Eko-bandyci w Polsce są bezkarni!

09.01.2018

Tekstem Szymona Mazura wracamy do dymisji ministra Szyszki. Kierowany przez niego urząd (choć przyznać trzeba uczciwie, że od jakiegoś czasu w wyniku absurdalnej decyzji nie jest to już Ministerstwo OCHRONY Środowiska) odezwał się swego czasu, w sprawie edukacji najmłodszych. Piętnował "zjawisko potocznie określane jako »ekoterroryzm«, bazujące na braku świadomości społecznej". Niestety urzędnicy, zajęci tym, nie mieli czasu zauważyć zjawiska faktycznie skandalicznego i po prostu przestępczego.... Zdjęcie na pierwszy rzut oka to zimowy obrazek znad rzeczki. Nic bardziej mylnego! To efet zanieczyszczenia Głuszynki, przepływającej niedaleko Poznania.


 

Przestępstwa przeciwko środowisku są od dawien dawna traktowane w Polsce bardzo lekko. Policja niezbyt chętnie ściga eko-bandytów i trucicieli, prokuratorzy piszą lekkie akty oskarżenia, a sądy bardzo pobłażliwie traktują śmieciarzy, zatruwaczy i zanieczyszczaczy. Szkoda, bo z takiego traktowania środowiska (i przestępstw przeciwko niemu) idzie do społeczeństwa prosty przekaz - “środowisko zniesie wszystko”.

 

Tylko w tym roku media donosiły, że rzeczką Nielbą koło Wągrowca płynęła CZERWONA substancja, rzekę Koplą w Koninku zabarwiła “pięknie” ciecz TURKUSOWA, rzeką Łyną w Lidzbarku Warmińskim ciągle płynie CZARNA maź, na stawach stawach k. Dębnicy pod Ostrowem Wielkopolskim wytworzyła się metrowa piana, a do rzeczki Głównej w Poznaniu ktoś spuszczał, coś podobnego do płynu do mycia naczyń. Niezliczone są też, płynące z całej Polski, doniesienia o płynących rzekami oleistych plamach rozlewających się na długości kilku kilometrów.

 

Działania ratunkowe są w takich sytuacjach rutynowe. Przyjeżdża straż pożarna, stawia zapory ze słomy, rozsypuje tu i tam sorbenty, zbiera oleiste ciecze do zbiorników i po kilku dniach - sprawa cichnie. W ramach rutynowych działań pojawia się też policja, a czasem nawet ekspert z WOŚ, WIOŚ, czy RDOŚ, który pobiera próbki, zapewniając, że dzięki temu MOŻE uda się ustalić sprawcę. Co prawda sprawcę wszyscy w okolicy znają, bo zwykle w niedalekiej odległości pracuje zakład przetwórstwa chemicznego, drukarnia, wytwórnia lakierów czy inna chemi-fabryka, ale słowo eksperta od środowiska - rzecz święta!.

 

Niestety badania zatrutych rzeczek rzadko mają dalszy ciąg. Sprawcy zwykle jednak nie udaje się ustalić. Skąd się wzięła piana, żółta, czerwona lub turkusowa farba w wodzie - też eksperci od środowiska nie wiedzą. Zatem sprawa nie trafia do prokuratury, a tym bardziej do sądu. Sprawcy zatruć rzek, rzeczek i jezior zwykle pozostają bezkarni. Odczekają parę miesięcy, przyczają się i znowu, po cichutku, tym razem w nocy - opróżnią zbiornik - do rzeki…

 

Kilka dni temu siedem ton oleju napędowego wyciekło ze stacji paliw i skaziło wody Jeziora Berzyńskiego w Wolsztynie w Wielkopolsce. Olej kanalizacją deszczową i rowem odwadniającym przedostał się do jeziora. “Z naszych ustaleń wynika, że nie było to świadome czy celowe działanie” - powiedział Radiu Poznań burmistrz Wolsztyna Wojciech Lis. I dodał, że prawdopodobnie była to niezawiniona pomyłka ludzka.

 

Nie wiem czy burmistrz jest od ustalania tego, czy działanie było świadome i czy pomyłka była “niezawiniona“. Wolałbym raczej, żeby to ustaliła prokuratura. Chciałbym, żeby śledczy przyłożyli się do sprawy i ustalili czy pomyłka nie była jednak “zawiniona” i czy ktoś celowo nie spuścił oleju do kanalizacji, bo utylizacja jest droga, a transport niepotrzebnego oleju też kosztuje.

 

Parę lat temu ktoś co kilka tygodni zanieczyszczał rzekę Wartę w Poznaniu oleistymi substancjami. Spływały do rzeki kanalizacją deszczową. Za którymś razem udało się namierzyć domniemanego zanieczyszczacza. Znana firma spożywcza zrobiła wiele, żeby się oczyścić z zarzutów. Oferowała np. spuszczanie dziennikarzy na linie do studzienki kanalizacyjnej położonej na terenie ich zakładu, bo w studzience znaleziono wylot rury prowadzącej niewiadomo skąd. Tym razem sprawa była “gruba” i trafiła nawet do prokuratury, ale ostatecznie została umorzona, ze względu na wyrządzenie “niewielkiej szkody w środowisku”. Biegły uznał bowiem, że kilkaset litrów oleju to za mało, żeby zaszkodzić tak dużej rzece, jak Warta. Społeczeństwo nie dowiedziało się więc, czy to właśnie ich ulubiona, sąsiedzka firma, oszczędzała na ekologii i spuszczała olej kanałami do rzeki.

