Jakub Dymek: Techno-partie i ich wrogowie

Gigantów technologicznych nie lubimy tak samo, jak partii politycznych - wynika z tekstu Johna Herrmana dla New York Timesa. Komentuje Jakub Dymek.

Burzliwy rok 2017 nie był grabarzem wielkich narracji. Przeciwnie, nie było dawno roku, który rozochociłby tak wiele osób, by spróbowały zasiać swoje pomysły na użyźnionej glebie nowych sporów. Mieliśmy więc i narodziny Trumpizmu i zmierzch liberalnej demokracji, wrócił postmodernizm (i się zemścił), wyobraźnią rządziła postprawda. Krytyk technologii John Herrman, piszący dla New York Timesa dopisuje do tej listy kiełkujących idei jeszcze jedną. W 2017 doczekaliśmy się technomoralnej paniki. I to, że na nowo boimy się technologii, ma niemało wspólnego z tym, że boimy się nieprzewidywalnej i bezlitosnej polityki.

Polityczne zawirowania, co oczywiste, tworzą cieplarniane warunki dla wszelkiego rodzaju społecznych histerii i panik. Wygrana nielubianego kandydata czy partii sprzyja rozkwitaniu teorii spiskowych, przedłużające się kryzysy lub okresy stagnacji sprzyjają myśleniu magicznemu, zabobonnemu, parareligijnemu. Herrman sugeruje, że nie powinno zatem dziwić, że przynajmniej część niezadowolenia społecznego zwróciło się w 2017 r. przeciwko technologiom. Wszak sugestie leżały wręcz na ziemi: szefowie Facebooka sami przyznają, że w trakcie amerykańskich wyborów ich platforma była wykorzystywana do mało szczytnych celów, Google obiecuje walkę z fałszywymi wiadomościami, w tle czai się widmo złowrogich hakerów i zagrożenie cyberwojną.

Zrzucenie winy za całe globalne zamieszanie na polityczne boty na Twitterze i trolli staje się naturalnym mechanizmem obronnym.

Nieprzejrzystość technologii informacyjnych – kto tak naprawdę wie, jak działają te algorytmy? – tylko wzmacnia związane z nimi podejrzenia. Zrzucenie winy za całe globalne zamieszanie na polityczne boty na Twitterze i trolli, rosyjskich hakerów, fałszywe wiadomości i hejt staje się naturalnym, nawet jeśli nieco powierzchownym, mechanizmem obronnym.

Jednak paniki moralne są cykliczne, wybuchy euforii i następujący po nich sceptycyzm związany z nowymi technologiami również. Czym nowym miałaby być panika technomoralna, jaką w 2017 roku zaobserwował Herrman?

Zmiana polega na tym, że idee postępu i technologicznej nowoczesności jest dziś łatwo kontestować, bo utożsamiono je z kilkoma zaledwie quasi-monopolistycznymi korporacjami: Facebookiem, Google’m, Twitterem. Współcześni giganci technologiczni, jak XIX wieczni przemysłowcy, są czymś więcej niż symptomem postępu – określają jego parametry, narzucają standardy, wcielają w rzeczywistość i przejmują na wyłączność. Zmieniają postęp z czegoś, co ujawnia się nieubłaganie z upływem czasu w coś, co robi się nam, dla powodów poza nasza kontrolą, niepokojąco i nagle przekazaną komuś innemu.

To jakościowa zmiana: nie każdy, kto miał złe doświadczenia z samochodem albo tosterem konkretnej marki stawał się przeciwnikiem motoryzacji lub urządzeń AGD. Gdy nowe technologie stają się tożsame z Facebookiem, Google’m i Amazonem, każdy rozczarowany lub podejrzliwy użytkownik staje się potencjalnie technosceptykiem. Na współczesne technologie wprowadzane przez (głównie) amerykańskie korporacje – sugeruje Herrman – patrzymy jak na byty polityczne.

Faceboooka może nienawidzić – z różnych powodów, choć równie mocno – prawica i lewica.

Ta analogia ma niemało sensu – nikt nie zwątpił w motoryzację, gdy raz zepsuł się mu samochód, ale nie brakuje takich, którzy po politycznym zawodzie bezpowrotnie utracili wiarę w partie, państwo i instytucje jako takie. Poczucie braku wpływu, kontroli, sensownych kanałów uczestnictwa, prowadzące do rozczarowania i cynizmu, jakie budzą u części użytkowników nowe technologie komunikacyjne, są całkiem podobne do rozczarowania dysfunkcyjną demokracją. Zresztą, czy nie to nam obiecywano – nową, demokratyczną, gwarantującą równy udział sferę publiczną?

Dlatego, twierdzi autor New York Timesa, możemy mówić o panice technomoralnej – w równym stopniu dotyczy ona bowiem tego, jak odnosimy się do technologii, jak i co uważamy za prawdziwe, dobre, pożyteczne i słuszne. Faceboooka może nienawidzić – z różnych powodów, choć równie mocno – prawica i lewica. Dla jednych będzie to oaza liberalizmu, domena politycznej poprawności i narzędzie wynaradawiającej globalizacji. Dla drugich kolebka nienawiści, nieuregulowana żadnymi standardami arena wyniszczającej językowej wojny, a do tego maszyna do zarabiania korporacyjnych pieniędzy.

Problem dla jednych i drugich pozostaje ten sam: złość, nawet uzasadniona, na Facebooka, niewiele załatwia. Prowadzi do większej nieufności w ogóle – bo alternatywy są ograniczone, a zmonopolizowana przez korporacje przestrzeń nowych technologii zdaje się systemem coraz bardziej domkniętym.

Zamiast akcji bezpośredniej i walki o zmianę nieuczciwych standardów mamy moralizatorstwo i narzekactwo, rozczarowanie i cynizm.

Jak to w tekście o obawach związanych z technologią, nie może zabraknąć obowiązkowego odwołania do luddystów – XIX-wiecznych zrewoltowanych angielskich rzemieślników robotników, którzy w trakcie strajków niszczyli maszyny tkackie. Herrer przypomina, że luddyści są ruchem mocno zmitologizowanym (jak i dlaczego, to temat na osobny tekst) – nie byli szaleńcami wrogimi postępowi jako takiemu, ale elementem gwałtownego buntu społecznego. Protestowali przeciwko temu, co uważali za oszustwo i obchodzenie zasad przez właścicieli przędzalni – i mieli konkretne postulaty, by temu zapobiec.

Technomoralna panika – o ile rzeczywiście istnieje – przynosi zatem dwa wnioski. Jeden naprawdę pesymistyczny, drugi raczej optymistyczny. W jakimś sensie jesteśmy, jeśli poddajemy się panice technomoralnej, daleko w tyle za XIX-wiecznymi luddystami. Zamiast akcji bezpośredniej i walki o zmianę nieuczciwych standardów mamy moralizatorstwo i narzekactwo, rozczarowanie i cynizm. Wszystkie z nich dają o sobie znać zresztą za pomocą tych samych platform – Facebooka czy Twittera – na które narzekamy. Drugi wniosek jednak jest taki, że gwałtowny, krwawy i ostatecznie stłumiony bunt luddystów przyniósł w końcu społeczną zmianę, zainspirował związki zawodowe i partie robotnicze, inspirował przez kolejne dekady krytykę społeczną.

To jest ten, nawet jeśli ograniczony, dobry wniosek.