EUROPA: Nadciągają chmury – ostrzega Ryszard Schnepf

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Hubert Augustyniak.



Fala populizmu przetacza się przez Europę. I nie tylko. Jeśli sięgnąć wzrokiem dalej, można odnieść wrażenie, że moda na radykalne, chwytne hasła, schlebianie najbardziej szkodliwym, a jednocześnie atrakcyjnym dla części społeczeństwa pomysłom, które jednocześnie podsycają antagonizmy społeczne, rasowe i religijne, robi światową karierę.


Część przestróg ma autentyczne korzenie i wynika z obawy przed naszą przyszłością, inne jednak służą jako wytłumaczenie własnych grzeszków, na zasadzie głowa do góry, u innych jest jeszcze gorzej.

Większość politologów i socjologów jest zgodna: za populizmem stoi zwykły ludzki strach przed niepewnością jutra, ekonomiczną degradacją, inwazją obcych, katastrofą ekologiczną i wszelkimi innymi nieszczęściami. Innymi słowy, normalny człowiek boi się tak, jak jego protoplasta, tyle tylko że współczesne zagrożenia są większe, bardziej złożone i mniej przewidywalne. Owszem, burzę z piorunami można było rozpoznać z wyprzedzeniem i schować się do jaskini. Cyberataku już raczej nie.

Stara prawda, że najlepszą obroną jest atak, w przypadku populizmu sprawdza się co do joty. Najważniejsze jest właściwie zidentyfikować wroga, którym w zasadzie może być każdy, ale najlepszym obcy. Obawa przed obcymi jest obecna we wszystkich kulturach od zarania świata. Dziś jednak, w dobie masowych migracji, walka z obcym nabiera nowej dynamiki. Przybysz z innego zakątka świata staje się nie tylko złodziejem miejsc pracy, a więc ma wpływ na naszą mizerię ekonomiczną, ale także nie szanuje naszych wierzeń i obyczajów, a nawet przywozi ze sobą objawy cholery, pierwotniaki, pasożyty.

Na scenę polityczną wdarły się środowiska, które budowały swoją pozycję na najciemniejszych instynktach obywateli.

Międzynarodówka wszystkich strachów

Kończący się rok stoi pod znakiem wzrostu wpływów populistycznych ugrupowań w Europie. Na scenę polityczną wdarły się środowiska, które budowały swoją pozycję na najciemniejszych instynktach obywateli. Jest więc wrogość do uchodźców i migracji w ogóle, rewanżyzm wobec tych, którym się udało, pogarda dla prawa, a przede wszystkim tęsknota za rządami silnej ręki. Niemiecka AfD, włoskie Ruch Pięciu Gwiazd i Liga Północna, Wolnościowa Partia Austrii oraz czeski ANO dołączyły do Polski i Węgier, tworząc europejski klub rządzących partii populistycznych. Oparta głównie na antyunijnych postawach wspólnota nie jest jednak ani jednorodna, ani zjednoczona.

Sukces każdego z członków klubu ma odmienne źródła, choć jeden wspólny mianownik: kłamstwo. Dla jasności dodam, że nie idzie tu o sufitowe obietnice wyborcze, które w polityce są praktyką powszechną, lecz świadome posługiwanie się fałszem jako metodą mobilizowania roszczeniowego elektoratu. Mimo zbieżnych cech odwołania do narodowych interesów nie sprzyjają, póki co, skoordynowanej akcji. Niemal każdy kroczy swoją drogą, starając się wyszarpnąć z unijnej polityki ile się da. A to w sprawach budżetowych i klimatycznych, a to migracyjnych. Przypomina to syzyfową pracę górników, z których każdy rąbie węgiel w innym miejscu, bo wynagrodzenie otrzymuje jedynie za własny urobek.

Amerykanin w Europie

Ta sytuacja może się wkrótce zmienić. Na europejskich salonach populizmu pojawił się bowiem człowiek, który uważany jest powszechnie za maga politycznej manipulacji. Steve Bannon, architekt kampanii wyborczej Donalda Trumpa, a później jego najbliższy doradca, zasłynął dwiema wyróżniającymi go cechami: skutecznością i cynizmem. Po aferze Charlottesville, kiedy to otwarcie poparł amerykańskich białych nacjonalistów, wyleciał z Białego Domu z hukiem. Ujawnienie roli Bannona w skandalu Cambridge Analytica, firmy która wykorzystywała tzw. big data do celów wyborczych, powinno – jak się wówczas wydawało – zakończyć jego karierę. Nic z tych rzeczy.

Steve Bannon jest przekonany, że zdoła wytworzyć wspólną energię europejskiej, ksenofobicznej i antyunijnej prawicy, aby Trumpowi podać Europę na tacy.

Poza wymienionymi wcześniej zdolnościami, Steve znany jest też z uporu i żelaznej konsekwencji. Takie drobiazgi go nie zrażają. Wkrótce Bannon ruszył w Europę. Po wizytach w Pradze czeskiej, Wiedniu i Paryżu, gdzie wziął udział w konwencji francuskiego Frontu Narodowego, za cel wziął Włochy. To był jednak tylko początek większego projektu, który pod nazwą Movement (Ruch), miałby rozsadzić Europę od środka. Steve Bannon jest przekonany, że zdoła wytworzyć wspólną energię europejskiej, ksenofobicznej i antyunijnej prawicy, aby podać Europę swojemu byłemu szefowi na tacy, Europę podzieloną i zdaną na łaskę i niełaskę Ameryki Trumpa. Nic więc dziwnego, że zamysł wspiera kilku skrajnie konserwatywnych amerykańskich miliarderów i – o dziwo – także grono australijskich potentatów.

