REO ENERGIA: Jak państwo – czytaj partyjniactwo – niszczyło producentów zielonej energii

Jeśli nic się nie zmieni, wkrótce staniemy się skansenem energetycznym Europy.

  • Rynek energii jest silnie regulowany. To państwo poprzez ustawy, rozporządzenia Ministra Energii, a także działalność Urzędu Regulacji Energetyki, decyduje komu najbardziej będzie się opłacało produkować prąd, a kogo do tego zniechęcać.
  • Na inwestycje w OZE w latach 2006-2016 przeznaczono co najmniej 45 miliardów zł. Produkcja energii przez te instalacje wzrosła przeszło sześć razy. Przyczyniło się to do uniknięcia emisji 160 milionów ton CO2.
  • System zielonych certyfikatów dał więc silny impuls do budowy nowych źródeł OZE. Dlaczego przestał działać? Zapytałam o to Tomasza Podgajniaka, prezesa firmy Enerco.


Dorota M. Zielińska: Zielone certyfikaty to w pewnym sensie papiery wartościowe. Sposób obrotu nimi przypomina handel akcjami czy obligacjami, tyle że odbywa się na Towarowej Giełdzie Energii. Czy każdy może zostać ich posiadaczem?

Tomasz Podgajniak: W praktyce każdy podmiot zarejestrowany na TGE. Pierwotnie certyfikaty otrzymuje właściciel instalacji, która wytwarza energię ze źródeł odnawialnych, proporcjonalnie do ilości energii wytworzonej. Ale potem może je sprzedawać zainteresowanym podmiotom.

Kto je przyznaje?

Prezes Urzędu Regulacji Energetyki na podstawie składanego przez wytwórcę energii z OZE wniosku, który musi zostać potwierdzony – co do ilości wytworzonej energii – przez operatora systemu elektroenergetycznego, do którego dana instalacja jest przyłączona.

Jak odbywa się obrót zielonymi certyfikatami?

Wytwórcy energii z OZE po wydaniu przez Prezesa URE świadectwa pochodzenia w formie elektronicznej mogą sprzedać je jako zielony certyfikat na Towarowej Giełdzie Energii (TGE). Muszą je kupować podmioty zobowiązane do ich umarzania. Najogólniej rzecz biorąc są to przedsiębiorstwa energetyczne sprzedające energię do odbiorców końcowych oraz w pewnym zakresie tzw. przemysł energochłonny. Umorzenie odbywa się poprzez przedstawienie ich Prezesowi URE w prawnie wyznaczonym terminie. Ale sprzedawać i kupować zielone certyfikaty może także każdy podmiot zarejestrowany na TGE, co umożliwia obrót spekulacyjny.

Po co w ogóle zostały wprowadzone do obrotu?

Ich główną rolą miało być zachęcanie przedsiębiorców do inwestowania w nowe instalacje OZE. Rozwój energetyki ma to do siebie, że wymaga znacznych nakładów inwestycyjnych. Z reguły, w aktualnych warunkach rynkowych, nie zwracają się one szybciej (a czasem nie zwracają się nigdy…) niż w horyzoncie 15-30 lat, a w przypadku energetyki jądrowej jeszcze później. Takie względnie wolne tempo zwrotu charakteryzuje wszystkie jednostki wytwórcze, także te wykorzystujące węgiel.

W ubiegłej dekadzie koszt wytwarzania energii w instalacjach OZE był jeszcze znacznie wyższy niż rynkowe ceny energii (ta różnica zmniejsza się dość szybko rok do roku), a więc inwestycje w tym zakresie nie miałyby szansy uzyskać jakiejkolwiek dodatniej stopy zwrotu. Trzeba było zatem wprowadzić rozwiązania, które dałyby inwestorom taką gwarancję. Z wielu dostępnych mechanizmów zachęt wybrano zielone certyfikaty.

System certyfikatów był technologicznie neutralny – dawał szansę rozwoju instalacji o najniższych kosztach wytwarzania.

Ten system zachęt wprowadzono także z przyczyn formalnych, ponieważ Polska jako członek Unii przyjęła na siebie zobowiązanie zwiększenia wykorzystania źródeł odnawialnych i zadeklarowała, że do 2020 roku co najmniej 15% wszystkich rodzajów zużywanej energii, w tym energii elektrycznej, będzie pochodzić ze źródeł OZE.

Jednak rozwój OZE pozwala także na wzrost bezpieczeństwa energetycznych, bo zmniejsza uzależnienie gospodarki do wyczerpywalnych nośników energii, z których część trzeba importować. Zamiast nich lepiej jest wykorzystywać zasoby lokalne, ograniczając jednocześnie emisję CO2. A więc są to procesy korzystne, żeby nie powiedzieć pożądane z punktu widzenia całej gospodarki.

Od kiedy działa system zielonych certyfikatów?

