📻 RYNEK ZAMKNIĘTY! Przyszłość socjalistycznej ojczyzny budujemy już dziś*

*) jedno z ulubionych haseł propagandzistów PRL

AUDIO REO. Posłuchaj nagranego artykułu. Czyta Danuta Stachyra


W piątek 28 grudnia rząd przy wydatnej pomocy parlamentu wysadził w powietrze budowany od ćwierćwiecza rynek energii elektrycznej, restaurując w to miejsce socjalizm. Kurz po wybuchu jeszcze nie opadł,  a już pojawiają się szkice wielkich dzieł, które rozkwitną na zgliszczach.


Ustawę, która przez Sejm i Senat przeleciała w jakieś 15 godzin najlepiej nazwać prawem „o zamrożeniu cen prądu”. Pierwotny zamysł nie był głupi, obniżenie akcyzy – i w mniejszym stopniu opłaty przejściowej – pozytywnie odczuliby wszyscy i natychmiast. Ale to, co dorzucono w ostatniej chwili, było prawdziwą bombą, teleportującą nas w lata 70. czy 80., w sam środek centralizmu demokratycznego i ręcznego sterowania.

Z mocy ustaw rząd zamroził ceny energii dla odbiorców na poziomie obowiązującym w taryfach, cennikach czy umowach w połowie 2018 roku. Tymczasem koszty wytwarzania, zwłaszcza z naszego „czarnego złota”, rosną i będą rosnąć.

Po pierwsze, bo wysokie są koszty emisji CO2. Swoją drogą, od dobrych 15 lat mówiono, że w końcu wzrosną, bo taki był właśnie cel polityki klimatycznej. Od kilka lat mechanizmy tego wzrostu były już doskonale znane i wiadomo było, jak to przełoży się na koszty produkcji prądu z węgla. Oczywiście przez te kilka w Polsce nie zrobiono w związku z tym nic. Aż do piątku.

Po drugie, podrożało główne paliwo, czyli węgiel kamienny. To świetna wiadomość dla państwowych kopalń, ale dla państwowych elektrowni już gorzej, bo produkują drożej.

Pomniejszych przyczyn można wymienić jeszcze parę, ale nie mają już żadnego znaczenia, ponieważ przerażony perspektywą wzrostu cen energii rząd, zdecydował się stłuc termometr, czyli zlikwidować rynek. Wszystkie powyższe czynniki przestały mieć jakiekolwiek znaczenie.

Co prawda giełda energii będzie dalej funkcjonować, ale już w kompletnym oderwaniu od realiów. Wytwórcy dalej będą sprzedawać, a sprzedające odbiorcom spółki obrotu kupować, tylko, że ta cena nie będzie miała nic wspólnego z rzeczywistością. Na prawdziwym runku sprzedający chce sprzedać jak najdrożej, a kupujący kupić jak najtaniej. Cena jest wypadkową tych „chęci”. Tymczasem zgodnie z ustawą,

kupującemu jest obojętne, po ile kupi, bo różnicę między ceną zakupu a tą zamrożoną zwróci mu rząd z worka o dźwięcznej nazwie Fundusz Wypłaty Różnicy Ceny (FWRC).

A skoro kupującym jest obojętne ile zapłacą, to dadzą ile zechcą sprzedający wytwórcy. Zwłaszcza, że w większości i jedni i drudzy należą do kontrolowanych przez państwo koncernów. Ponieważ są jednak państwowe, to rząd po prostu każe im tak ustawić ceny transakcji, żeby z jednej strony sowicie zapłacić kopalniom za ich trud, a z drugiej strony, żeby kasa w FWRC nie rozeszła się zbyt szybko, przynajmniej do wyborów.

Fundusz ma w 2019 roku mieć 4 miliardy ze sprzedaży przez rząd dodatkowych uprawnień do emisji CO2. Co w kolejnych latach? Nie wiadomo, bo zastrzyk ze sprzedaży będzie jednorazowy. Ale twórcy ustawy zostawili pewną furtkę. Otóż FWRC może być zasilony darowiznami i dobrowolnymi wpłatami. Chociaż można było pójść dalej i nadać mu status OPP, żeby można było przekazywać 1 proc. z PIT… Taki gorzki żarcik.

Ale to jeszcze nie koniec. Otóż sposób zwrotu określi minister w rozporządzeniu. Czyli po uważaniu – tobie więcej, a tobie mniej. Słusznie senacki legislator zwrócił uwagę, że to najważniejszy punkt całej operacji i powinien być w ustawie, a nie w rozporządzeniu. Uwagę uznano za tak celną, że nie było problemu z wcelowaniem nią do kosza.

Generalnie rząd stworzył system, w którym wzrost kosztów CO2 jest mu nawet na rękę, bo więcej zarobi na sprzedaży uprawnień i hojniej będzie mógł pompować kasę państwowym wytwórcom. Jak to źródełko wyschnie, to się wymyśli inne.

Oczywiście wszystko od początku do końca jest zgodne z prawem UE. Tak zgodne, że nikt w MSZ nie chciał się podpisać pod opinią o zgodności. Bo tak na prawdę jest od początku do końca sprzeczne, ale jak widać, nikt się tym nie przejmuje.

Mając taką ustawę, państwowe spółki od razu ogłosiły przystąpienie do budowy słynnej Ostrołęki C. Chociaż drobnym drukiem napisano, że kasy na całą imprezę jeszcze nie ma i trwają poszukiwania inwestora. Za to minister energii od razu ogłosił, że Ostrołęka C to dopiero początek długiej drogi, bo do 2030 roku potrzebujemy jeszcze 7-8 podobnych elektrowni.

Jedno jest pewne. To, co zniszczono w ostatnich dniach 2018 roku nie da się odbudować równie szybko. Ponowne uwolnienie rynku zajmie lata, o ile w ogóle nastąpi, bo jakoś nie widać tych, co mieli by to w przyszłości przeprowadzić. Sejmowa opozycja ustawie się nie sprzeciwiła, a patrząc na jej dokonania z czasów gdy rządziła, wcale to nie dziwi.

Skoro prąd będzie z mocy ustawy tani, to po co optymalizować koszty? Po co szukać tańszych źródeł? Po co budować OZE? Efektywność? Nowe technologie? Wszystko to przestało mieć jakiekolwiek znaczenie, skoro koszty produkcji energii przestają być ważne.

Jedną z najmądrzejszych rzeczy, jakie napisał Orwell było to zdanie: Władza ma tylko jeden cel: władzę. Mierząc tą miarką, wszystko jest jasne.



REO POLECA

PRĄD W CENIE. Czy z wiatru jest taniej? Polemika