Rząd zapowiada podjęcie niebawem decyzji o rozpoczęciu budowy pierwszego z trzech reaktorów atomowych o docelowej mocy 4,5 GW jeszcze w tym roku. Szacuje, że wartość tych inwestycji wyniesie 75 miliardów zł, a ich realizacja potrwa 12 do 20 lat. Czy powinniśmy się w taki projekt zaangażować? W rozmowie z Eweliną Pogryź swoją ocenę tego pomysłu przedstawił Tomasz Podgajniak, prezes spółki Enerco. 

Ewelina Pogryź: Od kilku lat trwają przymiarki do tej inwestycji, co kosztowało już setki milionów złotych. Obecnie rząd twierdzi, że już, już, lada dzień zapadnie ostateczna decyzja. Tymczasem nikt nie mówi głośno, że to będzie cios, którego energetyka węglowa nie przetrwa. Zacznijmy jednak od końca. Jakie jest Pana stanowisko w sprawie powstania w Polsce elektrowni atomowej?

Tomasz Podgajniak: Ponad dekadę temu, podczas prac nad Polityką Energetyczną Polski prowadzonych przez rząd Marka Belki, mówiłem publicznie, że warto taki projekt rozważyć. Nie podzielałem wówczas i nadal nie podzielam obaw, co do bezpieczeństwa technicznego takiego rozwiązania. Od tego czasu wiele się jednak zmieniło, pojawiły się nowe możliwości, które powodują, że technologia jądrowa staje się przestarzała i będzie odchodzić w przeszłość.

Warto też zauważyć, że 450 pracujących obecnie na świecie reaktorów pokrywa ok. 10% globalnego zapotrzebowania na energię elektryczną. Aby w pełni zaspokoić te potrzeby wyłącznie z tego źródła musielibyśmy, jak łatwo policzyć, zbudować kolejne elektrownie o mocy 10-krotnie większej. Czy można sobie wyobrazić takie przedsięwzięcie? Kilka tysięcy reaktorów, problemy z wykonawstwem, nadzorem, zaopatrzeniem w paliwo? Moja wyobraźnia buntuje się przeciwko takiej wizji.

Jestem przekonany, że w rozwiązaniach systemowych będą zachodziły istotne zmiany, o których dzisiaj możemy mieć jedynie mgliste wyobrażenie. Dlatego przeraża mnie myśl, że planujemy wejście w inwestycję, która uczyni nas niezdolnymi, a co najmniej znacznie ograniczy naszą zdolność, do elastycznego reagowania na to, co przyniesie nam przyszłość.

W Polsce oznaczałoby to konieczność budowy nie jednej, ale co najmniej pięciu elektrowni o mocy 3 GW każda, jednak przy założeniu, że całkowicie niwelujemy różnice w zapotrzebowaniu na moc pomiędzy pikiem dziennym i tzw. doliną nocną, która sięga czasem 10-11 GW. Jeżeli to okazałoby się niemożliwe, takich elektrowni musiałoby powstać osiem, a może nawet dziewięć. To na pewno nie jest dziś wykonalne.

Budowa dwóch czy trzech bloków jądrowych w Polsce nie rozwiązuje zatem żadnego współczesnego problemu, jest natomiast bardzo droga.

Na naszym portalu można przeczytać w artykule Adama Błażowskiego, że Chińczycy potrafią takie elektrownie budować tanio, za około dwa miliardy dolarów?

Tomasz Podgajniak: Bardzo ostrożnie podchodziłbym do takich informacji. Dane z gospodarek centralnie sterowanych, gdzie nie ma transparentnych procedur przetargowych, a i wymogi projektowe w zakresie bezpieczeństwa nie są łatwe do zweryfikowania, bardzo często mają znaczenie przede wszystkim propagandowe, a niekoniecznie odzwierciedlają wszystkie koszty.

