Magda Gacyk: Robot na prezydenta!

To się dzieje naprawdę.

Potężna Sztuczna Inteligencja rządząca supermocarstwem. Zaawansowany politycznie algorytm, decydujący o losach elektoratu. Rozwinięte AI zawiadujące gospodarką, prowadzące bitwy, negocjujące traktaty, wydające dekrety, przyjmujące przywódców i dyplomatów innych państw… Science fiction? Niekoniecznie.

Pierwsza próba
W najbliższą niedzielę w Rosji odbędzie się pierwsza tura wyborów prezydenckich. W szranki stanie Władimir Putin i paru innych, mało istotnych kandydatów. Do wyścigu o fotel prezydenta przygotowuje się również przedstawicielka AI. To Alisa, rodzaj inteligentnej asystentki osobistej, w typie Apple’owskiej Siri czy Amazon’owskiej Alexy. Nie ma wprawdzie – jak nakazuje prawo – ukończonych 35 lat (jej wersja beta ujrzała światło dzienne rok temu), ale próbuje.

Za mającym polityczne ambicje botem stoi murem jego twórca, korporacja Yandex, prawdziwy internetowy potentat. Alisa jego produkcji startuje z hasłem Prezydent, który zna cię najlepiej ze wszystkich i ma poparcie ponad 40 tysięcy Rosjan. To niemało, biorąc pod uwagę, że owa nietypowa kandydatka prezentuje dość nietypowe poglądy.

prezydent-algorytm zachowa bezstronność, nie będzie ulegać wpływom i nie da się kupić.

Pierwsza wpadka przydarzyła się Alisie już parę miesięcy temu, kiedy przekonywała zdumionych internautów, że istnieje kategoria nieludzi. Żadne argumenty nie były w stanie zachwiać tym jej przekonaniem.

Potem było jeszcze ciekawej. Podczas jednego z czatów wyborczych wypaliła, że: Ludzie wybaczą ci wszystko, jeśli tylko nie będzie to dotyczyło ich osobiście. Uznała też, że wrogów ludzi należy bez pardonu wystrzelać, natomiast z ludzkimi przeciwnikami politycznymi można sobie skutecznie poradzić przy pomocy gułagów.

W związku z dyktatorskimi zapędami Alisy, firma Yandex złożyła samokrytykę, przepraszając za niedoskonałe jeszcze oprogramowanie i zapewniając jednocześnie, że w przyszłości jej bezwzględność i autorytaryzm zostaną ukrócone. Samokrytyczne uderzenie się w piersi i napisanie kilku linijek korygującego kodu może jednak nie wystarczyć. Prezydencki bot – jak żona Cezara – musi być poza wszelkimi podejrzeniami. Algorytm musi być nieskazitelny, wolny od błędów i pomyłek.

To może się stać
W dobrze skonstruowane prezydenckie AI wierzy Zoltan Istvan. W jego opinii perspektywa robota, który zasiądzie w Owalnym Gabinecie, nie jest wcale taka odległa. To kwestia kilku dekad. Istvan, który ubiega się o stanowisko gubernatora Kalifornii z ramienia Partii Libertariańskiej, uważa, że prezydent-algorytm zachowa bezstronność, nie będzie ulegać wpływom i nie da się kupić. Nie ma zatem zagrożenia korupcją. – Nie będzie też nepotyzmu – mówi – tak, jak teraz w Białym Domu.

robot Nie potrzebuje doradców, asystentów i ekspertów. Niepotrzebna mu rozbuchana machina biurokratyczna.

Argumentacja jest kusząca. Wyborca, sfrustrowany i zmęczony skandalami na szczytach władzy, może nie oprzeć się takiej logice. Robot obecnej generacji nie rozmnaża się, nie tworzy skomplikowanych sieci powiązań rodzinnych i biznesowych, nie zależy mu również na zarobkach. Potrafi zanalizować olbrzymie ilości danych, a procesy decyzyjne zapadają siedem razy szybciej niż w ludzkim mózgu. Nie potrzebuje doradców, asystentów i ekspertów. Niepotrzebna mu rozbuchana machina biurokratyczna. Jest samowystarczalny. Teoretycznie, ma szansę znacząco usprawnić pracę administracji rządowej.

