Tego wezwania nie powinniśmy lekceważyć. WE WŁASNYM INTERESIE

Hubert Bułgajewski o raporcie ONZ o bioróżnorodności

– Jestem czarnowidzem. Mimo kolejnych alarmistycznych raportów naukowców, niewiele się zmienia. Emisje dwutlenku węgla rosną, lasów ubywa, prowadzimy rabunkowe połowy, a co gorsza rośnie też góra śmieci i chemikaliów, które trafiają do środowiska. Jesteśmy nieskuteczni – tak Hubert Bułgajewski komentuje najnowszy raport ONZ na temat zaniku bioróżnorodności na Ziemi. 
Raport Międzyrządowej Platformy ds. Różnorodności Biologicznej i Funkcji Ekosystemu (IPBES) przygotowało na zlecenie ONZ 145 ekspertów z 50 krajów. Opracowanie zebranych z całego świata informacji na temat stanu przyrody na Ziemi zajęło im trzy lata. Wnioski są zatrważające: wielkie wymieranie gatunków przyspieszyło i jeśli go nie powstrzymamy, sami możemy stać się jednym z nich. 

REO: Śledzisz na bieżąco wydarzenia związane ze zmianą klimatu i degradacją środowiska naturalnego na Ziemi. Czy jest w najnowszym raporcie ONZ coś, co Cię zaskoczyło?

Hubert Bułgajewski: Szczerze mówiąc, to nie. Oczywiście statystyki szokują: około jednej trzeciej powierzchni ziemi na świecie i 75% zasobów wody słodkiej przeznacza się na produkcję roślinną lub zwierzęcą. Nic dziwnego, skoro na Ziemi żyje już ponad 7 miliardów ludzi, to trzeba produkować więcej żywności.

Jeśli tempo przyrostu naturalnego się utrzyma, do 2050 roku na Czarnym Lądzie będzie żyło nawet 2,5 miliarda ludzi.

Od 1992 roku podwoiła się powierzchnia obszarów miejskich o 100% – ludzkość się bogaci, jest nas coraz więcej. Jeśli wytniemy ileś tysięcy hektarów lasu, to skutkiem musi być spadek populacji żyjących w nim gatunków. To wszystko było do przewidzenia. Czego więc można się spodziewać, jak nie pogarszania sytuacji?

Z raportu wynika, że na 8 mln gatunków zwierząt i roślin aż 1 mln jest zagrożonych wyginięciem. Czy to dużo? Naukowcy odkryli, że w historii Ziemi wielkie wymieranie gatunków następowało już pięć razy, teraz trwa szóste. Jakie były przyczyny i konsekwencje np. piątego wymierania, które miało miejsce 66 mln lat temu?

Oczywiście jest to cholernie dużo. Zwłaszcza w tak krótkim czasie. Te wartości właśnie szokują. Rzecz jasna uderzenie asteroidy taki efekt wywołałoby szybciej i wtedy nawet 5 z 8 milionów gatunków byłoby zagrożonych wyginięciem. Co się stało 66 milionów lat temu? Tak, wtedy w Ziemię uderzyła duża asteroida. Była to katastrofa kosmiczna, która zdarza się raz na wiele, wiele milionów lat. Efekt był lawinowy. Uderzenie wywołało szereg zmian, które doprowadziły do wymarcia wielu gatunków, w tym osławionych dinozaurów. Główną przyczyną był znaczny spadek fotosyntezy, spowodowany zanieczyszczeniem atmosfery pyłami powstałymi od uderzenia obiektu kosmicznego. Rośliny rosły słabo lub wcale, zaczęło więc brakować żywności dla roślinożerców. Gdy zaczęło ich brakować ucierpiały też
inne gatunki i posypał się cały ekosystem lądowy, wraz z dinozaurami. Podobnie w oceanach – zaniknął plankton, bo tak jak rośliny potrzebuje światła, więc załamał się cały łańcuch pokarmowy. Aczkolwiek część gatunków przetrwało, między innymi małe ssaki.

Populacja słoni w Afryce kurczy się w tempie 8% rocznie. Jeśli nic się nie zmieni, w 2025 roku ich liczba zmaleje poniżej 1% naturalnej populacji.

Obecnie trwa szóste masowe wymieranie gatunków. Jednak tym razem – z przykrością trzeba stwierdzić – zawinił homo sapiens, a nie natura. Wpływ człowieka na stan Ziemi jest tak głęboki, że naukowcy uznali, że nasza epoka zasługuje na nową nazwę – antropocen, czyli era człowieka.