Zielone certyfikaty zostały wprowadzone w Polsce w 2005 roku. W praktyce zaadoptowano unijny system świadectw pochodzenia (energii), wprowadzony dyrektywą o promocji OZE z 2001 roku, do których w Polsce przypisano zbywalne prawa majątkowe.

Celem wprowadzenie tego systemu było pokrycie różnicy pomiędzy kosztami wytworzenia energii z OZE a przychodami z jej sprzedaży, czyli zapewnienie opłacalności inwestowania w odnawialne źródła energii. Należy dodać, że system certyfikatów był technologicznie neutralny – nie wskazywał żadnej konkretnej technologii, tylko dawał szansę rozwoju dla instalacji o najniższych kosztach wytwarzania, co początkowo dawało największe bodźce dla rozwoju najtańszej wówczas energetyki wiatrowej (dziś byłaby to pewnie także fotowoltaika).

Jednym z powodów załamania się systemu zielonych certyfikatów było przyznawanie świadectw pochodzenia dużym elektrowniom wodnym oraz za produkcję energii w wyniku współspalania biomasy.

W pierwszym okresie funkcjonowania systemu (2005-2010) 80% energii z OZE było wytwarzane przez istniejące przed 2005 rokiem instalacje wodne i biomasowe oraz w wyniku współspalania biomasy przez elektrownie węglowe. Z punktu widzenia głównego celu systemu – inwestycji w nowe źródła OZE – kierowanie do tych jednostek zachęt w postaci zielonych certyfikatów musi budzić wątpliwości. Jednak tak zdecydowano i jak dziś już wyraźnie widać, była to decyzja błędna.

Dopiero od 2016 roku zaprzestano przyznawania świadectw pochodzenia dużym elektrowniom wodnym i teoretycznie (bo nie w praktyce) ograniczono o połowę ich ilość przyznawaną dla procesów współspalania. Ale w tym momencie niezbilansowanie systemu już stało się faktem.

Procesy inwestycyjne w energetyce nie rozpędzają się natychmiast. Dlatego w latach 2006-2009, mimo uruchomienia zachęt moc zainstalowana OZE wzrosła zaledwie o 856 MW (72% stanu wyjściowego z końca 2005 roku), głównie w źródłach wiatrowych. Dopiero od 2010 roku tempo inwestycji znacząco wzrosło, co doprowadziło do blisko 7,5-krotnego wzrostu wszystkich mocy zainstalowanych, a w energetyce wiatrowej ponad 70-krotnego – w porównaniu z 2015 rokiem.

Na inwestycje w OZE w latach 2006-2016 przeznaczono co najmniej 45 miliardów zł. Produkcja energii przez te instalacje wzrosła przeszło sześć razy. Przyczyniło się to do uniknięcia emisji 160 milionów ton CO2. Oznacza to, że system zielonych certyfikatów dał impuls do budowy nowych źródeł OZE.

Jednocześnie rozwijał się także rynek biomasy, a produkcja energii z tego zasobu sięgnęła w apogeum prawie 10 TWh, po czym spadła ze względu na spadek cen certyfikatów. Energia z turbin wiatrowych stanowiła 40% całej energii OZE wytworzonej w tamtym okresie, a w 2017 roku wskaźnik ten znacznie przekroczył 60%.

fot. PixArc, pixabay.com
Od kiedy system zielonych certyfikatów przestał spełniać swoją rolę?

Ostatecznie pozytywne trendy załamały się w drugiej połowie 2015 roku, chociaż już w 2013 pojawiły się pierwsze perturbacje. Ostatecznie cena zielonych certyfikatów spadła tak nisko, że nie pozwalała już myśleć o inwestowaniu w nowe instalacje. Co gorsze, doprowadziło to do sytuacji, że wybudowane nowe jednostki, zwłaszcza te które nie skorzystały z dodatkowej pomocy inwestycyjnej (a takich było ponad 80%) znalazły się na granicy lub poniżej granicy rentowności. Średnia cena certyfikatów w roku 2017 spadła do 39 zł/MWh wobec 260-280 w pierwszej połowie 2012 roku.

Jak to się stało, że wpływy ze sprzedaży zielonych certyfikatów nie zapewniają minimum rentowności instalacjom OZE? A spółkom wiatrowym nawet na pokrycie podatku od nieruchomości, który od 2017 roku został podwyższony 4-krotnie?

Stabilność cen utrzymywała się do połowy 2012 roku. Jednak już w 2011 wydano więcej certyfikatów niż wynosił obowiązek ich umorzenia. W latach następnych nadwyżka ta szybko rosła, z apogeum w 2012 r, kiedy poziom niezbilansowania przekroczył 33%. Ogółem w latach 2012-2016 wydano o ponad 20% certyfikatów więcej, niż wynosił obowiązek ich morzenia. Narastająca dzięki temu ilość certyfikatów nie znajdujących nabywców (niezbilansowanych) zachwiała równowagą systemu i doprowadziło do spadku ceny certyfikatów o ponad 70-80%.

