Siedem ekoprzykazań. Dla natury

Świadomość, że Zachariasz bierze ze mnie przykład stawia mnie do pionu.

fot. Kaja Hrynek

Świadomość, że Zachariasz bierze ze mnie przykład stawia mnie do pionu. Dla niego każdy mój ruch ma znaczenie, identycznie jak dla natury. Każde zaniedbanie teraz, będzie miało skutki w przyszłości. Nie ma wyjątków i odstępstw od reguły. Konsekwencja popłaca, wchodzi w krew i generuje zdumiewające rezultaty.

Uwielbiam zupę ogórkową mojej Mamy. Żadna inna nie smakuje tak dobrze. Moje ulubione ciasto to murzynek. Jak byłam mała, mama piekła je co tydzień. Generalnie lubię jeść, bo u nas w domu się nie wybrzydzało. Zjadaliśmy wszystko z talerzy i rośliśmy zdrowo. Tak mi zostało. Zjadam. Dzięki Mamo, że nie jestem niejadkiem.

Dzięki Mamo, że nie jestem… brudasem, że nie śmiecę i dbam o otoczenie. Zarówno o ludzi, jak i o środowisko. Kiedyś wydawało mi się to banałem i kompletnie nie zwracałam uwagi na to, że proekologiczna postawa to coś wartościowego, co jakimś cudem mam. Ufffff.

Choć całkowicie idealna w tej kwestii nie jestem. Oj, Mamo, nie ogarnęłaś wszystkiego. No tak, ale to były inne czasy… Wybaczam. Teraz czas na mnie. Uczę się codziennej ekologii sama. Uczę jej Zachariasza.

Jedno jest pewne – nawyki wynosimy z domu. I te dobre, i te złe.

Idealnie by było kupować tylko produkty ekologiczne, biodegradowalne, nie marnować jedzenia, wody ani prądu, segregować śmieci i chodzić do skupów – makulatury, puszek i butelek. Niestety, sytuacje idealne nie istnieją. Co gorsze, ogrom pracy, którą należy włożyć w dbanie o przyrodę, wielu zniechęca. Ekojedzenie jest drogie, a w domu nie ma miejsca na kilka śmietników na różne rodzaje odpadów. A bezmyślne mycie zębów przy odkręconym kranie? Grrrrr, tu na szczęście aż mnie telepie na sam dźwięk lecącej na darmo wody. Nie jest więc ze mną aż tak źle.

Choć chciałabym przenosić góry i uleczyć świat, już wiem, że się nie da. Już wiem, że rozwiązanie i lepsza przyszłość, to małe kroczki i praca u podstaw. Już wiem, że mój syn jest moim lustrem, więc dbam o ten kryształ. Kreuję dobre nawyki, zauważam najdrobniejsze gesty, pochwalam inicjatywę.

Oto lista małych kroków, które nie kosztują NIC. Oto sytuacje, które nie zmniejszają komfortu życia, nie zajmują czasu, a jednocześnie pomagają dbać o to, co po nas zostanie. Oto jak zacząć dbać o to, co zostawimy Zachariaszowi i co Zachariasz zostawi swoim wnukom.

Po pierwsze woda. Nie wiem skąd mi się to wzięło. Mam obsesję na punkcie mycia zębów. Myję je kilkanaście razy dziennie. Bez względu na to, ile razy zdarza ci się to robić (polecam po każdym jedzeniu 😉 ), podczas szczotkowania woda nie musi lecieć do umywalki. Wydaje się wam to oczywiste? Uwierzcie mi – nie jest. Codziennie w domu choć raz upominam kogoś znudzonym tonem, wołając – Woooodaaaaa! Zwyczajnie nie mieści mi się w głowie, że naprawdę można o tym nie pamiętać. Ja za to nie pamiętam, kiedy zaczęłam wodę zakręcać. Fajnie, że ktoś kiedyś zaszczepił mi ten dobry nawyk.

Druga sprawa – siatki na zakupy. Zawsze jedną mam w mojej przepastnej torbie, a drugą w samochodzie. Teraz w sklepach płaci się za foliówki, więc to też jest dobra motywacja do nienabywania kolejnej toksycznej siateczki. Idziesz do sklepu z własną torbą, wyjmujesz z kieszeni, pakujesz zakupy. Proste. Jedyne, o czym trzeba pamiętać, to ponowne umieszczenie jej w samochodzie po rozpakowaniu zakupów. Zdaje się, że nie jest to nadludzki wysiłek, nieprawdaż?

Prąd. Po pierwsze, wyjmuję ładowarki z kontaktu. Na szczęście piszczą, więc ten irytujący dźwięk przypomina o tym, żeby je odłączyć. Mam dobry słuch. Słyszę wszystko, co w różnych innych rodzinnych sytuacjach bywa uciążliwe 😉 Marzę też o tym, żeby wyłączać wi-fi na noc, a także gdy wychodzimy z domu. Przemawia do mnie szczególnie fakt, że te wszystkie urządzenia emitują szkodliwe fale, promienie i wcale nie dodają nam zdrowia. Gdy śpimy, a blisko głowy ładuje się telefon, odpoczywamy gorzej i mniej. Nie chcę takiego obciążenia serwować mojemu synowi. Wyłączam. Nie mieszkamy jednak sami. Świadomość trzeba obudzić we wszystkich domownikach. To bywa najtrudniejsze.

