📻 USA: Roboty robotami, a rąk do roboty brak

A co jeśli postęp technologiczny i innowacje nie prowadzą do wzrostu produktywności?

20AUDIO REO. Posłuchaj nagranego artykułu. Czyta Danuta Stachyra. 8’43”


Obawa przed likwidacją miejsc pracy z powodu automatyzacji i globalizacji stała się już powszechnie znanym refrenem. Połowę argumentów w dyskusji o tym, czy globalizacja i automatyzacja przyspieszają wzrost gospodarczy i dobrobyt – czy też odwrotnie – można wygłosić z pamięci, zanim rozmowa na dobre się zacznie. Drugą połowę zresztą też. Spór jest nierozstrzygalny również dlatego, że dane potrafią przeczyć sobie wzajemnie, a subiektywne odczucia negują i tak wszystkie zgrabne wykresy i tabele w Excelu.

Reporterzy New York Timesa w niedawnym obszernym tekście próbują jednak zwrócić uwagę na zupełnie przeciwny problem. Stagnację produktywności przy jednoczesnym niskim bezrobociu i postępującej automatyzacji. Biorąc rzecz opisowo: choć automatyzacja postępuje, są w Ameryce regiony, gdzie stopa bezrobocia jest właściwie tak niska, że można mówić o pełnym zatrudnieniu, a rąk do pracy w przemyśle czy przetwórstwie brakuje, choć to właśnie te miejsca pracy są najbardziej zagrożone automatyzacją.

Skąd ten paradoks? Automatyzacja w niektórych branżach wymagających koordynacji, sprawności manualnej i uwagi oraz pewnej dozy własnej inicjatywy postępuje wolno, jest kosztowna i nie zwraca się natychmiast – tym bardziej jeśli firma musi uwzględniać częste wahania popytu. Podaż miejsc pracy zaś pozostaje w nisko opłacanych branżach wciąż duża. Struktura rynku pracy zaczyna przypominać kształtem klepsydrę: dużo miejsc na dole drabiny i chłonny rynek pracy dla najlepiej wykształconych, najlepiej na kierunkach technicznych. Niewiele zaś pośrodku.

Opisywane przez NYT zakłady pracy postanowiły więc wdrożyć rozwiązanie nienowe: szkolenie pracowników i pracownic, praktyki dla uczniów, kursy dokształcające. Wszystko w nadziei, że kluczowy wskaźnik – produktywność – podskoczy, a bardziej wykwalifikowani pracownicy zostaną w firmie na dłużej, nawet gdy ta zacznie pewne (najgorzej płatne i podlegające największej rotacji) miejsca pracy eliminować na rzecz robotów. Jeśli to się bowiem nie uda, najwolniej automatyzujące się branże sprowadzą sobie na głowę kolejny problem. Przy niskiej produktywności będą coraz mniej konkurencyjne, zarazem niezdolne – z powodów ograniczeń finansowych i struktury rynku pracy – przyciągnąć pracowników na dłużej.

Pomimo rekordowych zysków korporacji technologicznych i wielkiej ekspansji rzekomo innowacyjnych usług oraz produktów produktywność w USA rośnie w tempie najwolniejszym od początku lat 80.

Historycznie ekonomiści zakładali, że postęp technologiczny i innowacje niejako automatycznie muszą prowadzić do wzrostu produktywności, który przekłada się na większe zyski, umożliwia wzrost inwestycji, a ten w następstwie dalej rozgrzewa gospodarkę i pozwala na podnoszenie pensji. Tak podpowiadała klasyczna logika liberalna. Współcześnie coraz więcej osób zastanawia się, czy przy złożoności dzisiejszej gospodarki i jej coraz bardziej niematerialnym charakterze, ta zależność dalej obowiązuje. Pomimo rekordowych zysków korporacji technologicznych i wielkiej ekspansji rzekomo innowacyjnych usług oraz produktów produktywność w USA rośnie w tempie najwolniejszym od początku lat 80. i czterokrotnie wolniej niż jeszcze na początku XXI wieku. Część komentatorów mówi więc o pękniętym łańcuchu: ogniwa innowacji, produktywności i płac należy na powrót ze sobą połączyć.

