POLITYKA: Restauracja czy mordownia?

Horror koalicji obywatelskiej z przyległościami wyglądałby tak, że klasa polityczna obozu zjednoczonej prawicy naprawdę poszukałaby klasy

Przed Polską ostatnie dwanaście miesięcy do wyborów parlamentarnych. Po trzech latach rządów PiS wydaje się być w znacznie lepszej formie, niż wskazywałby na to medialny przekaz. Wybory w grudniu oznaczałyby niemal pewną wygraną partii Jarosława Kaczyńskiego. Co może zmienić się przez najbliższy rok?


Zadyszka partii władzy

Ostatnie trzy miesiące w sposób znaczący, aczkolwiek mało zauważalny, zmieniły polską politykę. Pomimo bezdyskusyjnego zwycięstwa w plebiscycie samorządowym, partia władzy straciła impet. Ewidentnie wyhamowała. Deklarowana w wypowiedziach prominentnych polityków PiS rzeczywistość rozjeżdża się coraz bardziej ze światem zewnętrznym, a ideologiczna sytuacja partii Kaczyńskiego zaczyna przypominać tę, w której Platforma Obywatelska znalazła się w 2010 roku. Wtedy powstało słynne hasło, będące ideowym wyrazem polityki ciepłej wody w kranie, którą PO uprawiała niemal do końca swoich rządów – “Nie róbmy polityki, budujmy mosty”. PiS dobrnął do tego samego punktu.

Widać to przede wszystkim w kolejnych kapitulanckich gestach, które wykonuje wobec swojego własnego elektoratu. Pierwszy to przede wszystkim wycofanie się ze stanowczej i bezdyskusyjnej reformy sądownictwa, pod naciskiem organów Unii Europejskiej. Dla przeciętnego, twardego wyborcy PiS był to ruch o tyle niedopuszczalny, co i niezrozumiały. Z jednej strony bowiem nasz Prezydent opowiada o wyimaginowanej wspólnocie, a z drugiej poddajemy się w kwestii, na którą poświęciliśmy ogromną ilość energii i medialnego czasu, by wytłumaczyć, że Sąd Najwyższy w obecnym kształcie funkcjonować nie może.

-Symboliczna porażka z Prezes Gersdorf boli. Ale przede wszystkim całkowicie rozwiewa wrażenie, że PiS jest partią, której chodzi o cokolwiek (nawet jeżeli miałaby być to demolka SN). I nawet jeżeli została wykonana ona z troski o polską rację stanu, to Kaczyński, Morawiecki i inni prominenci partii władzy nie potrafią tego sensownie wytłumaczyć. A tacy koncesjonowani harcownicy, jak Piotrowicz & Pawłowicz nagle zostają na środku z zastygłymi minami nic nie rozumiejących, politycznych manekinów.

 

Drugim obszarem, na którym PiS poniósł znaczącą porażkę jest tak zwana aferalność. Wystarczy nie kraść i Polska będzie bogatsza, powtarzali rządzący w kampanii wyborczej, a następnie przez kolejne miesiące upływającej kadencji. Tymczasem afera KNF, w której były prezes Marek Ch. utracił właśnie nazwisko ze względu na prokuratorskie zarzuty nie chce się od PiS-u odkleić. Mimo prawidłowej reakcji, natychmiastowej dymisji i zapewnienń, że takie patologie wypalane będą ogniem – temat nie chce umrzeć. Jest to o tyle dla Prawa i Sprawiedliwości bolesne, że to właśnie oni mieli rozliczać złodziejski proceder z czasów rządów PO w zakresie finansów (Amber Gold, komisja VAT), tymczasem ze względu na niefrasobliwość swojego (ze szczególnym udziałem w tym wyborze Prezesa NBP Adama Glapińskiego) nominata w Komisji Nadzoru Finansowego obraz partii Kaczyńskiego jest niekorzystny. I wydaje się nie zmieniać go, także w oczach prawicowych wyborców, zapewnienie jego mentora o szczególnych: fachowości i patriotyźmie, jakimi pan Ch. miałby się charakteryzować. Przeciętny wyborca nie myśli już bowiem nasi nie kradną, a co najwyżej nasi kradną mniej niż tamci. To mało wiarygodny konstrukt, jeżeli chodzi o budowanie władzy na kolejne lata.

Do tego dochodzą drobne aferki, jak klasyczny polityczny, choć de facto kompletnie niepolityczny ani PR-owy, nepotyzm, korupcja z przekonywaniem działaczy wrogich ugrupowań stanowiskami i mamy klarowny obraz partii takiej samej jak wszystkie. PiS bezpowrotnie utracił wykreowany przez siebie nimb wyjątkowej uczciwości.

