📻 POLSKA – ROSJA: Wynik meczu 4:3

Komentarz Witolda Jurasza do napaści na polskiego dyplomatę

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Paweł Sito.

 

Polski dyplomata został kilka dni temu pobity na pokładzie samolotu lecącego z Irkucka do Moskwy. Sprawcą był podobno niezrównoważony psychicznie mężczyzna. W 2005 r., gdy w parku Morskie Oko w Warszawie grupa chuliganów pobiła przy okazji kradzieży telefonów komórkowych nastoletnie dzieci trojga rosyjskich dyplomatów, Rosja zorganizowała pobicie trzech Polaków (dziennikarza i dwóch dyplomatów) w Moskwie. Przy czym napastnikami byli, o czym publicznie strona polska wówczas nie informowała, funkcjonariusze rosyjskich służb specjalnych, o czym wiemy, gdyż według zgodnych relacji dwóch pobitych napastnicy posługiwali się łącznością typową dla służb (z mikrofonem na kablu trzymanym w dłoni i słuchawką w uchu), a jeden z zaatakowanych słyszał, że napastnik pytał się, czy tego przede mną pobić?

W przypadku ostatniego pobicia po to, by nikt nie stanął w obronie zaatakowanego, moskiewska milicja zatrzymała ruch drogowy na drodze prowadzącej do ambasady RP. Pobicie w Warszawie było przypadkowe – te w Moskwie były zorganizowane. Rzecz zupełnie bezprecedensowa i wywołała zdumienie w korpusie dyplomatycznym w Moskwie. Nie ma bowiem żadnego poza Rosją kraju, w którym ktoś wpadłby na pomysł skopania dyplomatów tylko z tej racji, że w innym kraju ktoś zupełnie przypadkowy pobił nastoletnie dzieci dyplomatów. Zasada wzajemności co prawda obowiązuje, ale dotyczy wyłącznie czynów, za którymi stoi państwo.

W 2005 r. zastępca szefa milicji w Moskwie stwierdził, że pobici Polacy byli pijani. Gdy na wyraźne polecenie ambasadora Stefana Mellera publicznie w radiu Echo Moskwy powiedziałem, że dżentelmen ów kłamie, po powrocie z radia odebrałem telefon. Dzwoniący do mnie człowiek spytał, czy czuję się w Moskwie bezpiecznie, skoro wczoraj poszedł pan na spacer z żoną po ulicy Twerskiej, po czym rozmówca wymienił trasę i godzinę spaceru. W efekcie poszedłem do ambasadora i żartując, spytałem, czy może pożyczyć mi bułkę, bo przez jego polecenie nie mogę wyjść do sklepu. Wynik pobić był jednak 3:3, więc nic mi się nie stało, ale gdy następnego dnia jednak poszedłem do sklepu, towarzyszył mi milicjant. Najwyraźniej ktoś  w Moskwie uznał, że inne służby mogą chcieć zmienić wynik meczu na 4:3 i dlatego muszę mieć ochronę.

Ciekawostką jest to, że ambasador Stefan Meller był zdania, że wynik wcale nie jest 3:3, a 3:0 dla Rosji, gdyż w Polsce miał miejsce chuligański napad, a nie brutalne, zorganizowane przez państwo pobicie. I postulował zorganizowanie napadów na trzech rosyjskich dyplomatów w Polsce. Ambasador był zdania, że tylko w ten sposób można prowadzić dialog z Moskwą, gdyż w przeciwnym wypadku wysyła się sygnał o słabości. Politycznie miał absolutną rację.

Czy należałoby zatem zorganizować pobicie rosyjskiego dyplomaty? Rosjanie by się nie zawahali, ale czy my mimo wszystko nie powinniśmy? Zapewne udałoby się znaleźć w naszych służbach chętnych, by w czynie społecznym przyłożyć komuś, a następnie – jak to nieznani sprawcy mają w zwyczaju – rozpłynąć się we mgle. Dla wyrównania rachunków rzecznik policji powinien jeszcze oświadczyć, że pobity był pijany (choćby był muzułmaninem, abstynentem albo miał wszyty esperal). Problem polega na tym, że jeśli kiedyś w przyszłości ktoś w Rosji np. wybije okno naszemu dyplomacie, my możemy nie znaleźć chętnego do retorsji, a wynajmować bandytów nie należy, bo mogą zabić, zamiast pobić. Rosjanie takiego problemu – gdyby sekwencja była odwrotna – mieć nie będą i dlatego może lepiej, mimo wszystko, nie reagować i trzymać się jednak zasad naszej cywilizacji.

Warto jednak Rosjanom bardzo wyraźnie przypomnieć incydent z 2005 r. Tak, żeby było o tym możliwie głośno. Np. organizując nieudane pobicie, które – na lotnisku oczywiście – uniemożliwi dzielny policjant. Niedoszły sprawca powinien być ogłoszony, rzecz jasna, jako niezrównoważony psychicznie. Trochę tylko szkoda oficera, który później będzie miał ksywkę wariat, ale czego się nie robi dla Ojczyzny.