Nie-wielka-moc

09.01.2018

Od redakcji: Sprawa ustawy o rynku mocy odbiła się sporym rezonansem w reo.pl. Wracamy jeszcze do tematu. Tym razem autorem jest Dawid Salamądry z Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego, a jednocześnie komentator…  portalu górniczego nettg.pl. Tak, czytelniku – to nie pomyłka. To ta sama strona, która opublikował atyle nieprzychylnych tekstów na temat energii odnawialnej. Są jednak miejsca i są ludzie… Mamy nadzieję na dalsze teksty tegoż autora i w reo.pl. Udowadniamy tym, że nie jesteśmy Zieloną Ortodoksją. Uważamy że jedyną szansą dla polskiej energetyki jest sensowny, zrównoważony miks! Ideologia „kto kogo?” to droga ku przepaści. Dzisiejsze zmiany w rządzie dają światło nadziei dla ludzi myślących centrystycznie. Być może, w następnym tekście, ekspert Parlamentarnego Zespołu  Górnictwa i Energii odniesie się do tematu. Witamy w reo.pl!

 

 

Dawid Salamądry: Przyjęcie przez Sejm ustawy o rynku mocy to dobra decyzja, ale zdecydowanie przeceniana, zarówno przez jej zwolenników jak i przeciwników. Przeciwnicy są bardzo aktywni od dawna, zdążyli nawet zasiać w głowie zwykłego Kowalskiego sporo obaw z nią związanych, mówiąc między innymi o nowym „podatku węglowym” który uderzy po kieszeni każde gospodarstwo domowe w Polsce. Jest w tym jednak sporo przesady, ponieważ według najnowszych wyliczeń Komisji Energii i Skarbu Państwa koszt dla najmniej zamożnej i jednocześnie najbardziej licznej grupy odbiorców prądu nie powinien być większy niż 2 zł miesięcznie, zaś jeśli chodzi o zamożniejsze gospodarstwa domowe to wzrost opłat szacowany jest na ok. 7 zł, czyli grubo poniżej 100 zł w skali roku.

Dużo gorzej na papierze wygląda to z perspektywy małych i średnich przedsiębiorstw, dla których wysokość opłaty mocowej oszacowano wstępnie na ok. 40-50 zł za MWh energii elektrycznej. Szybko licząc, w skali roku zużywająca 50 GWh energii średniej wielkości firma zapłaci dodatkowo kilka milionów złotych więcej. To właśnie te podmioty powinny być najbardziej zaniepokojone „podatkiem węglowym”, ale brak silnego sprzeciwu z ich strony wynika z prostej kalkulacji – straty spowodowane przerwami w produkcji z powodu ograniczeń lub w ogóle braku dostaw prądu oznaczają znacznie większe kwoty ulatniające się z ich budżetów, na co przedsiębiorstwa nie są sobie w stanie pozwolić. 

Rynek mocy jest jednak przeceniany również przez jego zwolenników. Wprawdzie Ministerstwo Energii od dawna powtarza, że bez tego rozwiązania krajowi odbiorcy prądu mogliby w niedługim czasie zmagać się z niedoborem mocy, który w konsekwencji prowadziłby do niebezpiecznych blackoutów, ale niezbędny dla modernizacji starych bloków (w tym również na przystosowanie ich do wymogów BAT) zastrzyk finansowy do sektora energetycznego netto wcale nie będzie znowu aż taki znaczący. Wprowadzenie rynku mocy będzie się wiązało z wycofaniem obowiązujących dzisiaj mechanizmów transferu środków do producentów energii, tj. operacyjnej rezerwy mocy oraz interwencyjnej rezerwy zimnej. Biorąc pod uwagę fakt, że te dwa systemy zasilają dziś energetykę kwotą ok. 2 mld zł rocznie, a wpływy z rynku mocy szacuje się na ok. 3 mld zł (a może nawet i mniej, jeśli w toku aukcji producenci będą ze sobą toczyć ostrą walkę), to dodatkowe pieniądze które mają trafić do sektora nie wydają się być już takie duże.

Oczywiście w myśl zasady że „lepszy rydz niż nic” należy docenić nowe rozwiązanie, ale radość z wprowadzenia rynku mocy, podobnie jak i straszenie nowymi obciążeniami na rachunkach powinny być raczej umiarkowane.

 

 

 

Dawid Salamądry / Centrum Analiz Klubu Jagiellońskiego



fot. przyciagamynajlepszych.pl




 

 

Facebook Twitter Twitter

Serwis www.reo.pl korzysta z plików cookies (tzw. ciasteczka).

Więcej informacji o tym jakich cookies używamy, oraz jak nimi zarządzać, znajdziesz po kliknięciu w „więcej”.