Zamiast zatrudniania na kontrakty bądź w niepełnym zakresie godzin – całościowe ograniczenie czasu pracy.

Rozwiązania? Mark Paul z think-tanku Roosevelt Institute (w nowym raporcie Don’t fear the robots) proponuje ich kilka. Większy udział rządu w projektowaniu i realizowaniu innowacji technologicznych i bezpłatna edukacja wyższa oraz szkolenia zawodowe otwierają tę listę. Następnie Paul wskazuje na konieczność uelastycznienia godzin pracy – jednak nie w sensie, który zazwyczaj kojarzymy z tym pojęciem. Zamiast zwiększać możliwość zatrudniania na tymczasowe kontrakty bądź w niepełnym i zmiennym zakresie godzin, zaleca on raczej całościowe ograniczenie czasu pracy, ze skracaniem dniówki w czasach recesji zamiast zwolnień. Dalej: skrócenie ochrony patentowej i reforma prawa własności intelektualnej, która umożliwiłaby szybsze wdrażanie innowacji na rynek, większą konkurencję cenową i możliwość rywalizacji z gospodarkami podlegającymi innemu reżimowi prawnemu w dziedzinie własności intelektualnej (czytaj: Chiny). W końcu, co najważniejsze, polityka pełnego zatrudnienia – gwarantowany przez rząd i (jak ma się rozumieć) redystrybucję oraz podatki rynek pracownika, który tworzy bodźce do zwiększania produktywności.

Wszystko to dobre i słuszne, i pewnie przy tym konieczne. Problem – nawet odkładając na chwilę odwieczne pytanie: kto za to zapłaci? – jest nieco inny. Większość z tych recept jest nienowa, choć okoliczności owszem. Nawet bez większych modyfikacji recepty Paula – i wielu jemu podobnych – da się czytać jak każdy program typowej zachodniej socjaldemokracji. Z całym szacunkiem, ale nie potrzeba nowego Keynesa, Kaleckiego czy Langego, aby wpaść na to, żeby państwowymi narzędziami wpływać na produkcję, rynek pracy i próbować łagodzić cykle koniunkturalne. Nie o to chodzi.

Demokraci – z którymi sympatyzują autorzy i autorki analiz podobnych do powyższej – rządzili w USA zarówno w czasach największej zwyżki produktywności i płac (w latach 90.), jak i największej stagnacji (pokryzysowe osiem lat Baracka Obamy). Ani wcześniej, ani później nie wyszli poza klasyczną leseferystyczną optykę: co ma być, to będzie, innowacje i postęp ostatecznie przyniosą wzrost, a rynek pracy plastycznie w końcu dopasuje się do okoliczności. Żadna administracja w USA – ani rząd w Europie – nie zareagował na kryzys w nieortodoksyjny sposób, nawet tak w gruncie rzeczy oczywisty jak ten, który sugeruje w swoim tekście Mark Paul.

Powody mogą być różne. Jedni powiedzą, że ci sami politycy, którzy mieliby narzucić ustawowe pęta korporacjom i wielkiemu przemysłowi, siedzą w kieszeni tych firm. Inni zwrócą uwagę, że łatwiej powiedzieć, niż zrobić: mimo wszystko jednoczesna regulacja ponad stumilionowego (w przypadku USA) rynku pracy i fundamentalna reorganizacja jednej z największych wciąż potęg przemysłowych to nie kwestia jednej sprawnej dźwigni.

Tak czy inaczej widać jednak, że w tym równaniu wciąż brakuje jednego elementu – i nie jest to brak wiedzy czy odpowiednich pomysłów. To deficyt politycznej woli.