Światło. Tu jest pewna trudność, bo czasem w domu jest po prostu ciemno. Szczególnie w pochmurne wiosenne dni. Nie chodzi przecież o to, żeby czytać przy świecy, choć ma to niezaprzeczalny urok. Znam umiar, ale sztuczne światło jakoś mnie denerwuje. Zdecydowanie wolę naturalne lub półmrok. Uczę tego Zachariasza. On lubi jak jest jasno i notorycznie zapala w domu wszystkie światła. Rozumiem to, ale uczę go, że nie jest to potrzebne. Jak w każdej dziedzinie, tu także liczy się konsekwencja. Jeśli mówię wyłącz, ma wyłączyć. Nie ma innej opcji. Oj tak, bywa to trudne i chwilę trwa.

Śmieci. Segregacja nie kosztuje, choć czasem bardzo mi się nie chce. Serio. Mamy małe mieszkanie. Gdzie pomieścić kilka pojemników, worków, butelki i słoiki?! Słoiki zbieram dla Mamy (przywożę w nich ogórkową), butelki szklane zostawiam, bo Zac pija z nich potem sok. Poza tym stylowo wyglądają latem ze słomkami. Z plastikowymi po wodzie jest łatwo, bo są czyste – zbieramy i lecą do odpowiedniego kosza. Korki i zakrętki Zachariasz zanosi do przedszkola. Tam są zbierane i odwożone do skupu. To frajda dla dzieci. Dzięki kochane przedszkolanki za tę inicjatywę. Dzieci naprawdę o tym pamiętają. To przydatny krok.

No i jedzenie. Nie marnuję go. Nie znoszę tego. Lubię, gdy w domu jest zapas, ale kombinuję co zrobić, żeby się zużył lub przetrwał. Zamrażam. Dzielę się. Chętnie daję jeść Przyjaciółce. Zabieram prowiant do samochodu. Tak, u mnie w aucie się je. Tak, jest w nim bałagan. Trudno. Nie lubię wyrzucać jedzenia. Najchętniej to, co zostaje po obiedzie wystawiłabym gdzieś dla ubogich, bo wiem, ile znaczyłby dla nich taki posiłek. Pomyślę o tym.

To jest moje minimum. Moja początkowa postawa na szóstkę.

Po zastanowieniu dorzucam do tego jeszcze absolutną niemożność śmiecenia wokół siebie. Ręka by mi zwiędła, gdybym miała wyrzucić papierek na trawę. Mam zatem szczęśliwą siódemkę zasad.

Nie śmiecę. Papierki z auta przynoszę do domu. Zżutych gum nie wyrzucam przez okno podczas jazdy, ani spacerując z psem. Wyobrażam sobie wróbelki szukające jedzenia i krztuszące się takim znaleziskiem. Obraz zapada w pamięć. Nie zostawiam po sobie butelek, chusteczek i opakowań po wafelkach robiąc piknik nad jeziorem. Niestety, przychodząc do takiego miejsca często widzę, że wcale nie jest to powszechna zasada. Szkoda. Sumiennie zaczynam od siebie. I od Zachariasza.

A gdy bardzo mi się nie chce i nie mam siły być porządna i ekologiczna, patrzę na moje dziecko. Wzrok sam idzie w jego stronę i wierzcie mi lub nie, ale świadomość, że Zachariasz bierze ze mnie przykład stawia mnie do pionu. Dla niego każdy mój ruch ma znaczenie, identycznie jak dla natury. Każde zaniedbanie teraz, będzie miało skutki w przyszłości. Nie ma wyjątków i odstępstw od reguły. Konsekwencja popłaca, wchodzi w krew i generuje zdumiewające rezultaty. Jest niczym… (czysta) woda na młyn, gdzie młynem jest system dobrych nawyków i pożytecznych zachowań, które nie dziwią, a motywują i inspirują innych.

P.S.
Czyżbym została ekomłynarzem produkującym ekomąkę na ekochleb? Bardzo chętnie. W końcu nic się w mojej kuchni nie zmarnuje 😉

Lidia Piechota
Znak firmowy EXTREMAMA. Kobieta, która rodzicielstwo traktuje z należytą starannością i uważnością. Blogerka. Zwierze społecznościowe. Spotkasz ją na Instagramie i na FB. A jak spotkasz, będziesz czytać regularnie i niecierpliwie czekać na kolejny wpis.

2 KOMENTARZE

  1. Oczywiście edukacja ważna, ale z głową. Można wpajać dziecku masę ideałów, a potem na jeden dojazd samochodem do przedszkola zużyć tyle energii, co żarówka LED przez cały rok…

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here