Krzysztof Woźniak: Te „diabelskie” auta elektryczne

Czyli o EV słów kilka.

Jeżeli prowadzi się jakąkolwiek stronę o motoryzacji, to jest jeden prosty i skuteczny sposób na zdobycie większej uwagi i nabicie sobie licznika komentarzy. Otóż wystarczy napisać cokolwiek o jakimkolwiek samochodzie elektrycznym.

Dowiemy się wtedy wielu rzeczy. A to, że są bez sensu. A to, że są za drogie. A to, że jak samochód nie wydaje dźwięku, to znaczy, że jest do niczego. I wiele, wiele innych. I chociaż z każdym dniem przybywa ludzi, którzy mają do takich aut stosunek neutralny bądź pozytywny, to i tak jest ogromna rzesza osób, które na widok pojazdu zasilanego na prąd chcą ruszyć na krucjatę. Dlatego też najważniejszym zadaniem wszystkich producentów samochodów jest przekonanie masowego konsumenta, że samochody elektryczne nie są dziełem Szatana.

W debacie o autach elektrycznych, które będę nazywał elektrykami, aby było łatwiej, praktycznie zawsze muszą się pojawić dwa koronne argumenty.

Dlaczego elektryki (niby) są złe?
Po pierwsze: auta elektryczne mają za mały zasięg. Fakt, jeszcze do niedawna elektryki kojarzyły się z tym, że co 50 kilometrów trzeba je będzie ładować. Tylko, że nie jesteśmy już w 2010, a w 2018 roku.

najchętniej kupowany samochód elektryczny w Europie jest w stanie przejechać na w pełni naładowanej baterii do 240 kilometrów.

Renault ZOE, najchętniej kupowany samochód elektryczny w Europie (czym dumnie chwali się producent), w swojej podstawowej wersji jest w stanie przejechać na w pełni naładowanej baterii do 240 kilometrów (według standardu NEDC). Problemem jest jednak mała sieć ładowarek. To ma się zmienić do 2020 roku (przynajmniej w naszym kraju). Według projektu ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych, właśnie do 2020 roku ma powstać około sześć tysięcy punktów ładowania samochodów elektrycznych. Dla porównania obecnie mamy 6624 stacji benzynowych na terenie całego kraju, co przy prawie 420 tysiącach kilometrów dróg (także gruntowych) daje jedną stację co średnio 63,1 kilometry.

Po drugie: niby te samochody elektryczne takie ekologiczne, ale co z bateriami? Na dodatek skądś ten prąd się bierze. Faktycznie, kwestia baterii jest dosyć kontrowersyjna i wielokrotnie stawiana jako argument stanowiący o tym, że w sumie to auta spalinowe są bardziej eko, bo kwestia baterii w elektrykach absolutnie przebija kwestię emisji spalin z benzyny.

Ze względu na swoją specyfikę, samochody elektryczne mają bardzo szybkie przyśpieszenie.

W 2016 roku w Malezji przeprowadzono badanie w tej kwestii. Wykazano, że samochód w pełni elektryczny może być przyczyną powstania 5791 kilogramów CO2 podczas jego produkcji, kiedy zwykłe auto spalinowe tylko 4166 kilogramów. Jeżeli jednak chodzi o produkcję podczas cyklu eksploatacyjnego, to samochody elektryczne mają przewagę nad tymi całkowicie spalinowymi. Natomiast kwestia prądu jest już zależna tylko i wyłącznie od polityki energetycznej państwa. W 2012 roku, według danych z Poland Energy Report, 88% wytworzonej w Polsce energii elektrycznej powstało z węgla. To oznacza, że są duże szanse, że nasz samochód będzie zasilany pośrednio właśnie przez węgiel, zwłaszcza, jeżeli ładujemy domowo, a nie za pomocą stacji ładowania, gdzie pojawiają się już panele słoneczne czy nawet mini wiatraki generujące prąd.

Jak zmiękczyć serce z benzyny?
Jest jedna rzecz, która potrafi ugodzić nawet zatwardziałych petrolheadów. Ze względu na swoją specyfikę, samochody elektryczne mają bardzo szybkie przyśpieszenie. W internecie można znaleźć klip z pewnego programu motoryzacyjnego, gdzie prezenterzy testowali w wyścigu w linii prostej trzy auta: spalinowe Audi R8, hybrydową Hondę NSX oraz w pełni elektrycznego Rimaca Concept One, który to zostawił swoich rywali daleko, daleko w tyle. Jasne, Rimac ma dużo większą moc (producent mówi o 1224 koniach mechanicznych) i jest dużo droższy (1,2 miliona dolarów vs 165 tysięcy za Audi R8 w wersji podstawowej), więc taki rezultat w sumie nie powinien dziwić, a nawet wydaje się logiczny. Jednak co powiedzieć na to, że wspomniane Audi R8 potrafi przegrać w linii prostej z Teslą Model X, siedmioosobowym SUVem?

Parę lat temu synonimami auta elektrycznego była brzydka jak noc Toyota Prius i wadliwa Tesla Roadster. Wolne, ociężałe i mało atrakcyjne. Tymczasem Elon Musk, założyciel Tesli, zapowiada odważnie, że nowa wersja Roadstera będzie najszybszym produkcyjnym autem na świecie i to na dodatek przy zasięgu sięgającym tysiąca kilometrów na jednym ładowaniu. Produkcja nowej Tesli Roadster ma się zacząć w 2020. To właśnie tym da się wygrać bitwę o serca użytkowników dróg. Jasne, ochrona środowiska jest ważna, komfort podróży też, ale i tak dla wielu osób kluczem jest prędkość. Jak szybko będę mógł przemieścić się z punktu A do punktu B. W tej dziedzinie elektryki powoli wysuwają się na prowadzenie, zwłaszcza, kiedy mówimy o autach dla zwykłych, szarych kierowców, którzy wybiorą Teslę Model X, bo mają dużą rodzinę, ale będą mogli mieć satysfakcję, że na światłach pokonali kogoś w supersamochodzie jakim jest Audi R8.