📻 PĘTLA CZASU: Zebranie rodziców

Zmienia się tylko wygląd sal, ubrań, fryzur

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Danuta Stachyra.

 


Przedszkole poważnie daje szkołę. Bo nowe kontakty z rodzicami dzieci z przedszkola, tfu, zerówki, bo ambitne zadania przed dziećmi stawiane. Przed rodzicami oczywiście także. Bo wreszcie zebranie.


Zebranie dla rodziców to zawsze poważna sprawa. Poważnie brzmi i chyba tak to pamięta większość z nas. Jako coś ważnego.

Tu dociera do mnie, że pamiętam komunikaty: Mamo, we wtorek jest wywiadówka. W podstawówce zero stresu, bo dostawałam ze wszystkiego piątki z plusem. Mama nie wracała z zebrania z żadnymi sensacyjnymi wieściami. W liceum nie pamiętam, bo sporo wagarowałam. Więc pewnie były nerwy.

Dziś ich nie czuję.

Dziś uczęszczam na zebrania w przedszkolu. Za mną pierwsze w zerówce. Żeby zaliczyć rok, frekwencja powinna przekroczyć 70%. To dla mnie ambitne zadanie, bo lubię nic nie musieć, nie być zależną oraz często zabierać Zachariasza na wycieczki.

Nie dramatyzuję. Poradzimy sobie.

Poza tym lubię nadrabiać zaległości z dzieckiem w domu, bo i tak planujemy w przyszłości nauczanie domowe. Tak. Ale o tym kiedy indziej. Dziś o tym, że ten porządek, obowiązki (przed)szkolne, podejście do nauki i umiejętność uczenia się to fajne sprawy i tylko od mojego nastawienia zależy, jak potraktuje je Zachariasz.

Tymczasem wokół widzę i czuję zatroskanie.

Nazywam to dyplomatycznie. Wierzę, że intencje są tylko dobre. Mama Marcela pyta, czy już się martwić o to, że za mało jest czasu na realizację tak zwanej podstawy programowej zerówki, bo plan zajęć dzieci w przedszkolu (bo to przecież wciąż przedszkole) jest tak napakowany zajęciami dodatkowymi w godzinach pobytu dziecka w placówce, że wychowawca ledwo wyrabia minimum.

Mama Toli prosi o zmianę podłoża na placu zabaw, bo dzieci notorycznie wracają z brudnymi butami i ją to irytuje.

Tata Michasi przytakuje, że co chwilę trzeba prać buty, a po przedszkolu dziecko jest takie brudne, że trzeba najpierw jechać do domu się przebrać, a dopiero potem na kolejne zajęcia lub inne atrakcje.

Mamie Marcela mówię: – Nie martw się. Jak Ty się martwisz, to martwi się Twoje dziecko.

Mamie Toli opowiadam, że zakładam Zachariaszowi do przedszkola zawsze te same brudne buty (odrapane z grubej warstwy błotka), a szoruję je w weekend.

Tacie Michasi zdradzam, że mam w aucie drugą parę butów dla mojego syna, ubranie na przebranie, a nawet szczoteczkę do zębów, grzebień i nawilżane chusteczki. Nie chcę, żeby zostało to źle odebrane. Nie wymądrzam się. Tak mam i już.

Nie widzę w tym niczego złego.

Szkoda mi energii zużytej na zamartwianie się lub narzekanie. Nawet nie ze względu na nich, ale raczej ze względu na dzieci. Bo one to nastawienie czują. A koniec końców, przecież nic złego się nie dzieje.

Zachariasz zawsze wraca z przedszkola umorusany, ma spoconą głowę, włosy jak strąki, śmierdzące czarne stopy i… z zaangażowaniem opowiada jak na podwórku zaatakował go patyk 🙂 i dlatego ma na policzku bruzdę. Pokazuje mi rysunki kolorowego ptaka i prosi, żebym chwilę jeszcze posiedziała z nim w sali, bo kończy rysować zachodzące słońce.

Czekam. Słucham.

Przypominam sobie w myślach, gdzie schowałam grzebień i czy na pewno wzięłam mu skarpetki na zmianę. I uśmiecham się. Bo się cieszę. Jego radością. I tym, że ciekawie spędził dzień. Zadaję pytania. Czekam na odpowiedź. Nie zadowalam się odpowiedzią nie wiem lub nie pamiętam.

Rozmawiamy.

Pamiętacie, że mój syn ma opóźniony rozwój mowy? Opóźniony względem czego? Podstawy programowej? Innych dzieci? No jakoś tak. Nie martwię się. Bo jak ja drżę ze strachu, to czuje to moje dziecko. Bo jak ja jestem zła, to ono nie wie jak to naprawić. Dzieci chcą nam pomóc i zdjąć z nas – rodziców – stres, paradoksalnie obciążając nadmiernie siebie. Nic dobrego z tego nie wychodzi. Dlatego cieszę się z tego, co jest, a nie martwię tym, czego nie ma. Jest w tym logika? No jest.

I lekkość bytu.

Kiedyś jedna moja koleżanka stwierdziła: – Ty to jesteś taką mamą, co to nawet jak dziecko wyleje sok na dywan, to nie widzi w tym nic złego i jakoś zawsze wychodzi na to, że nic się nie stało i wszyscy się cieszą. Ogromny to był dla mnie komplement. Fajnie, że to widać. Że nie robię dymu. Gdy nie ma o co, oczywiście 😉

To nie to, że nie obchodzi mnie to czy tamto lub nie wolałabym, żeby było inaczej. Nie szarpię się, gdy nie mam na coś wpływu, bo to i tak niczego nie zmieni.

W zamian za to widzę wdzięczność w oczach Zachariasza.

Iskierki w jego spojrzeniu mówią mi codziennie: – Mamo, jaka Ty jesteś fajna oraz: – Dziękuję, że nie demonizujesz nieistotnego. No i moje ulubione, werbalizowane w słodki sposób: – Mamo, ja kofam ciebie. Nie puszczę Cię.

I wtedy czuję, że wyrabiam nie tylko podstawę programową, ale jeszcze zaliczam fakultet, którego w planie szkolnych lekcji nie ma.

 

                REO POLECA:

📻 REO TOP 15: Najpopularniejsze teksty w ubiegłym „szczytowym” tygodniu

 



Lidia Piechota
Znak firmowy EXTREMAMA. Kobieta, która rodzicielstwo traktuje z należytą starannością i uważnością. Blogerka. Zwierze społecznościowe. Spotkasz ją na Instagramie i na FB. A jak spotkasz, będziesz czytać regularnie i niecierpliwie czekać na kolejny wpis.