje. Tu mamy zaś coś nawet bardziej kuriozalnego i paradoksalnego – ironiczną totalitarną propagandę, świadomą nawiasu, w jaki sama jest zamknięta, ukłon ku najgorszym historycznym wzorom dokonywany jednocześnie z przymrużeniem oka i nie do końca wiadomo, czy zupełnie na serio.

Ale być może to właśnie działa. W świecie zapośredniczonym przez obrazy, do granic podporządkowanym spektaklowi, gdzie wszystko, co stałe, dawno rozpłynęło się w memetycznej gównoburzy – to jest najprawdziwsza prawda polityki.

Kimowi Trump wyświetlił film na swoim Ipadzie. Podobno się podobało. Wojny atomowej na razie nie będzie.