Ciekawym tego przykładem jest budowa elektrowni atomowej w Dubaju. Koreańczycy budują tam cztery reaktory typu APR 1400, z których pierwszy rozpocznie produkcję zapewne na początku 2019 roku. To największy dziś chyba projekt jądrowy na świecie.

Oficjalny koszt tej inwestycji do 24 mld dolarów, czyli ok. 4,3 mld USD/GW. To w porównaniu z innymi projektami względnie tanio, ale mało kto wie, że równolegle do tego kontraktu zawarto umowę na podobną kwotę na dostawę części zamiennych i paliwa przez kolejne 25 lat. Sztuczkę taką stosuje się w wielu procesach inwestycyjnych, uzyskując rabat na kosztach kapitałowych, w zamian za gwarancję przychodów dla dostawcy technologii pokrywanych z części operacyjnej.

Jednocześnie wiadomo, że nakłady inwestycyjne na nowe bloki jądrowe powstające aktualnie w Europie (nawiasem mówiąc budowane w istniejących już elektrowniach, co znacznie obniża koszty infrastruktury towarzyszącej), plasują się w przedziale 5-6 mld euro na 1 GW mocy. Również projekty realizowane przez Rossatom (białoruski Ostrowiec i węgierski Paks), są tylko nieznacznie tańsze od projektów we Francji, Wlk. Brytanii i Finlandii. Wyznacznikiem tych kosztów jest tzw. kontrakt różnicowy zawarty przez rząd brytyjski z inwestorem nowego bloku w elektrowni Hinkley Point, w którym zagwarantowano stałą cenę zakupu energii przez 35 lat na poziomie 92 funtów/MWh. To prawie trzykrotnie więcej niż średnia hurtowa cena energii w Polsce w ubiegłym roku.

Ale może warto taki koszt ponieść w zamian za poprawę bezpieczeństwa energetycznego?

Tomasz Podgajniak: Cały polski rynek hurtowy energii elektrycznej jest wart rocznie znacznie mniej, niż szacowany przez rząd (a to nie oznacza, że doszacowany) koszt budowy jednego bloku tej naszej elektrowni jądrowej. Bądźmy świadomi tego, że jego budowa potrwa raczej nie siedem lat, jak we wspomnianych Emiratach Arabskich, a przynajmniej 10 lat, a może i dłużej jak w Finlandii, i to od momentu wbicia łopaty, który nie wiadomo kiedy nastąpi. Przez tych co najmniej 10 lat będziemy ponosić ogromne obciążenia finansowe tylko po to, żeby powstało źródło, które dostarczy – powiedzmy to uczciwie – 5-7%, a docelowo ok. 20% wytwarzanej dziś energii elektrycznej.

Nie poprawi to znacząco naszego bilansu energetycznego, nie wpłynie istotnie na ograniczenie emisji CO2, a dodatkowo zahamuje inne inwestycje! Bez zastosowania jakichś sztuczek księgowych, a te zawsze też kosztują, tylko obciążają inną pozycję w bilansie, podniesie także na długo ceny energii w systemie.

Zacząć należy od identyfikacji potrzeb i wskazania trendów, które zmieniają strukturę i wielkość konsumpcji energii.

Przy takich nakładach i pojemności rynku opłacalność tego projektu trzeba rozpatrywać w horyzoncie co najmniej 60 lat (a żaden istniejący reaktor nie pracował dłużej) i wcześniej nie da się z niego zrezygnować. Tymczasem jeszcze przed jego oddaniem do użytku energetyka odnawialna osiągnie taki poziom dojrzałości technologicznej i kosztowej, że żadne nowe źródło konwencjonalne, a tym bardziej jądrowe nie będzie w stanie z nią konkurować. Tworzy to ryzyko, że zbudowana elektrownia atomowa, zamiast generować tanią i bezpieczną dla otoczenia energię, wygeneruje przede wszystkim tzw. koszty osierocone, których spłata obciąży wyłącznie nas jako konsumentów lub podatników.

Dlatego jestem przeciwnikiem angażowania się Polski w ten projekt.