Rozwalić Unię

Plan jest prosty jak przysłowiowa konstrukcja cepa: rozwalamy brukselskie bagno i realizujemy w praktyce wyborcze hasło America First. A potem negocjujemy nowe układy handlowe i wojskowe z każdym z osobna. Najpierw jednak trzeba wygrać wybory do Parlamentu Europejskiego, a następnie obsadzić kluczowe stanowiska w Brukseli. Dalej wszystko potoczy się gładko. Tak sądzi Bannon i jego zwolennicy. Snując takie plany, jego twórców jednak najwyraźniej zawodzi pamięć.

wspólnotowość Europy ma znacznie głębszy charakter, niż jej przeciwnicy sądzili.

W 2009 roku multimiliarder irlandzki Declan Ganley, który majątku dorobił się m.in. na handlu z Rosją, postanowił rozwalić UE w podobny sposób. Utworzona wówczas antyeuropejska, prawicowa i populistyczna partia Libertas, ze swoimi odnogami w wielu krajach europejskich, w tym także w Polsce, zdołała wprowadzić do Parlamentu jednego, powtórzę, jednego deputowanego. 30 milionów euro wydane na kampanię poszło w błoto. U nas Libertas wypadł jeszcze gorzej. Osiągnąwszy 1,14% głosów nie przekroczył nawet progu wyborczego. Większość liderów Libertas odeszła w niepamięć, a sam założyciel ogłosił, że wycofuje się polityki. Okazało się mianowicie, że wspólnotowość Europy ma znacznie głębszy charakter, niż jej przeciwnicy sądzili.

Ucieczka do przodu

Czy oznacza to, że należy lekceważyć Bannona i jego Movement? W żadnym wypadku. Dziś, po doświadczeniach kryzysu finansów i wciąż nierozwiązanym problemie migracyjnym, po wyborczych zwycięstwach Trumpa, Kaczyńskiego, Orbana, Kurtza i Salviniego, wreszcie autorytarnym pokazie siły Erdogana w Turcji, sytuacja liberalnej Europy jest zdecydowanie trudniejsza. Czołówka europejska zdaje sobie z tego sprawę.

Ma też świadomość, że dotychczasowe miękkie metody nie wystarczą. Potrzebne są nadzwyczajne rozwiązania, czyli wzmocnienie integracji tych krajów, które poważnie traktują zobowiązania traktatowe, a tak się składa, że są to przeważnie płatnicy netto. Należy się więc spodziewać nowych kryteriów budżetowych, zacieśnienia polityki migracyjnej poprzez twardsze zobowiązania równego w niej uczestnictwa wszystkich członków, pogłębienia współpracy wojskowej, ale przede wszystkim wyższego ustawienia poprzeczki w kwestiach prawno-ustrojowych.

Wnioski z XIX- i XX-wiecznej historii zostały w Paryżu i Berlinie przyswojone, a lekcje sumiennie odrobione.

Czarne scenariusze związane z rzekomym osłabieniem kanclerz Merkel włożyłbym między bajki. Siła tandemu Macron-Merkel opiera się nie tylko na przywódcach, choć i to jest ważne, lecz na zakorzenionym przekonaniu, że Niemcy i Francuzi są odpowiedzialni za przyszłość kontynentu. To nie jest gra osobistych ambicji, lecz stanowisko niemal całej klasy politycznej wynikające z historycznych doświadczeń. Wnioski z XIX- i XX-wiecznej historii zostały w Paryżu i Berlinie przyswojone, a lekcje sumiennie odrobione. Gorzej nad Wisłą, gdzie wciąż znacząca część społeczeństwa sądzi, że we współczesnym świecie można być gdzieś pomiędzy, że można wykroić swój kawałek na granicy między Wschodem a Zachodem.

Czy po toczącej się od trzech lat niewypowiedzianej wojnie z Unią możemy jeszcze powrócić do roli kraju, którego głos we wspólnocie będzie się liczył? Odpowiedź, zważywszy na długą listę konfliktów i niestosowności, nie może być optymistyczna. Czeka nas długa i wyboista droga. Wciąż mamy jednak dwa istotne atuty. Pierwszy to jednak wciąż prounijne, generalnie rzecz biorąc, społeczeństwo, które coraz bardziej uświadamia sobie, że opuszczenie UE, choćby w nieformalny sposób, będzie dla nas katastrofą w każdym wymiarze. Naszą szansę, przynajmniej na dzień dzisiejszy, upatrywałbym też w rosnącej roli Donalda Tuska, który ewidentnie urasta do roli lidera zjednoczonej Europy. Dla Polski to dobra wiadomość, choć zapewne nie wszyscy będą się z niej cieszyć.

 

tekst także na stronie autora na facebooku Słowa nieoficjalne

 



REO POLECA: 

📻 Jakub Dymek: „Międzynarodówka nacjonalistów”?