Jakie są główne przyczyny zanikania bioróżnorodności?

Ludzkość ingeruje w środowisko, powoduje jego degradację, więc różnorodność biologiczna spada. Głównie chodzi o kaskadę troficzną, a więc łańcuch pokarmowy. Jeśli wytniesz las, to zginą zależne od niego gatunki. Jeśli wyginą na przykład pszczoły, to wyginie spora część roślin, etc. Problem jest bardzo złożony. Ale praprzyczyną tego wszystkiego jest człowiek. Wywołał też globalne ocieplenie, które jest jedną z wielu przyczyn utraty bioróżnorodności. Na razie dość niewielką, ale jego wpływ z roku na rok wrasta.

80% lasów tropikalnych w Azji Pd-Wsch zostało zamienionych w plantacje oleju palmowego. Orangutany są gatunkiem zagrożonym.

Człowiek jest sprawcą fizycznej ingerencji w krajobraz, w ekosystem, przede wszystkim jest to wycinka lasów, ale nie tylko. To też przekształcanie naturalnych łąk w pastwiska na których rośnie trawa, a nie szeroka gama bylin, i wszystkiego co nazywamy chwastami. Ta bogata łąkowa roślinność znika, a wraz z nią znika wiele gatunków zależnych od tych bylin, które akurat rolnikom przeszkadzają. Osuszanie bagien, zapory wodne, kopalnie, które prowadzą do zaniku wód gruntowych. A do tego jeszcze wprowadzamy do środowiska odpady, i to w zastraszających – jak na siedmiomiliardową populację przystało – ilościach. Jeśli tak dalej pójdzie, to faktycznie niedługo to plastik będzie rządzić w oceanach, które do niedawna wydawały się nam nieskończone.

Dlaczego to jest groźne dla człowieka? Najbardziej czarny scenariusz wg Ciebie?

Bo człowiek jest organizmem cudzożywnym. Jako organizmy cudzożywne nie przetrwamy masowego wymierania, owo będzie trwać w najlepsze i nic się nie zmieni. Potrzebujemy wielu gatunków roślin i zwierząt. Bez nich nie będziemy mieli co jeść. Szczególnie ważne są pszczoły, ale też dżdżownice czy owady. Każda część ekosystemu jest w mniejszym czy większym stopniu potrzebna. Główne zasoby ryb morskich zanikają z powodu przełowienia; 33% zasobów ryb morskich w 2015 roku poławia się na poziomie niezrównoważonym; 60%  na maksymalnym poziomie granicznym regeneracji, a zaledwie 7% poniżej tego poziomu. A do tego dochodzi ocieplenie oceanów, co na wiele sposobów uderza w życie morskie. Co będziemy jeść, gdy złowimy ostatnią rybę? Meduzy?

Podwodne lasy, podobnie jak rafy koralowe, są zagrożone wyginięciem. Lukę po tej formacji roślinnej zajmują jeżowce.

Najczarniejszy scenariusz, to ten o którym mówił James Hansen, kiedy emitując CO2 wywołamy taką zmianę klimatu, że wyginie dosłownie wszystko. To scenariusz, w którym nasz klimat przypomina ten na Wenus. Do tego oczywiście nie dojdzie, raczej nie. Tego nie jest pewien do końca nawet sam Hansen, bo nie wiemy, gdzie leży granica. Ale mocno się staramy, by do tego scenariusza doszło. Raczej nie dojdzie, bo nim zdołamy spalić wszystkie paliwa kopalne, globalne ocieplenie wyniszczy światową gospodarkę.

Bardziej prawdopodobny jest scenariusz określany jako PETM 2, czyli sytuacja kiedy ginie grubo ponad połowa gatunków roślin i zwierząt i cywilizacja przestaje istnieć. Poziom oceanów rośnie o 75 metrów, strefy klimatyczne przysuwają się o tysiące kilometrów. Warunki są takie, że na Ziemi będzie mogło istnieć tylko kilkadziesiąt milionów ludzi. To będzie bolesny scenariusz i właśnie do niego zmierzamy prostą drogą, ale możemy go jeszcze uniknąć.

Znaczna część Florydy, w tym Park Narodowy Everglades, jest skrajnie zagrożona – leży poniżej dwóch metrów nad poziomem morza. Na zdjęciu wizualizacja zatopionego przez rosnący poziom oceanów Miami.
Jak byś przekonał tych, którzy wciąż upierają się, że zmiana klimatu czy kryzys bioróżnorodności nie zostały spowodowana gospodarczą działalnością człowieka?

