Tomasz Podgajniak: Zasoby wyczerpywalne

To tylko most energetyczny do przyszłości.

Zasoby paliw kopalnych – gazu, ropy i węgla – pozwoliły ludzkości na bezprecedensowy skok cywilizacyjny. W okresie nieco ponad 200 lat, co jest mgnieniem w historii nie tylko świata, ale ludzkiej rasy, znacząca część populacji osiągnęła poziom dobrobytu kiedyś znany tylko królom i wielmożom. Każdy korzystający z energii elektrycznej z sieci, kupujący na stacji benzynowej paliwo czy zaopatrywany w ciepło z sieci miejskiej, zaprzęga do pracy na swoją rzecz setki niewidzialnych niewolników.

Spróbujmy jednak odpowiedzieć na pytanie, czy wyobrażamy sobie świat, w którym przez kolejne tysiąclecia wystarczy nam ropy, węgla i gazu na pokrycie choćby tylko tych dzisiejszych potrzeb energetycznych ludzkości – a przecież aspiracje rosną i nie ma żadnego powodu, aby odmawiać Chińczykom, Hindusom, Afrykanom i innym nacjom prawa do korzystania z takiej samej ilości energii jak my. Ja takiego świata nie potrafię sobie wyobrazić. Tak się nie stanie, bo te zasoby są wyczerpywalne i coraz trudniej dostępne. W momencie kiedy ich zabraknie, czeka nas katastrofa cywilizacyjna.

Gdyby pokryć panelami wszystkie dachy, elewacje południowe oraz pobocza dróg, bylibyśmy całkowicie samowystarczalni energetycznie.

Chyba, że…

W interesie całego gatunku ludzkiego jest oszczędzanie surowców kopalnych tak długo, jak się da i traktowanie ich jako swoisty most energetyczny do przyszłości. Nie mam co do tego żadnych wątpliwości, że w przyszłości potrzeby energetyczne ludzkości albo będą zaspakajane w niemal stu procentach ze źródeł odnawialnych, albo nie będzie czego zaspokajać. I to z tych najczystszych, głównie z fotowoltaiki, która już w niedługiej perspektywie będzie dominującym źródłem, choć być może uzupełnianym przez energię wody i wiatru, bo słońce nie świeci przez całą dobę, a magazynowanie energii kosztuje i nie jest tak całkiem obojętne dla środowiska.

A skoro…

Trudno byłoby polemizować z tezą, że w którymś momencie paliwa kopalne się wyczerpią. W tym kontekście myślenie w kategoriach krótkoterminowych zysków, ignorowanie tez zawartych w ważnych międzynarodowych dokumentach strategicznych, odnoszących się także do bezpieczeństwa energetycznego, ale też próby cwaniackiej jazdy na gapę w oczekiwaniu, że inni za nas rozwiążą problem i coś nam dadzą (bo przecież nam się należy!) – są zwyczajnie groźne.

Teoretycznie 11 tysięcy km2 paneli słonecznych, czyli 4% powierzchni kraju, zapewniłoby całkowite pokrycie potrzeb energetycznych Polski. To jest mniej więcej tyle, ile zajmują budynki i infrastruktura drogowa. Gdyby pokryć panelami wszystkie dachy, elewacje południowe oraz pobocza dróg, bylibyśmy całkowicie samowystarczalni energetycznie. Oczywiście dziś wymagałoby to ogromnych, wręcz niewyobrażalnych inwestycji. Ale z czasem jednak coraz mniejszych, bo choćby w porównaniu z ubiegłym rokiem ich wartość jest już niższa o 1/3.

Tanieją, bo…

Za wyjątkiem energetyki biomasowej, wykorzystującej materialny nośnik, którego koszt pozyskania nie jest w tak dużym stopniu związany z ceną energii, do wytworzenia paneli fotowoltaicznych albo elementów wiatraków potrzebna jest summa summarum energia, która w głównej mierze determinuje tzw. koszt krańcowy tych urządzeń. Ten z kolei przekłada się na koszt pozyskania energii z tych źródeł. Rysuje się więc ciekawe sprzężenie zwrotne – jeśli ta energia staje się coraz tańsza (a tak się przecież dzieje), to tym tańsze będą elementy służące do jej uzyskania. Owszem, dzięki temu stanieją również generatory do elektrowni węglowych, tyle że koszt wytwarzania przez nie energii będzie coraz wyższy, bo wykorzystanie węgla też będzie kosztem (słońce czy wiatr póki co są za darmo), a jego pozyskiwanie będzie coraz droższe. Moim zdaniem, w perspektywie kilku lat te krzywe kosztowe się przetną. Podkreślmy, że potwierdza te trendy obserwacja realnej gospodarki – pozyskanie energii z wiatru i słońca będzie coraz tańsze, a z węgla coraz droższe.

Kto wie, czy…

Polska, pozostając przy węglu i nie inwestując, nie włączając się do łańcucha technologicznego związanego z rozwojem energetyki odnawialnej, stanie przed podobnym problemem, przed jakim dzisiaj stajemy w relacjach z Gazpromem, Statoilem czy innym dostawcą tradycyjnych paliw – mogą nam je sprzedać, ale nie muszą. Podobnie może stać się z technologiami OZE. Będą dostępne, ale Polska niekoniecznie będzie mogła je kupić, a w każdym razie warunki ofertowe nie muszą być rynkowe. Czyż nie widzimy tego już dziś, kupując na Amazonie czy e-Bay’u?

Jeśli więc nie włączymy się do tego wyścigu, jeżeli nie będziemy generować choć części wartości dodanej w łańcuchu dostaw, nie zdobędziemy tam technologicznie znaczącej pozycji, to zostaniemy wyautowani. Polska gospodarka przestanie się rozwijać, bo korzystając z droższej energii nasz przemysł nie będzie konkurencyjny.

Zobaczmy, jak…

Już dzisiaj widzimy, że konsekwentna polityka inwestycyjna w zakresie systemu hydroenergetycznego, jaką realizowano w Szwecji przez ostatnie 70 lat, daje im zdolność większego magazynowania energii niż my zużywamy przez cały rok. Dzięki temu energia jest tam po 80 zł/MWh, a u nas kosztuje 160 zł/MWh. Niemcy, którzy – jak się u nas w kręgach antyozowych (przyp. red. – przeciwników energii ze źródeł odnawialnych)mówi (ze złośliwą satysfakcją) – przeinwestowali podobno w transformację energetyczną, na rynku hurtowym płacą po 130-140 zł/MWh. A to oznacza, że już dzisiaj ich energochłonny przemysł jest konkurencyjny w stosunku do naszych hut, które ponoszą większe koszty energii.

Jeżeli więc…

Jeżeli więc będziemy uparcie trzymać się węgla, to może się okazać, że wkrótce nie będzie komu kupować drogiej polskiej energii, bo przemysł nie będzie w stanie sprzedać swoich produktów, a odbiorcy indywidualni będą coraz bardziej zmotywowani do inwestowania we własne instalacje fotowoltaiczne, zamiast kupować energię sieciową.

Tomasz Podgajniak
Prezes firmy Enerco, członek zarządu Polskiej Izby Gospodarczej Energetyki Odnawialnej i Rozproszonej, minister środowiska w rządzie Marka Belki.