Jeśli nie atom, to jaki rodzaj energii najbardziej odpowiada na nasze potrzeby?

Tomasz Podgajniak: Doświadczenie historyczne uczy, że w globalnej konkurencji wygrywają te państwa, których generałowie nie myślą w kategoriach wojen, które już były, tylko w kategoriach tych, które dopiero będą. A tymczasem każdy z nas, nie wyłączając mnie, myśli o przyszłości poprzez pryzmat zastanego systemu i o poprawianiu go, a nie w kategoriach radykalnej zmiany, która moim zdaniem nastąpi i to szybciej niż się spodziewamy. Dlatego zacząć należy od identyfikacji potrzeb i wskazania trendów, które zmieniają strukturę i wielkość konsumpcji energii. Warto tę analizę rozpocząć od małej retrospekcji.

Można sobie wyobrazić, że historia zatoczy umowne koło, a raczej pętlę i – na wyższym poziomie spirali – powróci to, co miało miejsce na przełomie XIX i XX wieku, kiedy przy fabrykach powstawały siłownie, produkujące energię elektryczną i ciepło w skojarzeniu, aby dostarczać je w pierwszej kolejności do tego konkretnego zakładu, a dopiero nadwyżki były sprzedawane na zewnątrz. W Londynie pod koniec XIX wieku działało 60 siłowni generujących prąd. Każda miała inne napięcie i inną częstotliwość. Był to tzw. model gniazdowy – nie były ze sobą połączone. Dopiero w późniejszych latach zaczęto ujednolicać parametry prądu i tworzyć wspólną sieć. Powstały standardy sieciowe i pierwsze systemy miejskie.

Obecnie głównym zadaniem systemu elektroenergetycznego jest dostarczenie prądu do odbiorcy końcowego – za lat 20 będzie to zapewne stabilizowanie i bilansowanie mocy. Będzie tylko backupem. Samą energię dostarczać będą głównie lokalne źródła, położone jak najbliżej konsumenta.

W Polsce spięliśmy różne systemy funkcjonujące na terytorium kraju w jednolity system elektroenergetyczny dopiero pod koniec lat 60. Dla poszczególnych jego elementów zostały ustalone parametry napięcia i częstotliwości, których wszyscy muszą przestrzegać. Jednak w moim przekonaniu jesteśmy w przededniu dezintegracji tego systemu albo przynajmniej zmiany istotnej jego funkcji. Obecnie jego głównym zadaniem jest dostarczenie tzw. prądu do odbiorcy końcowego – za lat 20 będzie to zapewne stabilizowanie i bilansowanie mocy. Samą energię dostarczać będą głównie lokalne źródła, położone jak najbliżej konsumenta.

Nie jesteśmy oczywiście w stanie przewidzieć, jakie będą dominujące sposoby wywarzania energii elektrycznej w przyszłości – choć wiele wskazuje na to, że będzie to energetyka solarna – ani też precyzyjnie określić popytu. Jednak już dzisiaj widzimy, że oświetlenie terenów publicznych i dróg, które całkiem niedawno konsumowało 15-17% energii zużywanej przez gminy staje się znacznie bardziej efektywne, a tym samym mniej energochłonne. Dostępne na rynku produkty mogą zredukować zapotrzebowanie na energię w danej dziedzinie kilkukrotnie, może nawet 10-krotnie. Oznacza to, że zmieni się struktura konsumpcji. Przejście na ogrzewanie elektryczne, co byłoby korzystne dla walki ze smogiem, może przejściowo podwyższyć konsumpcję, ale przyczyni się do inwestycji w docieplanie, termomodernizację czy rozwój budynków pasywnych. Sprawią to wysokie rachunki za prąd. A gdy tak zmienimy swoje domy, okaże się, że zapotrzebowanie na ciepło spadnie.