To trudne, bo jeśli komuś pokaże się dane i wykresy, a ten odpowie, że to spisek ekooszołomów, to niestety nie da rady przekonać. Kiedy tylko pojawi się na jakimś portalu internetowym artykuł o zjawisku związanym z globalnym ociepleniem, to 90, czasem 99% komentarzy jest po prostu głupia. Piszą je ludzie, którzy negują naukę. Z nimi nie da się rozmawiać. Da się rozmawiać i da się przekonać jedynie tych, którzy są inteligentni, ale dosłownie. Czyli tych, którzy ze swojego umysłu potrafią korzystać. Bo są ludzie, którzy IQ mają wysokie, a są najzwyczajniej w świecie głupcami. Ignorantami odpornymi na wiedzę naukową dowiedzioną faktami, wynikami pomiarów. Mamy na przykład polityków, którzy zamiast rozwijać odnawialne źródła energii wolą wspierać separatystów z Donbasu, bo węgiel bierzemy niestety także i stamtąd. Jak więc przekonać ludzi, który są inteligentni, mają dobre wykształcenie? Nie wiem. Czy gdyby minister energii i środowiska przyszedł na wykład do Marcina Popkiewicza, zmieniłby zdanie? Hmm. Nie wiem. Fifty fity, tak lub nie.

Mamy wiedzę, ale z niej nie korzystamy. Trudno jest dostrzec problem, jeśli mieszka się w betonowej dżungli, a jedzenie zdobywa się w supermarkecie lub w restauracji. Oczywiście świadomość, nawet w polskim społeczeństwie rośnie. I to mocno, bo na przykład aż 82% wyborców chciałoby, by politycy zajęli się problemem zanieczyszczenia powietrza. Na kogo zagłosują – wkrótce się przekonamy. Ale powiem szczerze, że jestem pesymistą. W Stanach Zjednoczonych jest podobnie, tam ludzie boją się globalnego ocieplenia, ale mimo to emisje CO2 nie maleją. Patrząc na megatrendy, coś to przekonywanie ludzi nie wychodzi. Dlatego jest to trudne, ale nie jest niemożliwe.

Zagrożona wyginięciem fauna Arktyki
Czy ten raport zmieni nastawienie rządów poszczególnych państw do intensyfikacji działań w zakresie ochrony gatunków, zwiększania powierzchni obszarów chronionych? Od tylu lat mówi się o konieczności zmniejszania emisji CO2, a jednak globalnie emisje rosną?

Zależy od państwa i rządu. Tam, gdzie ekologia ma się dobrze, jak na przykład w krajach skandynawskich, to wysiłki zostaną zwiększone. Ale wątpię by zostały podjęte jakieś wielkoskalowe globalne działania. Liczę na działania lokalne. Z pewnością zwiększy się powierzchnia obszarów chronionych. Niektóre gatunki uda się ocalić. Będziemy o nie dbać, jak na przykład czerwone wilki z USA czy nielotne papugi z Nowej Zelandii. Ale generalnie, jestem czarnowidzem. Nie chodzi o to, że u nas w Polsce za 30 lat będzie OZE na poziomie 50%, bo nie będzie. Chyba że faktycznie Robert Biedroń wygra wybory, a Marcin Popkiewicz zostanie ministrem energii. Chodzi o megatrendy, a przykładem jest Paryskie Porozumienie Klimatyczne. Czy coś zmieniło? Nie, nic się nie zmieniło, przecież w 2018 roku mieliśmy nowy rekord emisji CO2 – 37 miliardów ton.

Uważany za przełomowy szczyt klimatyczny z 2015 roku nic nie dał.

Powiem szczerze, że musiałoby się stać naprawdę coś strasznego, by działanie ludzkości się zmieniło. Tyle tylko, że to coś strasznego z punktu widzenia fizyki czy biologii będzie oznaczać, że jest już za późno. Mówiąc półżartem, to przydałby się Thanos i jego Rękawica Nieskończoności. Ale nawet w tym marwelowskim filmie, Thonosowi się sprzeciwili, uznając, że jego rozwiązanie jest złe, i ostatecznie go pokonali. A niestety, może się okazać w przyszłości, że zostaną nam już tylko brutalne rozwiązania.

