📻Paweł Sito, Dorota M. Zielińska: Przewalone wiatraki

Metoda na wnuczka to przeżytek. Na matkę z córką – to dopiero numer!

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu artykułu na podcaście. Czyta Bożena Sitek:


fot. pixabay.com

Umowa biznesowa ma wtedy sens, kiedy jest wygraną dla obydwu stron. Zawierając ją zakłada się, że partner działa w dobrej wierze, czyli nie jest jego celem wystrychnięcie drugiej strony na dudka. Jeśli jednak tak się wydarzy, do gry wkracza arbitraż i sądy.

1. Wprowadzenie z humorem
Był kiedyś taki dowcip rysunkowy. Jegomość w muzeum potwierdza kiwająco głową, jaka jest odległość w latach świetlnych do którejś tam z galaktyk, ale już na drugim rysunku ten sam obywatel, widząc na ławce kartkę: Świeżo malowane!, musi sprawdzić własnym palcem, czy tak rzeczywiście jest. Znacie to?

Bywa często, że skala tematu przerasta nas, zwykłych podatników / wyborców / gości muzeów i parkowych spacerowiczów. Że umiemy współczuć komuś, komu ukradziono dziesięć złotych z kieszeni w tramwaju. Ale już ze zrozumieniem sytuacji przewału na setki milionów złotych czy dolarów możemy mieć kłopot. Bo dychę zaiwanić mogą i nam, ale już większość czytelników REO – jak nam się wydaje – nie dysponuje tymi większymi sumami. A, umówmy się, są one ciekawszym kąskiem do pokuszenia się niż papierek w spodniach (nie nosić w tylnych kieszeniach!). I nieważne, że często mowa o wspólnym kapitale iluś firm, w znacznej części pobranym na bankowy kredyt…

Nie mamy ambicji, Czytelniku Drogi, namawiać Cię, byś wyobrażał sobie, że chciałeś czystego powietrza w Polsce, więc zainwestowałeś dorobek życia w instalacje wiatrowej energetyki. Nie musisz przeliczać sobie tych lat świetlnych na kilometrówkę. Wyobrażać sobie, jak państwo przez ni pies to, ni wydra giełdową spółkę, pozbawiło Ciebie, twoich pracowników, partnerów biznesowych z kraju i zza granicy niewyobrażalnych kwot. Które teraz, mało, że do Ciebie nie wrócą to jeszcze – jak to zwyczajowo bywa – wrócić powinny  z odsetkami do kredytodawcy, skoro z zakładanej formy biznesu nici. Zostawmy więc galaktyki, zostawmy wyższą matematykę, przenieśmy się z tych obrazków na inne. Zobaczmy na dwóch przykładach z innych branż, na czym polega przekręt na matkę z córką. Metoda na wnuczka, o której tak często tak głośno, to przy nich jak dycha przy miliardzie.

2. Matka z córką w telefonii
Wyobraź sobie, że dostajesz atrakcyjną ofertę od operatora telefonii komórkowej. Otrzymasz najnowszy model iPhona, za który zapłacisz wprawdzie tyle, ile wynosi jego wartość rynkowa, ale w dwuletnich ratach. Gdzie atrakcja? Dostaniesz też supertani abonament na okres pięciu lat. Twój zysk to tak naprawdę przyzerowa opłata, powiedzmy 10 zł miesięcznie. Oczywiście w umowie jest klauzula, że w przypadku odstąpienia musisz zapłacić różnicę pomiędzy 10 a np. 50-złotowym abonamentem na moment odstąpienia. Na czym polega haczyk? Otóż umowa zawarta jest nie z operatorem, ale z należącą do niego w 100% spółką-córką.

Upadają firmy, które inwestycje w elektrownie wiatrowe zabezpieczyły umową ze spółką-córką grupy Tauron.

Po dwóch latach operator likwiduje spółkę-córkę i zawiadamia cię, że w związku z tym musisz płacić przez kolejne trzy lata abonament w wysokości 50 zł. Albo idź do diabła. Właściciel spółki-córki nie przejmuje jej zobowiązań, tylko oferuje takie warunki, jak większość innych operatorów na rynku. Twój iPhone nie ma już po dwóch latach tej wartości, jaką zaakceptowałeś, licząc na pięć lat tanich rozmów. Czy czujesz się oszukany? Niby dlaczego – w końcu z własnej woli podjąłeś to 5-letnie ryzyko.