Do spektakularnej porażki w kwestii sądów oraz afery KNF należałoby dołożyć kilkanaście innych obszarów, w których nie widać konsekwencji i werwy, jaką zapowiadali w kampanii 2015 Kaczyński, Szydło i Duda. Poza sztandarowym 500+, który to program elektorat traktuje już coraz bardziej jako stan zastały, a nie jako wielkie osiągnięcie, sukcesów brak. 500+ miało pociągnąć za sobą kolejne rozwiązania prorodzinne – nic takiego się nie zdarzyło. Program Mieszkanie+ zaczyna ewidentnie rozjeżdżać się z oczekiwaniami odbiorców i na razie przerasta rządzących. Do tego protesty niepełnosprawnych, policjantów, lekarzy rezydentów. Przykłady fiask można mnożyć.

Słabość w ważnych sprawach

Przez trzy lata PiS nie zbudował również żadnej komplementarnej, spójnej wizji w polityce zagranicznej. Wszystkie działania podejmowane w sprawach dla nas ważnych na arenie międzynarodowej noszą przeogromny wymiar improwizacji, przypadkowości i płynięcia z prądem. Nie potrafimy racjonalnie zachowywać się nawet wobec naszego strategicznego sojusznika, jakim są Stany Zjednoczone (vide np. Ustawa o IPN), a co dopiero klarownie przedstawiać polskie wizje na arenie europejskiej, gdzie w ostatnich latach znaczymy zdecydowanie mniej, niż wskazywałby na to nasz potencjał. Prawo i Sprawiedliwość ustami swoich przedstawicieli bardzo lubi powoływać się na testament Lecha Kaczyńskiego. W kontekście spraw międzynarodowych i umiejętności określenia swojej wizji przez śp. Prezydenta brzmi to co najmniej groteskowo.

A jeżeli jesteśmy już przy pierwszym obywatelu RP, to warto wspomnieć dwa słowa o Andrzeju Dudzie. Prezydencie, który miał być aktywny i wyraźny, a skończył jak większość lokatorów dużego Pałacu do tej pory. Jako ozdobny kwiatek, niestety coraz częściej do kożucha. Nie będę wnikał w dyskusyjne zarzuty łamania Konstytucji, które niosą za sobą za dużo wątpliwego wartościowania.

Ale jeżeli o ustawie zasadniczej mówimy, to Andrzejowi Dudzie będziemy zawdzięczać zabetonowanie na lata debaty o zmianie obecnej Konstytucji. To Andrzej Duda miał być czynnikiem twórczym, narzucać narrację, wrzucać ciekawe tematy do debaty publicznej. Na razie nie jestem w stanie przypomnieć sobie ani jednego pomysłu (poza oczywiście referendalnym fiaskiem), który rozgrzałby głowy Polaków. Po ponad 3 latach kadencji trudno Dudę uważać za atut i kartę przetargową. Częściej za obciążenie, ze względu na jego ponadprezydenckie ambicje, które wpływają na relacje Rząd – Pałac Prezydencki w sposób kontrowersyjny (słynny już spór Duda – Macierewicz).

Jest źle, to dlaczego jest tak… dobrze?

Po przeczytaniu powyższych akapitów można byłoby odnieść wrażenie, że PiS jest w największym kryzysie w swojej historii i za chwilę czeka go spektakularny upadek, albo co najmniej słabość na miarę Platformy po przegranej z 2015. Tylko to nie do końca prawda. Jeżeli weźmiemy bowiem cztery ostatnie sondaże z listopada, IBRiS dla TVN, IBRiS dla Onetu, Estymator oraz Millward Brown dla TVN partia Kaczyńskiego ma w nich odpowiednio: 38, 38, 40 i 33 procent. Niekwestionowany lider w każdym z pojedynczych sondaży. Dlaczego?

Odpowiedź wydaje się prosta i dwuczęściowa. Pierwszą część rozwiązania przedstawił w sobotę 1 grudnia Premier Mateusz Morawiecki, opowiadając o stabilnym wzroście gospodarczym i solidarnym państwie na zwołanej ad hoc konwencji. Najniższy w historii deficyt sektora instytucji rządowych i samorządowych, stabilny wzrost PKB, atrakcyjność w oczach inwestorów. Przy tym dodatkowe 50 miliardów złotych z uszczelnionego pobierania podatków. Pomimo najwyższej w historii III RP temperatury politycznego sporu, gdzieś w tle, będąc zupełnie nieatrakcyjnym tematem dla mediów, polska gospodarka radzi sobie całkiem nie najgorzej. Mało wiarygodne okazały się krzyki i wrzaski, iż PiS wyrżnie zagranicznych inwestorów. Morawiecki, a wcześniej Szydło, potrafili przełożyć globalną koniunkturę na kupno wyborczych głosów.