W swojej książce pt. Odliczanie: ostatnia nadzieja na przyszłość naszej planety? Alan Weismann mówi o tym, że pilnie trzeba się zabrać za kontrolę urodzeń na całym świecie, szczególnie tam gdzie rozrodczość jest największa. Inaczej, jak pisze Wesimann, planeta zajmie się tym problemem za nas, a to nie będzie miłe.

Jeszcze 50 lat temu wilk rudy występował powszechnie głównie we wschodniej, ale też i w południowej, części Stanów Zjednoczonych. Dzisiaj Canis rufus, zwany też wilkiem czerwonym nie ma przestrzeni do życia.
Presja społeczna spowodowała przyjęcie przez brytyjski parlament uchwały o klimatycznym stanie wyjątkowym. Może to jest metoda, aby zmusić rządzących, żeby podjęli odpowiednie działania?

Być może tak, ale oczywiście czas pokaże. Mieliśmy całą gamę rozwiązań. Mamy przecież wiedzę. Problem ocieplenia klimatu czy ekologii nie jest nowością. O ocieplaniu się klimatu amerykańskie władze dowiedziały się już w latach 60-tych XX wieku. Mamy wiedzę i nic z nią nie zrobiliśmy. Dlaczego teraz miałoby być inaczej? Oczywiście w krajach, gdzie podejście jest liberalne, gdzie są już podejmowana działania na rzecz zmiany, to taki raport tylko pomoże. Ale czy sprawdzi się u nas w Polsce, to wątpię. Można mieć nadzieję, ale ostatnich kilkanaście lat pokazuje, że zmiana na lepsze jest mało realna. Rzecz jasna na skalę globalną.

Myślę, że sporo mógłby zdziałać rynek i my jako konsumeci. Skoro mamy sytuację, gdzie koncerny paliwowe wpływają na politykę, prowadzą swoje lobby przeciwko OZE, to musimy zrobić tak, by koncerny zaczęły tracić zyski. Przestańmy jeździć samochodem, tam gdzie się da wprowadźmy transport elektryczny. To co się da wrzućmy na pociągi, w Niemczech zaczęły w ramach eksperymentu jeździć trolej-tiry, czyli tiry zasilaną energią elektryczną z linii napowietrznej, jak trolejbusy czy tramwaje. To są rozwiązania dzięki którym koncerny stracą pieniądze .Widząc co się dzieje, przestaną nęcić rządy, tak jak ma to miejsce w USA. Zaczną się przebranżawiać. To tak naprawdę od nas zależy, ile zarobi Exxon. Zmiana nawyków będzie musiała wywrzeć wpływ na przemysł, ale oczywiście bez ingerencji z góry nie wszystko da się zrobić. Potrzebne są rozwiązania, które nas zachęcą do działania, jak na przykład rozwój kolei, rozbudowa stacji ładujących samochody elektryczne, ścieżki rowerowe, etc.

Delfin baiji z rzeki Jangcy to gatunek wymarły. Morświnów kalifornijskich pozostało 12 sztuk.

W przypadku rolnictwa i degradacji środowiska sprawa wygląda lepiej, wystarczy zmienić dietę, co nas nic nie kosztuje. Wyobraźmy sobie, że wszyscy Polacy nagle przestają jeść mięso, albo zmniejszają jego spożycie o trzy czwarte, traktując je jak przyprawę. Co się stanie w rolnictwie, jak będzie ono wyglądać? Rolnicy będą musieli zmienić swoją produkcję, a więc zmniejszyć lub całkiem zrezygnować z hodowli bydła. Nie będą potrzebne nawet żadne specjalne dopłaty, bo rolnictwo będzie mniej energochłonne niż
jest teraz. W takiej sytuacji nie pomoże krowie 500+. Owszem, nie musimy rezygnować całkiem z hodowli krów czy kur. Nie musimy być weganami, którzy nie piją mleka czy nie jedzą sera i jajek. Ale już samo zmniejszenie o trzy czwarte spożywanego mięsa, zrobiłoby w rolnictwie wielką rewolucje. Jej skutki pozytywnie odczułaby przyroda.

Wiele też zależy od nas samych, nie tylko od samych władz, choć bez ich wsparcia nie wszystko da się zrobić. Pod tym względem mogę sobie pozwolić na jakąś dozę optymizmu.

Dziękuję za rozmowę!

REO POLECA

AUSTRALIA: Upały sieją spustoszenie – rybom brakuje tlenu, nietoperze padają jak muchy