3. Matka z córką w branży do zrewolucjonizowania
Wyobraź sobie teraz inną sytuację. Jesteś pracownikiem spółki-córki firmy, do której poszedłeś pracować zwiedziony hasłami o budowie nowego, lepszego oblicza tego sektora. Właściwie to jest was dwa tysiące pracowników, wszyscy zatrudnieni na umowę-zlecenie. Firma-matka sprzedaje spółkę-córkę za symboliczną kwotę 10 tys. zł. Symboliczną, bo jakoś trudno sądzić, że zatrudniająca dwa tysiące pracowników firma jest tylko tyle warta. Jednak nowy właściciel ogłasza jej upadłość. Stary właściciel wypłaca ci nagrodę pocieszenia, jałmużnę – dostajesz 1000 zł na święta. Jak się czujesz? Do kogo masz pretensje, jeśli w ogóle? Podlegasz przecież grze rynkowej w granicach prawa, usłyszysz.

4. Matka z córką w państwowej energetyce. To o nich jest ta opowieść
A co, jeżeli umowa zawarta przez spółkę-córkę dotyczy firmy, która nie jest jej klientem ani pracownikiem? Czy taka firma ma prawo mieć większe zaufanie do spółki-córki, za którą stoi potężny kapitałowo właściciel? Co, jeżeli zawrze z nią wieloletni, np. 15-letni kontrakt, który po pięciu latach może wyrzucić do kosza, bo właściciel postanowił dokonać córobójstwa bez przejęcia zobowiązań likwidowanej spółki? Co, jeśli na bazie tego kontraktu firma zainwestowała miliony? Czy ma prawo czuć się oszukana?

W energetyce biznes robi się w perspektywie nastu albo i dziesiątek lat.

To właśnie tego typu sytuacja miała miejsce, kiedy zawarte zostały umowy pomiędzy spółką-córką należącą do grupy kapitałowej Tauron a firmami, które kilka lat temu zdecydowały się zainwestować w elektrownie wiatrowe w Polsce. Jak przypomina serwis energetyka24, kiedy w 2010 roku spółki powiązane z firmą Invenergy negocjowały umowę z Tauronem, ten nalegał, by umowa została zawarta ze spółką-córką całkowicie od niego zależną: Polską Energią – Pierwszą Kampanią Handlową (PE-PKH).



REO WYPATRUJE JASKÓŁEK
Po latach niechęci ze strony polityków i największych polskich firm energetycznych do odnawialnych źródeł energii pojawiają się pierwsze jaskółki, miejmy nadzieję, zwiastujące wiosnę: nowelizacja ustawy o OZE, plany wobec wiatraków na morzu i źródeł gazowych, przeciwdziałanie smogowi, elektromobilność.

Jak sygnalizuje nasz publicysta Leszek Kadej Coś drgnęło.
A to może wyjść nam tylko na dobre.
www.reo.pl/leszek-kadej-cos-drgnelo/



Żeby dobrze zrozumieć, co się stało: trzeba wiedzieć, że w energetyce biznes robi się w perspektywie nastu albo i dziesiątek lat. Wytwarzanie energii, także tej wiatrowej, wymaga wielomilionowych nakładów. Zasadniczo nikt nie podejmuje się takich inwestycji, nie mając zabezpieczenia w postaci odbioru energii po cenach gwarantujących jej opłacalność. Tutaj gwarantem była spółka-córka skarbu państwa Tauron, która zobowiązała się odkupywać od swojego partnera biznesowego świadectwa pochodzenia (tzw. zielone certyfikaty), wydawane przez regulatora rynku producentom energii ze źródeł odnawialnych.

5. Historia trudna do łatwego wyjaśnienia. W razie czego przeczytaj drugi raz!
W tej historii ważna jest rola regulatora rynku, bo to on określa, ile takich świadectw musi w danym roku przedstawić do umorzenia każdy producent energii. Jeśli nie wytwarza sam zielonej energii, może kupić je od kogoś, kto ją wytwarza bądź też nabyć je na giełdzie energii. Zbyt duża podaż (czyli, ile ich jest w obiegu) prowadzi do spadku cen, a podaż zależy od, kreowanego przez administrację rządową, systemu.

Z powodu zaniedbań operatora rynku ceny zielonych certyfikatów na giełdzie załamały się.

Spółka-córka Tauronu zobowiązała się kupować zielone certyfikaty po stałej cenie, zagwarantowanej na okres 15 lat, od inwestorów w farmy wiatrowe. Co ciekawe, cena ta była na tyle korzystna wobec giełdowej, że spółka-córka odsprzedawała je Tauronowi z zyskiem. Inwestorzy wyłożyli grube miliony, świadectwa pochodzenia energii sprzedawali spółce-córce po ustalonej cenie i – przez chwilę – wydawało się, że – jak w każdej umowie biznesowej – wszyscy są wygrani. Win-win.

