📻 REO ŚWIAT: Raport z wyburzanego miasta. Czy Hurghada będzie perłą?

Artur Kulikowski o wydarzeniach, w które mieszkańcy Egiptu nie mogli uwierzyć.

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Hubert Augustyniak.



Od ponad roku w Hurghadzie i okolicach trwa akcja usuwania wszystkiego, co zostało postawione nielegalnie. Dosłownie wszystkiego. Widok jest przerażający i trudny do zaakceptowania przez postronnego świadka, ale innego wyjścia nie ma. Burzyć trzeba.

Akcja trwa codziennie. Od rana do wieczora. Od północnych do południowych rogatek miasta. Kiedy się skończy? – Trwać będzie do skutku – mówi bez ogródek i z posępną miną gubernator prowincji Morza Czerwonego Ahmed Abdullah. Dlaczego tak się dzieje? Wszystko przez grzech zaniechania i ludzką bezczelność. Zwykli hurghadianie budowali, co chcieli i gdzie chcieli, a władze miasta przez dziesiątki lat udawały, że tego problemu nie widzą. Zauważyły, gdy sytuacja wymknęła się spod kontroli. Teraz i jedni, i drudzy stanęli naprzeciwko siebie. Twarzą w twarz.

Hurghada stawała się po prostu ohydna

Jeszcze rok temu przy wjeździe do tego kurortu turystów witały wszechobecne slumsy. Przez niektóre drogi w samym mieście nie można było nie tylko przejechać samochodem, ale nawet przejść.

Na ulicach powstawały nielegalne warsztaty, fabryczki, zagrody, schowki i Bóg wie co jeszcze.

Wszystko wykonane niechlujnie, przeważnie z blachy falistej, najtańszej cegły lub po prostu z dykty. Tuż obok rozwieszone było pranie, sterczały jakieś kable, druty. Makabra. Wszędzie brud i kompletny bałagan. Dodając do tego brak jakiegokolwiek planu zagospodarowania przestrzennego (który nigdy wcześniej w mieście nie istniał), łatwo sobie wyobrazić, jak perła Morza Czerwonego wyglądała.

Co prawda dzielnice turystyczne prezentowały się jako tako, ale pozostała część Hurghady zamieniała się w prowincjonalne arabskie miasteczko rodem ze średniowiecza. Kto by tu chciał normalnie żyć, o wypoczynku na światowym poziomie nie wspominając? Abdullah na szczęście to zauważył. Powiedział dość. Zaczął działać. Na pierwszy ogień rozwiązał największy i najbardziej delikatny społecznie problem. Zlikwidował slumsy.

samowola budowlana
fot. Artur Kulikowski
Zielone światło do działania

Gubernator na zrobienie z nimi porządku dostał zgodę od samego prezydenta Egiptu. Abdel Fattah al-Sisi w zasadzie zażądał od swojego wojewody, aby Hurghada w jak najkrótszym czasie stała się – cytuję – jednym z najpiękniejszych miast turystycznych na świecie. Abdullah miał wolną rękę w likwidacji slumsów. Zaczął działać metodycznie, ale co najważniejsze – rozsądnie. Co prawda nie było żadnych  pertraktacji z właścicielami postawionych nielegalnie budowli, ale ludzie dostali wystarczająco dużo czasu, by pomyśleć o swojej przyszłości. Mieli pół roku, by (jeżeli byli w stanie) znaleźć nowe lokum, zabrać sprzęt i wszystkie rzeczy. Gubernator cierpliwie czekał i przypominał.

Niestety, jak to w Egipcie, nikt nie wierzył, że akcja dojdzie do skutku. Pokutowało powiedzenie: pogadają, postraszą i zapomną. Nic z tych rzeczy. Wszystko zmieniło się w momencie, gdy pierwsze buldożery wjechały na teren północnych slumsów.

Ci, którzy mimo wszystko pozostali na miejscu, dostali kilka godzin na wyprowadzkę, a jak nie, to przymusową ewakuację.

Około południa pierwsze koparki rozpoczęły dzieło zniszczenia. Rozwalano wszystko. Bez litości. Teren po prostu zrównano z ziemią. Akcja była spektakularna i specjalnie nagłośniona przez lokalne media. Ludzie w końcu zrozumieli, że żarty się skończyły, a prawa trzeba przestrzegać.

samowola budowlana
fot. Artur Kulikowski

To był szok. Nie obyło się oczywiście bez protestów, błagań i gróźb. Jednak władze były niewzruszone. Do akcji oczyszczania miasta dobrze się przygotowały. Eksmitowani (bezdomni) mieli się gdzie podziać. Miasto zapewniło im tymczasowe lokum. Na obrzeżach Hurghady rozpoczęła się budowa budynków socjalnych dla kilkunastu tysięcy osób. W zasadzie nikt nie został pozostawiony samemu sobie. Słynna egipska solidarność społeczna zdała egzamin. Jedni bezinteresownie pomagali drugim.

samowola budowlana
Osiedle socjalne, fot. Artur Kulikowski
To był dopiero początek

Po zlikwidowaniu slumsów przyszedł czas na porządkowanie ulic i uliczek w samej Hurghadzie. Tu mechanizm był inny. Solidarności międzyludzkiej nie było, bo być nie mogło. Każdy miał radzić sobie sam. O akcji mieszkańcy informowani byli z 24-godzinnym wyprzedzeniem. Później na osiedlowe uliczki wjeżdżały buldożery i następowała destrukcja wszystkiego, co wybudowano bez pozwolenia. Chodziło o przywrócenie tzw. ciągów komunikacyjnych. Faktycznie, w razie pożaru czy innego nieszczęścia wozy strażackie i karetki pogotowia nie miały możliwości wjazdu na większość ulic, które były potwornie zagracone.

