Leszek Kadej: rEwolucja!

Zdania o wpływie wiatraków na myszy nie zmieniono. Zmieniono o myszach.

Ewolucja, rewolucja i ja – mogli śpiewać starsi z naszych czytelników na koncertach zespołu Klaus Mitffoch w latach 80. Jeżeli ktoś czeka na ogłoszenie z fanfarami początku rewolucji energetycznej w Polsce, to się z paru powodów nie doczeka. Rewolucji nie będzie, ale ewolucja to i owszem. Można nawet powiedzieć, że ta ewolucja nie dość, że przebiega we właściwym kierunku, to po cichu nabiera rozpędu.

Utrzymanie w Polsce obecnego modelu energetyki od zawsze leżało w interesie, nawet nie tyle partii aktualnie rządzącej, co w ogóle całej klasy politycznej i jej przybudówek. Szeroko pojmowany polski sektor energetyczny, jakby nie zaprzeczać, jest pod kontrolą państwa i realizuje polityczne zamówienia rządu. A one zawsze sprowadzają się do jednego – kupowania poparcia. Nic nie wskazuje, żeby w przewidywalnej przyszłości miało się to radykalnie zmienić.

Tu nie będzie rewolucjijak śpiewał niegdyś zespół 1984, a kolejne rządy miały mocne i częściowo racjonalne argumenty za utrzymaniem takiego stanu. Ale model polegający na tym, że polskie (czytaj: państwowe) elektrownie będą palić polski węgiel, wydobywany przez polskie kopalnie z nieprzebranych polskich złóż, ulegnie zmianie. I to szybciej niż niektórym się może wydawać.

Nie od dziś wiadomo, że nic tak dobrze nie indukuje zmian w energetyce, jak porządny blackout. Latem 2015 roku jego groźba była całkiem realna i pokazała niewydolność modelu opartego o wielkie elektrownie węglowe. Przypomnijmy – nie zabrakło wtedy węgla, ale wody do chłodzenia konwencjonalnych bloków.

Na szczęście Polskie Sieci Elektroenergetyczne (operator systemu) wyciągnęły prawidłowe wnioski i zaczęły planować w polskim systemie elektroenergetycznym miejsce dla fotowoltaiki – lekarstwa niemal idealnego na sytuacje, jak ta z sierpnia 2015 roku. A obecny rząd, mimo że ciągle z rezerwą odnosi się do energetyki odnawialnej, to jednocześnie oferuje,  bez rozgłosu i PR-u, całkiem pokaźne pieniądze na wsparcie dla elektrowni słonecznych. Na razie tych większych, nie prosumenckich, ale jak mawiają – nie od razu Kraków zbudowano.

fot. pixabay.com, Kapa 65

Energetycznym wrogiem numer jeden są wciąż dla tej władzy wiatraki. Nie było chyba zarzutu, jakiego by w stosunku do nich nie podniesiono. Łącznie z tym – to nie żart – że spod wiatraka uciekają nawet polne myszy. Tymczasem w nieco zakamuflowany dla opinii publicznej sposób tworzy się właśnie regulację, która umożliwi dostawienie całkiem sporej liczby kolejnych wiatraków oraz zmodernizowanie tych działających, które już się starzeją. Głównym powodem przygotowywania nowej regulacji jest to, że w grę wchodzą olbrzymie kwoty, za które rząd musiałby za jakieś 3-4 lata dokonać tak zwanego transferu statystycznego. Mówiąc po ludzku – musiałby po prostu kupić za granicą zieloną energię, której zabraknie do realizacji do 2020 roku celów unijnych przyjętych przez nasz kraj. I tak pewnie transfer Polski nie ominie, ale po pierwsze może nie będzie tak wysoki, a po drugie – uchylając zamkniętą wcześniej furtkę dla OZE może da się wytargować z Komisją Europejską jakieś złagodzenie kary.

Osobna historia to wiatraki na morzu. Ostatnio mamy wysyp zapowiedzi ich budowy, a jak wiosenne wróble ćwierkają – nie jest to koniec. Wkrótce światło dzienne ujrzą fakty, o których jeszcze niedawno się nie śniło. W skrócie – morskich farm wiatrowych będzie się na Bałtyku budować dużo, szybko i – co najważniejsze – wygląda na to, że z głową.

Teoretycznie rząd się jeszcze upiera, że za 30 lat z węgla będzie powstała jakaś połowa energii elektrycznej, ale tak naprawdę to raczej deklaracja, że węgiel może liczyć na taką przestrzeń. Bo w praktyce – co nie jest żadną tajną wiedzą – polskie złoża skończą się dużo wcześniej i upierając się przy węglu, będziemy go coraz więcej importować. I coraz więcej płacić za energię z niego, bo ceny emisji CO2 ostatnio skoczyły o połowę, a nikt rozsądny dziś nie powie, że mogą z powrotem stanieć. Przeciwnie, będą już tylko drożeć.

Ale w polityce ogłosić tego wszystkiego wprost po prostu się nie da. Znacznie prościej jest robić to po cichu i stawiać elektorat przed faktami dokonanymi. I tak się będzie działo. Tylko że polityka potrzebuje też igrzysk. Najlepiej kosztownych. I tymi igrzyskami będzie słynna elektrownia Ostrołęka C. Odpowiednio kosztowna – sześć miliardów strat na start – aby uspokoić zaniepokojonych. Budowę będzie można ogłosić z fanfarami i politycznie konsumować przez długie lata. A że impreza jest z definicji bezsensowna i nierentowna? Takie są koszta. Ewolucji.