Jednak z powodu zaniedbań administracji, w tym złej polityki państwa w tej dziedzinie, ceny zielonych certyfikatów, czyli świadectw pochodzenia, na giełdzie załamały się. O tym, jak do tego doszło wyjaśnia szczegółowo Tomasz Podgajniak w wywiadzie udzielonym REO. Co zrobił Tauron, kiedy ceny zielonych certyfikatów na giełdzie spadły poniżej gwarantowanej w umowie ze spółką-córką stawki? Zlikwidował ją. Tak, własną córkę! Nie giełdę. Ale po przykładach z punktów 2. i 3. czytanego właśnie tekstu, nie robi to już na Tobie większego wrażenia. Bo czy miał takie prawo? Miał. Czy inwestorzy, którzy jej zaufali ponieśli straty? Ponieśli. Kto więc zawinił? Tauron czy państwo? Anglicy odpowiedzieliby: both. Polacy, że ręka rękę myje…

zależną: Polską Energią – Pierwszą Kampanią Handlową (PE-PKH).



Państwo przeciwko OZE
W 2017 roku tzw. „Lex Energa”, czyli nowelizacja ustawy o OZE, wprowadziła powiązanie wysokości jednostkowej opłaty zastępczej z rynkowymi cenami zielonych certyfikatów. Opłata zastępcza stanowi alternatywną możliwość wywiązania się z obowiązku udziału energii z OZE w całkowitym zużyciu energii elektrycznej przez przedsiębiorstwa.
Co więcej, Minister Energii mając odpowiednią delegację w ustawie o OZE, obniżył poziomy obowiązku udziału zużywanej energii ze źródeł odnawialnych w 2017 i w 2018 roku.
Tym sposobem rozwiązania systemowe nie tylko zahamowały rozwój nowych źródeł OZE, ale prowadzą do upadłości istniejących instalacji.



Na dzisiaj mamy sprawy sądowe. Pozew przeciwko Tauronowi wytoczył amerykański inwestor. To Invenergy. Gigant energii opartej na źródłach odnawialnych (OZE) – prowadzący wraz ze swoją rodziną spółek ponad 10 olbrzymich projektów energetycznych (głównie wykorzystujących słońce i wiatr) na całym swiecie. Na podstawie umów ze spółką-córką zainwestował wraz z polskimi partnerami w budowę farm wiatrowych w Polsce. Swoje straty szacuje na 1,2 miliarda złotych. To nie jest banknot z tylnej kieszeni w sytuacji z tramwaju! A Amerykanie to niejedyni nabrani w historii opartej na metodzie na matkę z córką. W podobnej sytuacji znalazły się polskie spółki-siostry Amon i Talia związane ze spółką-matką Polenergią. Wniosły pozwy przeciwko Tauronowi odpowiednio o 205 mln zł oraz o 138 mln zł. Przeliczanie lat świetlnych na kilometry z Wprowadzenia z humorem to, jak już ustaliliśmy, matematyka na wyższym poziomie. Ale już dodanie do miliarda i dwustu milionów jeszcze dwustu i kolejnych stu czterdziestu jest do przeprowadzenia przez każdego z nas. Wynik brzmi: dużo. Bardzo dużo! Kto za to zapłaci? Wszystko wskazuje na to, że Pan, Pani, społeczeństwo…  

 wzrosło ryzyko niewykonania przez polskę celu 15% udziału OZE w finalnej konsumpcji energii.

Czy firmy, które zainwestowały w farmy wiatrowe ca 10 lat temu są ofiarami planowego działania? Czy Tauron skierował je do swojej spółki-córki w dobrej wierze? W jakim stopniu odpowiedzialność ponoszą politycy i regulator rynku? Czy odpowiedź zna wiatr, wiejący poprzez świat, czy odpowiedź zna, Czytelniku Drogi, tylko wiatr?

6. Prosty zabieg pobudzający zainteresowanie. Wprowadzenie wątku wojny na zabój, między partiami: PiS i PO, w każdej polskiej sprawie. Czy rzeczywiście w każdej?
A tu ciekawostka, skoro już jesteśmy na styku gospodarki z polityką. Czy sądzisz, Czytelniku Drogi, że artykuł ten jest niewybrednym atakiem na słuszną linię ekonomiczną sprawującej władzę w kraju od 25 października 2015 roku prawicowej koalicji z Prawem i Sprawiedliwością na czele? Ha! Jeszcze raz powtórzmy: to historia wydarzeń sprzed 10 lat! Platforma Obywatelska, do – nomen omen – spółki z PSL, przy władzy. A w spółkach skarbu państwa, a więc i w rodzinie państwa Tauronów (matka z córką) nominanci ówczesnej koalicji. 25 października 2015  nowa, PiS-owska władza obejmuje władzę. Także w spółkach (np. Tauron) i służbach specjalnych. Ale o praktykach poprzedników, tym razem, jakoś prawicowego krzyku nie słychać.