 

W październiku 2015 r. toksyczna substancja dostała się do Warty i wytruła wiele ton ryb. “Śmiertelna dawka przekroczona 138-krotnie” - donosił TVN24. Stwierdzono, że to to transflutryna - środek insektobójczy, stosowany przeciwko muchom i komarom. Urzędom zajmującym się ochroną środowiska prawie dwa lata zajęło badanie okoliczności zdarzenia i dopiero po tym czasie podano - to co już dawno wszyscy wiedzieli - że sprawcą zatrucia jest firma zajmująca się produkcją… środków insektobójczych!

 

Czy sprawa trafi do sądu i czy skończy się skazaniem, trudno powiedzieć - na razie zapowiedzi aktu oskarżenia nie ma. Czas mija, sądy działają powoli, jest wiele instancji odwoławczych. Śmiem twierdzić, że nawet, gdyby sprawcę skazano, to korzystając z prawa do odwołań i zaskarżania wyroków, uniknie on kary, bo sprawa zwyczajnie się przedawni.

 

Sześć milionów złotych za wycięcie bez zezwolenia 321 drzew - taką karę wymierzył w 2004 Urząd Miejski w Ostrowie Wielkopolskim parafii ewangelicko-augsburskiej. O!!! Mocna rzecz! Taka kara rzeczywiście mogłaby odstraszać ewentualnych wycinaczy drzew i innych eko-szkodników. Mogłaby, gdyby była wyegzekwowana. Niestety, i w tym wypadku sprawca skorzystał z przysługujących mu praw do odwołań i zaskarżania wyroków i spokojnie doczekał przedawnienia i umorzenia sprawy po… 10 latach!

 

Spuszczanie farby lub barwników do rzeki, nielegalna wycinka drzew czy nawet wywiezienie śmieci do lasu to jeszcze nic w porównaniu z prawdziwym procederem przestępczym, który polega na skupowaniu i gromadzeniu odpadów niebezpiecznych w jednym miejscu np. w wynajętym magazynie. Potem taki magazyn jest zamykany na kłódkę, a właściciel klucza do kłódki ulatnia się po cichu. Kilka lat temu w Pile odkryto na lotnisku hangar wypełniony po dach beczkami z substancjami toksycznymi, później podobny magazyn znaleziono w Komornikach pod Poznaniem, inny - wielkie składowisko beczek wykryto parę miesięcy temu w starej kopalni odkrywkowej pod Koninem, następny magazyn beczek z niewiadomo-czym jest właśnie teraz wielkim problemem dla władz Poznania. Dlaczego wielkim problemem? Bo usunięcie toksycznych beczek ma kosztować MIASTO osiem milionów złotych!!!

 

Właściciela firmy, który wynajął magazyn i przywiózł beczki nie można ustalić, bo się ulotnił i zmylił tropy, nie ma majątku, nie można mu doręczyć korespondencji. Ale gminy, które musiały się pozbyć się ze swojego terenu toksycznej bomby ekologicznej, zapłaciły za akcję utylizacji po kilka milionów złotych. Straty w ich budżetach są ogromne! Miejskie księgowe i skarbniczki pewnie płaczą ze złości robiąc przekaz na “usunięcie toksycznych beczek” zamiast na festiwal filmów dla dzieci albo nowy plac zabaw.

 

Nad rozpracowaniem gangów wyłudzających miliony z VAT-u pracują policyjne spec grupy w każdej komendzie wojewódzkiej. Do mieszkań wyłudzaczy VAT-u antyterroryści wchodzą o świcie, w pełnym uzbrojeniu i z kajdankami w pogotowiu. Czy takie policyjne spec-grupy mogłyby się zająć także ściganiem przestępstw przeciwko środowisku? Czy prokuratury mogłyby się wreszcie przyłożyć do napisania mocnego aktu oskarżenia przeciwko trucicielowi rzeki czy jeziora? Może wtedy i sądy miałyby podstawy skazać takiego bandytę na rok czy dwa lata więzienia? Na więcej nie można liczyć, bo przecież wszyscy wiemy, że “za zanieczyszczenie jakiejś tam rzeczki” nie można w Polsce pójść do więzienia.



Szymon Mazur / współpracownik REO.pl



fot. OSP



 


Facebook Twitter Twitter

Serwis www.reo.pl korzysta z plików cookies (tzw. ciasteczka).

Więcej informacji o tym jakich cookies używamy, oraz jak nimi zarządzać, znajdziesz po kliknięciu w „więcej”.