Z pewnością jednym z powodów załamania się systemu było przyznawanie świadectw pochodzenia dużym elektrowniom wodnym oraz produkcji energii w wyniku współspalania biomasy. Nie przyczyniło się to w żadnym stopniu do rozwoju nowych instalacji OZE, za to było jedną z najważniejszych przyczyn powstania zjawiska nadpodaży.

Instytucje odpowiedzialne za regulowanie systemu zielonych certyfikatów zawiodły na całej linii.

Główną przyczyną załamania się systemu było wadliwe nim zarządzanie, w wyniku czego wolumen niezbilansowanych zielonych certyfikatów nadal powiększa się. System w praktyce nigdy nie został prawidłowo zbilansowany, a w szczególności nie zagregowano skutecznie na widoczną już w 2013 roku nadpodaż certyfikatów. Co więcej, poziom obowiązku umorzenia na lata 2010-2016 ustalano znacznie poniżej wolumenu przewidywanego do wyprodukowania w przyjętym przez Rząd Krajowym Planie Działań.

Szczegółowe przyczyny tego stanu rzeczy zostały opisane w raporcie Obiektywne i subiektywne powody destrukcji systemu zielonych certyfikatów w latach 2005-2016, opublikowanym w marcu 2018 roku przez Polską Izbę Gospodarczą Energetyki Odnawialnej i Rozproszonej PIGEOR. Czytamy w nim: Organy Państwa odpowiedzialne za realizację wyznaczonych celów rozwoju produkcji z OZE oraz za efektywne zarządzanie systemem wsparcia nie zareagowały na niepotrzebny i nadmierny w pewnym okresie wzrost produkcji ze współspalania. W latach 2009-2012 wzrosła ona o ponad 60%, do poziomu blisko 7 TWh. Ograniczyło to rozwój dedykowanej energetyki biomasowej, która nie była w stanie sprostać konkurencji w zakupach na rynku biomasy.

Dodatkowo Prezes Urząd Regulacji Energetyki nie był w stanie na bieżąco przyznawać zgłoszonych certyfikatów, tworząc ich ukrytą nadpodaż, która destabilizowała rynek z pewnym przesunięciem czasowym. Wniosek jest oczywisty: zawiodły instytucje państwa odpowiedzialne za regulowanie systemu.

Niestety, ostatnio wprowadzone przepisy całkowicie wypaczają ideę rozwoju instalacji wytwórczych opartych o OZE. Od 2015 roku do systemu nie mogą wchodzić nowe instalacje (ustawa o OZE). Pomoc pozostałym została ograniczona do 15 lat, nie dłużej niż do 2035 roku.

Destrukcja systemu zielonych certyfikatów po 2015 roku praktycznie zagroziła istnieniu w Polsce energetyki wiatrowej. Szacuje się, że 70% potencjału notuje straty i stoi w obliczu bankructwa. Również małe elektrownie wodne walczą o przetrwanie. Rozwija się jedynie fotowoltaika, ale przydomowe instalacje PV nie potrzebują wielomilionowych nakładów i nie otrzymują wsparcia z systemu zielonych certyfikatów.

Sytuacja jest dramatyczna. Inwestorzy liczą się z koniecznością ogłaszania upadłości.

Państwo zatrzymało rozwój czystej energii, a wspiera budowę nowych bloków węglowych. Planuje się też budowę nowych kopalń, także nowych odkrywek węgla brunatnego (energetyka oparta o to paliwo to największy emitent CO2) oraz budowę ogromnej elektrowni atomowej, czemu sprzeciwia się 50% społeczeństwa (ostatnie badania CBOS).

Skutek będzie więc taki, że polska energetyka będzie przekształcać się w kierunku wytyczonym przez lobby węglowe i energetyczne, a nie w tym, którego oczekują Polki i Polacy. Na pewno nie poprawi to konkurencyjności polskiej gospodarki. Eufemicznie można by twierdzić, że w krótkim czasie staniemy się skansenem energetycznym Europy.

Dziękuję za rozmowę.

———————————–

Polska Izba Gospodarcza Energetyki Odnawialnej i Rozproszonej PIGEOR ostrzega: Sytuacja jest dramatyczna. Inwestorzy liczą się z koniecznością ogłaszania upadłości. W styczniu 2018 roku. podano do wiadomości publicznej informacje o postępowaniu upadłościowym, gdzie przejęcie urządzeń, bez długów upadającej farmy, ma nastąpić za ok. 10% ich wartości początkowej. Sprawa ta już wywołuje reperkusje – wycofanie się z Polski ważnego inwestora (grupa BMW). Wkrótce można się spodziewać następnych bankructw. Stracą na tym inwestorzy, banki, fundusze inwestycyjne, a w konsekwencji państwo i całe społeczeństwo. Wszystko to oznacza też zejście ze „ścieżki realizacji” celów pakietu klimatyczno-energetycznego UE na 2020 roku.



REO POLECA

Leszek Kadej: Czy sprostamy?