Taka to ciekawa, polityczna strona, jakże nieciekawej, gospodarczej historii. Półtora miliarda do zapłacenia i jakoś afery w mediach nie ma! Upieczony przez PO klops, który dla PiS jest niczym kaszka z mleczkiem… Nie to, co kiełbasa! Tak, ta słynna! Ukradziona, swojego czasu, przez nie do końca wysokiego sędziego! Ta to się nadaje do krwawej medialnej jatki w studiu TV, niczym w masarni. To jest – i to ile czasu ciągnięty – temat dla polskich newsów! Bo kiełbasa jest bardziej sexy. Bliżej ludzkich spraw niż świadectwa pochodzenia. Podobnie jak te 10 zł w tramwaju.

7. W odmienności do Wprowadzenia z humorem – akapit końcowy zupełnie nie do śmiechu.
W raporcie Polskiej Izby Gospodarczej Energetyki Odnawialnej i Rozproszonej (PIGEOR) z marca 2018 roku czytamy: Sytuacja jest dramatyczna. Inwestorzy liczą się z koniecznością ogłaszania upadłości. W styczniu 2018 roku podano do wiadomości publicznej informacje o postępowaniu upadłościowym, gdzie przejęcie urządzeń, bez długów upadającej farmy, ma nastąpić za ok. 10% ich wartości początkowej. Sprawa ta już wywołuje reperkusje – wycofanie się z Polski ważnego inwestora (grupa BMW). Wkrótce można się spodziewać następnych bankructw. Stracą na tym inwestorzy, banki, fundusze inwestycyjne, a w konsekwencji Państwo i całe społeczeństwo. Wszystko to oznacza też zejście ze „ścieżki realizacji” celów pakietu klimatyczno-energetycznego UE na 2020 roku. Po raz pierwszy od 2010 roku wzrosło ryzyko niewykonania celu 15% udziału OZE w finalnej konsumpcji energii. Uświadommy sobie, co czytamy: za włożone w przedsięwzięcie z Tauronem setki milionów złotych przepadnie – bagatela – 90%!

 


Działania Tauronu nie są odosobnione, farmy wiatrowe mają także problemy z innymi koncernami, z którymi zawarły długoterminowe umowy na sprzedaż zielonych certyfikatów. Energa przyjęła inną strategię, a mianowicie we wrześniu 2017 r. uznała jednostronnie, że wszystkie umowy tego rodzaju, zawarte w latach 2007–2013, są nieważne, ponieważ zostały zawarte z naruszeniem przepisów ustawy o zamówieniach publicznych. Energa stwierdziła to jednostronnie wobec 150 kontrahentów, po czym w przypadku 22 firm skierowała pozwy o sądowe stwierdzenie nieważności. Sprawy obecnie toczą się w sądach i trybunałach arbitrażowych.


 

Ale to jeszcze nie wszystko. Wbrew pozorom, wbrew temu, co opisujemy, kraj nasz nie jest autarkią działającą niezależnie od reszt świata. Władza państwa musi pamiętać, że jest  członkiem UE. Jeśli Polska nie wywiąże się z zobowiązań unijnych, będziemy to zawdzięczać narodowym – pożal się Boże – czebolom, które przy wsparciu rządzących, uparcie trzymają się energetyki opartej na węglu. Wbrew zdrowiu i życiu własnych obywateli, wbrew ekonomii, wbrew stanowi planety, wbrew światowym megatrendom. Do sumy półtora miliarda Pan, Pani, społeczeństwo dosypie jeszcze słono. A co, nie stać nas? Może jakiś dodatkowy podatek, dla dużo i średnio zarabiających się stworzy? Wygodne by to było, bo poszczułoby się na pozarządowy sektor OZE, że to przez nich trzeba płacić, bo to ludzie bez krawatów, często i niezwykle awanturujący się.

A wiesz, Czytelniku Drogi (w znaczeniu osobo czytająca – wyjaśnijmy na końcu, by uniknąć argumentu – A wy segregujecie płciowo!), co w tym wszystkim najbardziej zadziwiającego? Nie to, że wszystkiego tego można było uniknąć. Różnych rzeczy – umówmy się – uniknąć było można, ale mądry Polak po szkodzie. Sensacja prawdziwa brzmi: To nadal, w dużej mierze, jest do odkręcenia! Ale kto by tam sobie głowę wiatrakami zawracał. Kiełbasę wyborczą kręcić trzeba. I kasę?