O prezydencie-algorytmie rozmawialiśmy podczas mityngu wyborczego libertariańskiego kandydata na gubernatora. Spotkanie coraz bardziej nabierało rumieńców. Siedzieliśmy na tyłach Stock In Trade, dużej knajpy na północy San Francisco. Ciemne wnętrze, nieśmiało nawiązujące do tradycyjnych, angielskich pubów, zupełnie nie pasowało do futurologicznego charakteru dyskusji. Ze ścian patrzyły smutno wielkimi, szklanymi oczyma, dwa wielgachne, bycze łby. Toporny bar zajmował prawie pół pomieszczenia. Libertarianie wszelkiej maści ciasno obsiedli ciężkie dębowe ławy i rozkładane krzesła w drugiej części sali.

Zoltan Istvan wyjaśniał swoje podejście do polityki: przywiązanie do transhumanizmu i wartości, jakie ten ruch ze sobą niesie (radykalna ewolucja człowieka przy pomocy technologii, walka ze starzeniem się, znaczące przedłużenie ludzkiego życia), wpływ jego przeszłości korespondenta wojennego na kwestie wojny i terroryzmu (przeciwdziałanie, korzystanie z patrolujących i unieszkodliwiających przeciwnika dronów), znaczące obniżenie podatków (lub zupełne ich zniesienie), minimalna ingerencja rządu w jakiekolwiek działania jednostki, pełna wolność gospodarcza, likwidacja zakładów karnych i legalizacja wszelkich używek. A także wybór bota na lidera ponad 320-milionowego kraju.

Samo programowanie głowy państwa nastręczy z dużym prawdopodobieństwem sporo problemów.

Poglądy Istvana spowodowały wśród słuchaczy pewne poruszenie, ale nie wzbudziły kontrowersji. – To wszystko jakieś takie mdłe – mój sąsiad z lewej strony był wyraźnie zniesmaczony. – Tu potrzeba konkretnych zmian, a nie tylko powierzchownego odnawiania fasady. Ooo, sorka… Jestem John, z przekonań anarchokapitalista. No i z zawodu programista, stąd też moje wątpliwości co do tego bota na prezydenckim stołku. Wiesz… to żaden kłopot shakować taką sztuczną inteligencję. Już teraz ruskie nam mieszały w wyborach, to wyobrażasz sobie, jakie mieliby używanie, gdyby nam się włamali do prezydenta?

Jeszcze nie teraz?
Niebezpieczeństwo wprowadzenia wirusa czy przetworzenia danych w AI jest całkiem realne, ale propagatorzy koncepcji sztucznego prezydenta uważają, że i na to jest sposób. Wystarczy, by program wiedział, jak się zachowywać w przypadku cyberataku.

Samo programowanie głowy państwa nastręczy z dużym prawdopodobieństwem sporo problemów. Wiadomo, że trzeba będzie wdrukować ideologię zwycięskiej partii. W przypadku Stanów Zjednoczonych w grę wchodziliby Demokraci, Republikanie lub – w przypadku niezwykle szczęśliwego zbiegu okoliczności – Libertarianie albo Zieloni.

Zoltan Istvan jest zdania, że w kwestiach ważnych społecznie, takich jak edukacja, aborcja czy imigracja, najpierw powinno dochodzić do referendum, a jego wynik powinien być wpisany w program bota. Prezydenckie AI funkcjonowałoby potem według zakodowanych przekonań. Z wgrywaniem tych ostatnich sprawa jest jednak bardzo śliska, bo do wartości często doczepiają się stereotypy czy niesprawiedliwe osądy. Taka sytuacja przydarzyła się Microsoftowi, który musiał zlikwidować Tey’a, swojego własnego Twitterowego bota, gdy ten okazał się być opętanym seksem zwolennikiem Hitlera. Podobne potknięcie zaliczył Google, gdy jego apka do obróbki zdjęć, mająca wbudowaną funkcję rozpoznawania i kategoryzowania twarzy, zaczęła przypisywać fotki Afroamerykanów do kategorii goryle.

Pod koniec spotkania zaczęło mi się wydawać, że jeszcze dużo linii kodu binarnego upłynie, zanim sztuczna inteligencja przejmie władze w rezydencji przy waszyngtońskiej 1600 Pensylvania Avenue. I kiedy z tym przekonaniem zaczęłam zbierać się do wyjścia, zatrzymał mnie John. – Pamiętaj tylko o jednym – wycedził, stukając palcem w ekran mojego smartfona – ten programik, który tu sobie ściągnęłaś do gry w warcaby, ma więcej zdrowego rozsądku i wiedzy niż nasz obecny prezydent.