Druga część rozwiązania zagadki jest niezmienna od trzech lat. Trzydziestu sześciu miesięcy. To ponad sto pięćdziesiąt tygodni dla opozycji, aby przestać być latającym cyrkiem, niekoniecznie Monty Pythona (ten często bywał śmieszny) i zbudować jakąkolwiek jakość w polityce. To ponad tysiąc dni na znalezienie słabych punktów PiS, na zrozumienie, jak zmieniła się Polska po 2015 roku i że wyborcy nie mieszkają tylko w miastach powyżej 200 tys. mieszkańców. Bilans opozycyjnej merytorycznej pracy jest dla przeciętnego wyborcy nieznany. Ta bowiem woli pławić się w rozpaczliwych frazesach, w udawaniu Rejtana w Polsce i zagranicą i wewnętrznych sporach. Niczym pruscy generałowie, posiadając plany walki w minionych już wojnach przegrywają z nowymi wyzwaniami. I niczego w mentalności Schetyny, Lubnauer, Petru a co gorsza Biedronia, nie zmieniła nauczka z wyborów samorządowych. Hasło żeby było, tak jak było (w domyśle przed 2015 rokiem) nigdy nie było bardziej aktualne, zwłaszcza w kontekście tęsknych spojrzeń za powrotem Tuska na białym koniu.

Co się zmieni?

Stara politologiczna maksyma mówi, że partie w sposób znaczący nie są w stanie się zmienić. Zwłaszcza w czasach ugrupowań podporządkowanych w stu procentach swoim liderom. Zmienia się elektorat. Pod wpływem silnych i istotnych przeżyć, na który narażają go rządzący. Bądź globalna koniunktura. I to właśnie tego, w obecnej sytuacji, powinien obawiać się PiS. Jakiekolwiek załamanie na finansowych rynkach, odcinające prąd i gospodarczy impet, jakiego nabraliśmy czasami wbrew działaniom Rządu spowoduje spektakularną porażkę. Ale to nie wszystko. Pycha kroczy przed upadkiem. Jeżeli drużyna Kaczyńskiego nadal będzie przeobrażać się w późną Platformę Obywatelską pod względem pogardy dla własnego wyborcy, czeka ich ten sam los. Wtedy o kontynuacji nie będzie mowy.

Co może zrobić Koalicja Obywatelska z przyległościami? Spoważnieć. Znaleźć formułę, wynaleźć się na nowo. Elektorat, który wybierał neoliberałów w 2007 i 2011 roku już nie istnieje. Jeżeli opozycji marzy się jakakolwiek forma restauracji, to pora wymyślić coś więcej, niż okrzyki “Konstytucja, Konstytucja”. W innym przypadku ich powrót do władzy będzie bolesny nie tylko dla Polaków, ale i dla pełnych ambicji Schetyny, Lubnauer, Petru, Czarzastego, a może i Biedronia.

Najstraszniejszą zaś perspektywą dla niej jest, że te słowa przeczyta i weźmie do serca ktoś, kto przez kolejne 52 tygodnie będzie miał dostęp do realnego ucha Prezesa. Wyobrażacie sobie drodzy czytelnicy? Ziobro, Brudziński, Mazurek, Kuchciński, Kurski,  Macierewicz i reszta towarzystwa: wszyscy oni na rok poważnieją, przestają wydawać decyzje i opinie, które dotychczas wykształconą i znającą mechanizmy cywilizowanej polityki, część społeczeństwa, bądź to śmieszyły, bądź przerażały, najczęściej zadziwiały i żenowały.

Horror koalicji obywatelskiej z przyległościami wyglądałby tak, że klasa polityczna obozu zjednoczonej prawicy naprawdę poszukałaby klasy i (kompletnie nieważne, czy z serca, z taktyki, czy z przemyśleń) zaczęła zachowywać się po prostu sympatycznie i komunikować z całym społeczeństwem na wzór zachodnich ugrupowań konserwatywnych. Że postawiliby na wspólne odrestaurowanie pozytywnych założeń i wizerunków, a nie na wzajemne obijanie mord, czy intrygi doprowadzające do morderstw politycznych wśród swoich. Że na twarzach gościłyby uśmiechy. Że zakończyłaby się era pisowskich zaciśniętych zębów, umysłów i pięści. Na szczęście (?) nieszczęście (?) znamy Tych Państwa doskonale od lat.

Obyś żył w ciekawych czasach. To powiedzenie przypisuje się chińczykom i wbrew wymowie jest ono trwożnym komentarzem, do tego co nas otacza. I pasuje jak ulał do nadchodzących 12 miesięcy.



REO POLECA

📻 CZARNE PRĄDY: NIK nie wierzy w energię PiS za grosz

Paweł Krulikowski
Politolog, komentator i analityk. Absolwent UW oraz SGH. Główny obszar zainteresowań: wizerunek polityczny. Jako konsultant brał czynny udział w trzech ostatnich kampaniach wyborczych. Po różnych stronach. Obecnie w sektorze prywatnym. Sceptyk. Symetrysta. Po godzinach basista zespołów Popkultura oraz Kapitan Nemo.