Poza tym nadal będą rozwijały się źródła prosumenckie, bo nakłady inwestycyjne w tej dziedzinie spadają, a tym samym stopa zwrotu rośnie i ludzie będą chcieli nie tylko zmniejszyć koszty ogrzewania i prądu, ale także na tym zarobić. Obecnie sieć elektroenergetyczna jest dla nich ważnym backupem, ale jeśli okaże się, że urządzenia własne staną się wystarczająco niezawodne, to prosumenci się od sieci odetną. Jeśli tak się stanie, znowu zmieni się cały paradygmat sieciowy.

Zmieniają się też wymogi co do jakości wykorzystywanej energii. Dwa podstawowe parametry prądu, czyli częstotliwość i napięcie, które obecnie są dla energetyków najważniejsze, dla najnowszych odbiorników nie mają już takiego znaczenia. Przetworniki w świetlówkach mogą pracować i na 14, i na 400 woltach. Laptopy działają przy 50 i 60 Hz, przy 110 i 230 V. Obecnie stałą częstotliwość sieciową w coraz większym stopniu utrzymuje się nie tyle dla konsumentów, co dla turbin energetycznych, które bez tego nie mogłyby się synchronizować z systemem i wprowadzać energii do sieci.

System w zasadzie już jest więc skonstruowany pod źródła, a nie pod odbiorcę.

Wyłączmy więc cały segment potencjalnych prosumentów, który ma istotny udział – 20% zapotrzebowania na energię. Można też spodziewać się, że gospodarstwa domowe będą konsumować mniej energii. Duże zakłady przemysłowe zbudują sobie własne siłownie. Może nawet i na węgiel wykorzystywany w wysokosprawnej, niskoemisyjnej kogeneracji. Może dla nich bezpieczeństwo energetyczne będzie warte poniesienia tych kosztów, także środowiskowych.

Tak czy inaczej, wszystko sprowadza się do tego, że ogólnokrajowy system energoelektryczny będzie tylko backupem, który dostarczy moc w wypadku, gdy w lokalnym klastrze – czy to prosumenckim, czy przemysłowym – wystąpi niezbilansowanie, zajdzie awaria, nastąpi przerwa w dostawie energii. A to oznacza, że użytkownicy nie będą płacić tak jak dziś za dostarczaną energię, ale za inne usługi systemowe.

być Może przesyłanie ogromnych porcji energii na odległość setek kilometrów w ogóle nie ma sensu? Może energetyka przyszłości to rozproszone i stosunkowo niewielkie źródła prądu i ciepła położone jak najbliżej odbiorcy?

Puszczając wodze fantazji można oczywiście wyobrazić sobie, że powstające w ten sposób rezerwy produkcyjne zostaną jakoś zagospodarowane, na przykład poprzez robotyzację, czy upowszechnienie drukarek 3D. Każdy sam sobie wydrukuje talerz lub widelec. Ale takie urządzenia zastąpią część produkcji przemysłowej i usług, gdzie w efekcie konsumpcja energii spadnie.

Wszystko to będzie częścią większych procesów, które prof. Jan Popczyk nazywa transferami paliwowymi. Rosnąca podaż energii ze źródeł odnawialnych i narastające problemy z pozyskaniem paliw kopalnych (które, nawiasem mówiąc, można znacznie efektywniej wykorzystywać niż poprzez ich barbarzyńskie spalanie) spowodują substytucję energetyki cieplnej, do której zaliczam także energetykę atomową, przez elektrotechnikę wiatrową i solarną. Najistotniejszy transfer paliwowy nastąpi z pewnością w sektorze transportowym. Jeżeli elektromobilność się przebije – a nie mam wątpliwości, że tak się stanie – to do zasilania samochodów będziemy potrzebowali rosnących wolumenów energii elektrycznej z odnawialnych źródeł, zwalniając ogromne ilości ropy czy gazu dla przemysłu petrochemicznego tudzież nawozowego, którego istnienie jest dziś niezbędne dla zaspokojenia potrzeb żywnościowych prawie 8 mld ludzi żyjących na Ziemi.

1
2