Konwencjonalna i odnawialna: czy współpraca jest możliwa?

23.01.2018

Biologia rozróżnia wiele typów współistnienia i oddziaływania na siebie gatunków w środowisku. Interakcje mogą przybierać charakter konkurencji, gdzie bocian i szczupak walczą w jednym stawie o tę samą rybę lub pasożytnictwa, gdy komar lub pijawka wysysają krew ze swojego żywiciela, nie przynosząc mu żadnych korzyści i wyrządzając szkodę. Współżycie organizmów może jednak mieć również charakter nieantagonistyczny, kiedy np. w protokooperacji organizmy mogą żyć osobno, ale więcej korzyści czerpią kiedy sobie wzajemnie pomagają (nosorożec i bąkojad) albo w komensalizmie jeden z gatunków czerpie z tej zależności wyraźne korzyści, nie szkodząc pozostałym (rekin i podnawka lub hieny przy lwach). Tekst "energetycznego symetrysty" Dawida Salamądrego.




Próbując scharakteryzować rodzaj relacji pomiędzy energetyką konwencjonalną a tą opartą o OZE, łatwo ulec emocjom i definiować typ współistnienia poprzez perspektywę własnych poglądów, wynikających z przeróżnych przesłanek (ideologicznych, ekonomicznych, technicznych itp.), co nieco wykrzywia względnie obiektywny obraz sytuacji. Co do zasady, osoby całkowicie bezstronne mogłyby opisać te relacje jako typową konkurencję, gdzie dwie różne branże w ramach jednego sektora biją się o tego samego klienta, a to które wygra w zasadzie zależy od ich własnych umiejętności przeciągnięcia przewagi na swoją stronę. System energetyczny jest skonstruowany w taki sposób, że w zależności od potrzeb, do sieci włączane są kolejne elektrownie w kolejności zadeklarowanej ceny sprzedaży prądu, działają więc zawsze prawa popytu, podaży i ceny.

Słyszę już oburzenia przeciwników energii odnawialnej, którzy wskażą, że ten, wydawać by się mogło, idealny model jest jednak zakrzywiony w stronę OZE, ponieważ te źródła zawsze mają pierwszeństwo dostępu do sieci. Oznacza to, że mają zawsze rynek zbytu na swój produkt, kosztem mocy konwencjonalnych, które dodatkowo ponoszą koszty czekając w gotowości na swoją kolej. I nie można odmówić im racji, ponieważ taki układ tworzy nierówne szanse, a co bardziej zagorzali obrońcy „energetycznych dinozaurów” nazwą go nawet pasożytniczym. Zanim dopuścimy jednak do głosu drugą stronę, z ich argumentami o konieczności ochrony środowiska i klimatu oraz postulatami o jak najszybsze i najszersze zastępowanie starych elektrowni węglowych czy gazowych wiatrakami i instalacjami fotowoltaicznymi, warto przyjrzeć się kilku faktom.

Gdybyśmy bowiem na moment zapomnieli o szkodach, jakie dla mało elastycznej elektrowni węglowej wyrządzają takie skoki mocy, wymuszone dostosowaniem się do aktualnej podaży prądu z OZE, to relację pomiędzy nimi można by określić jako komensalistyczną. Farmy wiatrowe i fotowoltaiczne nie są bowiem w stanie utrzymać się w systemie bez stosownego zabezpieczenia ze strony energetyki konwencjonalnej. Dość wspomnieć, że w RFN, gdzie polityka Energiewende dąży do transformacji miksu na zależny w 95% od OZE, w dolinach nocnych źródła konwencjonalne odpowiadają za ok. 80-90%. produkcji prądu. Odpowiedzią nie jest również masowe stawianie nowych mocy, ponieważ przykład niemiecki również pokazuje, jak niezbyt łaskawa potrafi być pogoda (pomimo przyrostu mocy w 2016 r., nastąpił jednoprocentowy spadek produkcji prądu z OZE rok do roku).

Jak więc powinien docelowo wyglądać polski miks energetyczny, uwzględniając wszystkie zmienne i próbując jednocześnie tak ułożyć relacje między równymi źródłami energii, żeby ich współistnienie przybrało charakter nieantagonistyczny? Moim zdaniem obie strony sporu muszą zrozumieć, że są na siebie skazane i dążyć do modelu pełnej protokooperacji. Z dostępną dzisiaj technologią, rozwój OZE z zachowaniem takich wartości jak bezpieczeństwo energetyczne i tania energia nie może odbywać się bez zabezpieczenia w postaci źródeł konwencjonalnych. Z drugiej strony, oczekiwania obrońców przyrody, ale także świadomość, że zapasy surowców będą się wyczerpywać, powinny skutkować powolnym, ale zdecydowanym odchodzeniem od paliw kopalnych w energetyce, gdzie tempo zmian narzucać będą koszty społeczne oraz rozwój nowych technologii.

Dlatego właśnie, choć nie doczekaliśmy się wciąż rządowej strategii dla sektora energetycznego na kolejne kilkadziesiąt, czy nawet kilkanaście lat, ogólne sygnały wysyłane przez Ministerstwo Energii na temat tego jak kształtować się będzie polityka w tym zakresie, mogę oceniać bardzo pozytywnie. Z jednej strony mamy wprowadzony niedawno rynek mocy (niesprawiedliwie nazywany podatkiem węglowym), czyli dbanie o interesy energetyki konwencjonalnej i zadośćuczynienia za ponoszone przez niego straty w związku z pełnieniem funkcji bezpiecznika dla OZE, którego wyprodukowanej energii nie chcemy marnować. Z drugiej strony mamy świadomość rządzących, że udział węgla w miksie energetycznym będzie się stopniowo zmniejszał, co podkreślali kolejno minister Tobiszowski (60% w 2030 roku), a później minister Tchórzewski (50% w 2050).



Dawid Salamądry / współpracownik zarówno REO.pl jak i Trybuny Górniczej (nettg.pl)



fot. iconfinder.com




Facebook Twitter Twitter

Serwis www.reo.pl korzysta z plików cookies (tzw. ciasteczka).

Więcej informacji o tym jakich cookies używamy, oraz jak nimi zarządzać, znajdziesz po kliknięciu w „więcej”.