Rząd kupił sobie parę lat spokoju. Tylko po co?

12.02.2018

Zgody Komisji Europejskiej na rynek mocy i kolejną pomoc dla górnictwa to polityczne sukcesy rządu. Oto bowiem na prawie 20 lat w przód w zasadzie nie trzeba specjalnie się wysilać, kształt polskiej energetyki został w praktyce zabetonowany na wiele lat. Obywatele z tego będą mieli to co zawsze – wyższe rachunki za energię.




Rozsądniej wygląda program dla górnictwa. Za 5 dodatkowych miliardów powinno się udać zamknąć kilka najbardziej nierentownych kopalń, wypłacić świadczenia i – co najważniejsze – sfinansować jakąś rewitalizację pogórniczego krajobrazu, w tym i gospodarczego. Ciekawie będzie pod koniec roku, gdy państwowe górnictwo będzie musiało decydować, czy przeznaczyć kopalnię do likwidacji za państwowe pieniądze, czy nie ruszać nic i liczyć, że w przyszłości, kiedy bankruta trzeba będzie już zamykać za pieniądze samej spółki, coś się załatwi. Ale tak czy inaczej, jest to program zwijania górnictwa, a nie jego rozwoju. I trzeba temu przyklasnąć. Pewnie węgla będzie brakować coraz więcej i import będzie rósł, ale to już nie problem tej branży.

Gorzej z rynkiem mocy, który może zakonserwować wielkoskalową energetykę węglową na dekady. Co prawda elektrownie węglowe z tego rodzaju wsparcia – bo rynek mocy musiał być notyfikowany jako pomoc publiczna – będą mogły korzystać nawet do 2035 roku, ale trudno oczekiwać, że potem się je pozamyka. Dzięki rynkowi mocy finansowo dopiąć się mają elektrownie ledwo co zbudowane, te w budowie, a nawet przyszła Ostrołęka C, o ile w ogóle dojdzie do realizacji tego bezsensownego pomysłu. Mamy kilkanaście lat spokoju, a potem tradycyjnie – się zobaczy.

Jeszcze gorsze jest to, że rynek mocy wyciągnie z kieszeni konsumentów bliżej nieznane kwoty. Muszą być odpowiednio wysokie, aby źródła mogły być rentowne. Co prawda rząd argumentuje, że mechanizm aukcyjny rynku mocy jest w pełni rynkowy, ale w praktyce będzie to konkurencja paru państwowych spółek o państwowe dotacje. Czyli parodia konkurencji, bo wszyscy gracze są zainteresowani tym, aby wyciągnąć z mechanizmu jak najwięcej kasy, a nie jak najmniej. Zapłaci konsument.

Jest jeszcze trzeci element układanki, ale akurat tym nikt specjalnie się nie przejmuje. Reforma systemu ETS oznacza pewny wzrost cen emisji i to kilkukrotny w stosunku do dziś. Energetyka przerzuci to na klientów, ale drugą ręką sięgnie po fundusz modernizacyjny, z którego będzie mogła finansować własne mniej lub bardziej bezsensowne inwestycje. Interes się będzie kręcił niemal po staremu.

Zresztą rząd tak czy inaczej przyjmuje, że energia elektryczna podrożeje i to znacznie. Do tego stopnia, że będzie się opłacało wybudować elektrownię atomową. Ministerstwo Energii z jednej strony chce ją budować, twierdząc, że będzie produkować po konkurencyjnej cenie, jeżeli koszt emisji tony CO2 zbliży się do 25 euro. Oczywiście byłaby to cena konkurencyjna do elektrowni węglowych. Te z kolei nie muszą się przejmować jakąś konkurencją, bo rynek mocy i tak zagwarantuje im rentowność, a jednocześnie rząd zadba o to, żeby OZE specjalnie nie bruździły, służąc jako kwiatek do kożucha. A w wielkiej państwowej rodzinie będzie po staremu.

To scenariusz pesymistyczny, ale realny. Może jednak nie będzie tak źle. Każdy beton w końcu kruszeje. Pytanie, czy energetyczny betonowy kloc zostanie rozbity z zewnątrz, czy pęknie od środka?

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 


Facebook Twitter Twitter

Serwis www.reo.pl korzysta z plików cookies (tzw. ciasteczka).

Więcej informacji o tym jakich cookies używamy, oraz jak nimi zarządzać, znajdziesz po kliknięciu w „więcej”.