Burzono nawet nielegalnie postawione schody, przydomowe ogródki, o komórkach, w których trzymano inwentarz, nie wspominając. Przy okazji służby oczyszczania miasta wywoziły na podmiejskie wysypisko setki ton śmieci i gruzu. Przycinano i karczowano rosnące bez ładu i składu drzewa i krzewy.

Do tej pory uprzątnięto w ten sposób ponad sto ulic z ich przyległościami. Do posprzątania pozostało jeszcze kilka tysięcy.

Podobnie jak z likwidacją slumsów tak i tu akcja trwać będzie do skutku. Zajmie to co najmniej kilkanaście miesięcy. Może nie lat.

Wszystko na swoim miejscu

Równolegle z akcją przywracania odpowiedniego wyglądu ulic trwa program przenoszenia drobnych warsztatów, małych zakładów produkcyjnych i manufaktur w specjalnie przygotowane do tego miejsce. Na zachodzie Hurghady (tuż nad lotniskiem) kończy się budowa miasteczka rzemieślników.

samowola budowlana
Miasteczko rzemieślników, fot. Artur Kulikowski

Powstaje tu 1400 warsztatów usługowych, będą pomieszczenia dla 150 firm, stacja benzynowa, 15 kawiarni i restauracji, 20 supermarketów, piekarnie, poczta, posterunek policji, szpital i meczet. To rozwiązanie podoba się wszystkim. W końcu z ulic Hurghady znikną przeklinane przez samych mieszkańców zakłady produkcyjne. Nie będzie już uciążliwych codziennych stuków, puków, nieprzyjemnych zapachów i ciągłych dostaw surowców i odbioru wytworzonych produktów. Miasteczko rzemieślnicze ma zacząć działać już na początku przyszłego roku. Jego budowa kosztowała 350 milionów funtów (75 milionów złotych).

To nie koniec zmian

Tuż obok niego trwa budowa gigantycznego kompleksu przemysłowego. Za pół miliarda funtów (106 milionów złotych) powstaje miejsce, gdzie przeniesione zostaną (lub wyrosną od podstaw) małe i średnie fabryki. Ma być ich aż 250. Znajdzie tu pracę ponad 10 tysięcy osób. To pierwsza tak wielka tego typu inwestycja w całej prowincji Morza Czerwonego.

samowola budowlana
Miasteczko dla fabryk, fot. Artur Kulikowski

Zostanie utworzona specjalna strefa ekonomiczna, gdzie swoje fabryki otworzą zagraniczne firmy i przedsiębiorstwa. Właśnie tu ma powstać polska fabryka zajmująca się produkcją mleka w proszku. Inna ma zajmować się przerobem mięsa z kurcząt.

Kto stoi w miejscu, ten się cofa

Za kilka lat Hurghada będzie zupełnie inna niż dziś.

Gubernator prowincji na wszystkie inwestycje związane ze zmianą wyglądu i struktury społecznej ma do dyspozycji miliard dolarów. Kwota niespotykana w historii Egiptu.

Oczywiście są tacy, którym te rewolucyjne zmiany się nie podobają. Część turystów (szczególnie polskich) narzeka, że Hurghada straciła to coś. Mówią, że na suku przy Dahar Square nie ma już specyficznego arabskiego bałaganu i zapachu, że za kilka miesięcy przez ruchliwą Sheraton Road w Sakali będzie można przejść po pasach, biadolą, że na największej plaży publicznej w Arabii pojawią się ratownicy, a na deptaku Cherry Street są kosze na śmieci.

Cóż, dla niektórych Egipt powinien pozostać zapewne skansenem, do którego się wpada na dwa tygodnie i wraca do domu. Do cywilizacji. Wyjazd do zacofanej Hurghady ma ich dowartościować i utwierdzić w przekonaniu, że to oni są z tego prawdziwego, lepszego świata. Tu ma być tak, jak sobie wymyślili. Przaśnie, ludowo i tanio. Choć większość z nich nawet nie wyściubia nosa poza piękny hotel, chcą innym narzucać swoje racje. I basta.

Na szczęście w Hurghadzie żyją ludzie z krwi i kości. Nie są głupi, mają telewizję, internet i widzą, jak wygląda świat w XXI wieku. Nie dziwmy się więc, że pragną tego samego, co mieszkańcy Barcelony, Aten czy Sopotu. Chcą żyć w mieście, nie w czymś, co je tylko przypomina lub jest jego karykaturą.



REO POLECA

📻 REO RAPORT: Okrutna, niehumanitarna inżynieria społeczna Chin. I jej niejednoznaczne rezultaty