Taryfą w smog, jak kulą w płot

11.01.2018

Od kilku lat temat problem jest często poruszanym tematem mediów mainstreamowych. Co ciekawe - wyłącznie zimą. Oznacza to, że bardziej interesujące dla nich są jego efekty, niż przyczyny. Na szczęście jednak rozkręcają się działania zapobiegawcze. Pytanie czy skuteczne?  I tak wprowadzona przez rząd taryfa na energię elektryczną do ogrzewania nie zmieni niczego w „smogowym” pejzażu Polski. Nie będzie zachętą do porzucenia innych paliw, bo nie oferuje w zasadzie niczego: ani niższych kosztów ani komfortu - uważa Leszek Kadej.

 

 

W teorii wszystko wyglądało pięknie. Rząd, w końcu świadom wagi problemu smogu, już kilka miesięcy przed sezonem grzewczym zaczął reklamować jedną z recept – tanie ogrzewanie elektryczne. Zamiast palić byle czym, obywatele mieli przerzucić się na piece akumulacyjne, nagrzewające się nocami ku uciesze elektrowni zawodowych, mocno cierpiących z powodu nocnych dolin. Dla obecnego modelu produkcji energii – scentralizowanego w wielkich źródłach, opalanych węglem – możliwość utrzymania produkcji nocami warta miała być warta świeczki, czyli sprzedaży tejże energii po preferencyjnych cenach. Wszyscy byliby zadowoleni – bo w domach byłoby ciepło, powietrze nieco by się oczyściło, elektrownie by pracowały, kopalnie fedrowały... Kto wie, być może taki scenariusz jest możliwy. Na pewno jednak, by się ziścić, wymaga głębokiego namysłu i precyzyjnego działania. Tymczasem, co chyba nie jest wielkim zaskoczeniem, skończyło się na regulacji, która tak naprawdę nie jest skierowana do nikogo, a jej efekty będą żadne.

 

Z pierwszych dość szumnych zapowiedzi przedstawicieli rządu zostało niewiele. W ostatniej chwili Ministerstwo Energii zorientowało się chyba, co w praktyce będą oznaczać proponowane regulacje i dość drastycznie je zmieniło. Dokładniej to je uprościło, chyba do granic możliwości. Po czym poznać, że ktoś zaczął się ogrzewać prądem? Bo zużywa go więcej. W stosunku do czego? Do zeszłego roku. I od tej nadwyżki, ale tylko w godzinach 22-6 zapłaci dystrybutorowi niższą opłatę sieciową. W wysokości 30 proc. normalnej stawki. Co może się przełożyć na kilkunastoprocentowy spadek ostatecznej ceny, jaką za tą energię się płaci na rachunku. I to w zasadzie tyle.

 

Sprawę można roztrząsać na wiele sposobów. Na przykład wskazując, że cały pomysł rażąco niesprawiedliwie traktuje odbiorców. Co bowiem, gdy ktoś już rok temu ogrzewał się prądem? Ano dla niego nic. Jeżeli w tym roku zużywa tyle samo, co w zeszłym, żadnej zmiany nie odczuje. Takie rozwiązanie ma też dość krótkie nogi, bo jeżeli ktoś się skusi, i zacznie się ogrzewać teraz, to w przyszłym roku żadnej wzrostu zużycia mieć już nie będzie. Ciekawe, czy to oznacza, że cała impreza jest tylko na jeden sezon?

 

Ale to nie koniec. Teoretycznie taryfa zachęca do maksymalnego grzania w nocy, kiedy dla odmiany w mieszkaniu powinno być chłodniej. Chociażby dlatego, ze tak się lepiej śpi. Przedstawiciele ME od początku mówili, że chodzi o to, by zacząć korzystać z grzejników akumulacyjnych, zamiast popularnych konwektorów. Tylko, że taki grzejnik jest parę razy droższy od konwektora. W niewielkim mieszkaniu potrzebne są pewnie ze trzy, a to już wydatek kilku tys. zł. I czy nagrzany w nocy piec akumulacyjny zapewni nam komfort wieczorem, po kilkunastu godzinach?

 

Ale to są tylko dywagacje, mało znaczące wobec sedna problemu smogu. Otóż głównym źródłem tak zwanej niskiej emisji są stare budynki w centrach miast oraz luźna zabudowa poza nimi. Przy czym domów jednorodzinnych jest wielokrotnie więcej. Wystarczy pobieżny rzut okiem, by stwierdzić, że w przygniatającej większości budynki te nie spełniają jakichkolwiek standardów energetycznych. Czymkolwiek ich nie ogrzewać, jest to marnotrawstwo w czystej postaci. I być może właśnie dlatego, że ogrzewanie przyzwoitym paliwem zaczęło kosztować bardzo dużo, ich mieszkańcy przerzucili się na paliwa znacznie mniej przyzwoite.

 

Ile będzie kosztować energia elektryczna do ogrzania typowego, nieszczelnego, „zimnego” polskiego domu jednorodzinnego? Czy mieszkania w starej, nieocieplonej kamienicy? Nie ma sensu liczyć, bo jest to problem czysto teoretyczny. Ogrzewanie elektryczne jest na tyle kosztowne, że proponowana obniżka nikogo nie zachęci do zmiany. Według GUS, w 2015 r. roczne ogrzanie metra kwadratowego statystycznej powierzchni mieszkalnej węglem kamiennym kosztowało 21 zł. Za to energią elektryczną ok. 37 zł. Ta różnica zapewne jest znacznie większa, bo istnieją tańsze „opcje” niż statystyczny węgiel, za to  prądem często grzeje się tam, gdzie energii potrzeba mniej, a i tak wychodzi dużo drożej.

 

Można przytaczać jeszcze mnóstwo liczb i danych, ale nie zmienią one już w żaden sposób tego obrazu. Dopóki na poważnie nie zaczniemy traktować efektywności przy ogrzewaniu, żadne „innowacyjne” taryfy nie zbliżą nawet o krok do likwidacji przyczyn emitowanych z „domowych ognisk” trucizn.




Leszek Kadej / REO.pl



fot. Pixabay





Facebook Twitter Twitter

Serwis www.reo.pl korzysta z plików cookies (tzw. ciasteczka).

Więcej informacji o tym jakich cookies używamy, oraz jak nimi zarządzać, znajdziesz po kliknięciu w „więcej”.