REO OPINIE: Antyimigrancka partia przyjmuje imigrantów – takie rzeczy tylko w Polsce

Piotr Wójcik: PiS vs. imigranci – logika kontra polityka

Trudno pojąć politykę imigracyjną Prawa i Sprawiedliwości. Gdy jesienią 2015 r. Unia Europejska była w epicentrum kryzysu migracyjnego, PiS rozpętało antyuchodźczą histerię. Gdy kraje UE dogadały się w kwestii rozlokowania części imigrantów pomiędzy poszczególnych członków Wspólnoty, PiS od początku głośno się temu przeciwstawiało. Choć z tego przydziału Polsce przypadło przyjęcie zaledwie 7 tysięcy osób.

Nawet jednak to było za dużo, ponieważ, według narracji partii Jarosława Kaczyńskiego, przybysze przebywający w obozach w Grecji i we Włoszech to nie uchodźcy, lecz imigranci zarobkowi. Co więcej, wielu z nich pochodzi z krajów muzułmańskich, a muzułmanie mogą sprawiać problemy różnego rodzaju – od napięć kulturowych po zagrożenie terrorystyczne. Gdy PiS doszedł więc do władzy, Polska nie przyjęła ani jednej osoby w ramach procedury relokacyjnej, nie wywiązując się tym samym z umowy zawartej z innymi krajami UE. Żeby być w pełni uczciwym, trzeba też dodać, że w zasadzie żaden nie wywiązał się z niej w pełni, aż wreszcie z procedury tej zrezygnowano.

W tym czasie jednak Polska pod rządami PiS zaczęła prowadzić politykę mocno proimigrancką. Wojewodowie masowo zaczęli wydawać pozwolenia na pobyt oraz pozwolenia na pracę obcokrajowcom. Pod rządami PiS Polska jak nigdy wcześniej otworzyła się na imigrantów. Co więcej, coraz więcej z nich pochodzi z krajów muzułmańskich. Gdy ze strony grup bardziej prawicowych niż PiS zaczęły dochodzić głosy oburzenia, że pomimo zapowiedzi Polska przyjmuje tysiące muzułmanów i imigrantów z Azji, rządzący ruszyli uspokajać nastroje.

Zaczęli zapewniać, że przybywający obywatele krajów azjatyckich to tylko imigranci zarobkowi – tylko że dokładnie to samo wcześniej mówili o uchodźcach, których właśnie z tego względu nie chcieli przyjąć. Logiki w tym nie ma za grosz, można to tłumaczyć jedynie politycznie –

antyimigrancka histeria w 2015 r. była PiS potrzebna do zdobycia władzy.

Obecnie PiS do utrzymania władzy potrzebny jest szybki wzrost gospodarczy, a tego nie można osiągnąć bez sprowadzania pracowników z zagranicy.

Problem w tym, że w ostatnich dniach samorządowej kampanii wyborczej PiS znów postanowiło zagrać na niechęci do imigrantów, wypuszczając bez mała obrzydliwy spot szczujący na obcokrajowców, pełen zresztą przekłamań. A to już jest nie tylko głupota, bo podważa w ten sposób własną politykę, ale też skrajna nieodpowiedzialność, gdyż nastawia społeczeństwo wrogo wobec osób zza granicy, które najpierw do Polski wpuściliśmy.

Otwarta droga z Islamabadu do Warszawy

W 2015 roku, a więc w ostatnim, w którym rządziła koalicja PO-PSL, Polska wydała 66 tysięcy pozwoleń na pracę dla cudzoziemców. Przypomnijmy: zezwolenia na pracę wydają wojewodowie, którzy są mianowani przez aktualny rząd.

W 2016 r. wojewodowie, już z PiS, wydali 127 tysięcy takich pozwoleń, a więc dwa razy więcej niż wojewodowie z PO i PSL rok wcześniej.

W 2017 r. znów tę liczbę podwojono – wojewodowie wydali 236 tysięcy pozwoleń na pracę dla cudzoziemców. W praktyce PiS jest więc partią, która niezwykle wręcz otwiera Polskę na imigrantów – jakieś cztery bardziej niż PO. Której w ostatnim prymitywnym spocie wyborczym zarzuca… chęć otwarcia się na imigrantów.

W obecnym roku znów pobijemy rekord. W pierwszym półroczu 2018 r. Polska wydała 140 tysięcy pozwoleń na pracę, a jako że trend jest rosnący, to całkiem możliwe, że w 2018 liczba ta dojdzie do 300 tysięcy. Co więcej,

coraz wyraźniej widać, że przyjmujemy też imigrantów z krajów dla nas dosyć egzotycznych.

Do tej pory wśród imigrantów dominowali Ukraińcy. Tymczasem w 2018 r. pozwolenie na pracę otrzymało aż 3 tysiące obywateli Bangladeszu, a więc kraju muzułmańskiego. Niemal 4 tysiące to obywatele Indii. Mieszkańców Nepalu w tej grupie jest aż ponad 10 tysięcy. 1,5 tysiąca pozwoleń na pracę wydano Azerom, 50 – Pakistańczykom (oczywiście oba narody również są muzułmańskie).

Jak widać, wojewodom z PiS muzułmanie w ogóle nie przeszkadzają. Muszą nie przeszkadzać też Prawu i Sprawiedliwości, bo inaczej już dawno by tych wojewodów odwołali. Dlaczego więc przed wyborami próbowali znów rozpętać islamofobiczną histerię? Przecież to śmierdzi hipokryzją na kilometr – Polacy widzą, że pod rządami PiS polskie ulice zaludniły się gośćmi z Azji, którzy zresztą żadnych problemów nie sprawiają.

 

Wywrotowcy w rządowych ławach

Inaczej mówiąc, PiS podważa swoją własną politykę. Nawet jeśli nie teraz, to po pewnym czasie taki przekaz trafi w nich rykoszetem. Wszyscy dobrze wiedzą, jak wygląda realna polityka migracyjna rządu – sporo o tym się mówi, poza tym widać ją na ulicach. Co gorsza, narracja sącząca się z przedwyborczego spotu może rozpętać znów antyimigranckie nastroje – tylko że teraz imigrantów z Azji w Polsce jest już sporo, inaczej niż w 2015 r. Obecnie taka histeria może więc mieć dużo gorsze konsekwencje. W ostatnich dwóch latach mieliśmy przecież serię pobić osób o ciemniejszym kolorze skóry.

Chyba mało kto już oczekuje od polskich polityków logiki, ale elementarnej odpowiedzialności za bezpieczeństwo nasze, jak i przyjezdnych powinniśmy jednak oczekiwać.

Albo się przyjmuje tysiące imigrantów z Azji i dba o ich dobre przyjęcie w społeczeństwie oraz o bezpieczeństwo zarówno gospodarzy, jak i gości, albo się twierdzi, że są niebezpieczni i zamyka się przed nimi granicę. To drugie podejście byłoby niesprawiedliwym uproszczeniem wobec mieszkańców Azji, ale przynajmniej nie byłoby skrajnie nieodpowiedzialne. Nie można wpuszczać dziesiątków tysięcy imigrantów z Azji i równocześnie twierdzić, że są olbrzymim zagrożeniem. Bo to jest podkładanie bomby pod kraj, którym się rządzi. A na coś takiego nie wpadliby chyba nawet terroryści z ISIS.