REO KONKURS: O! Wszyscy Święci, ale trzydniówa…

Tradycje: jedna niedawno narodzona, druga stara jak kraj (z dodatkową wersją na czasy PRL), trzecia wydająca się zanikać.

 

Jako mama dwójki pociech w wieku szkolnym, codziennie muszę stawić czoła wyzwaniu, jakim jest udzielanie odpowiedzi na niezliczoną ilość pytań, próśb, potrzeb… O ile pytania, często natury filozoficznej, uwielbiam, bo są zaczątkiem ciekawych dyskusji, prośby podzielone na te bardziej lub mniej realne są również do zrealizowania, o tyle potrzeby, formułowane zazwyczaj na ostatnią chwilę i nierzadko oderwane od rzeczywistości, to nie lada wyzwanie. I na tych ostatnich chciałabym się skupić. Od kilku dni jak bumerang powraca jeden temat.

 

Dzień pierwszy: z importu

Halloween. Mama, muszę udekorować swój pokój na Halloween, Mama, kup mi gadżety z Halloween, Mama, robimy w szkole poczęstunek na Halloween, kup mi halloweenowe ciastka!, Mama, potrzebuję czarny karton, żeby zrobić halloweenowy plakat, Mama, czy możemy iść do sąsiadów zbierać cukierki i mówić: treat or trick?….

Nie jestem przeciwniczką poznawania tradycji innych krajów. Uważam to za wartość samą w sobie, aby je znać. Ze smutkiem jednak patrzę na to, jak co roku na koniec października jesteśmy coraz bardziej zalewani czymś, co totalnie do naszej rzeczywistości nie pasuje. Nie ma już chyba w tej chwili sklepu wśród popularnych sieciówek, sklepu z zabawkami czy tzw. papierników, które nie oferowałby odzieży, dodatków i innych produktów z motywami święta rodem zza oceanu. No i jak moim dzieciom wytłumaczyć, że długopis ze świecącą dynią, kapelusz z pająkami lub bluzeczka z kościotrupem to nie są produkty pierwszej potrzeby? A już na pewno nie są nam potrzebne, aby celebrować nie nasze święto Halloween…

Przypominam więc sobie, jak to było w czasach, kiedy sama byłam dzieckiem i większość z nas żyła w błogiej nieświadomości, że 31 października gdzieś w obcym kraju obchodzi się jakieś nieznane nam święto. Myślę, że mocno zdziwilibyśmy się, gdyby poprzebierane w upiorne stroje dzieci pukały do naszych drzwi, oczekując słodkiego poczęstunku.

KONKURS KREATYWNY: SZUKAMY JEDNEJ NAZWY DLA TRZECH DNI!

Być może to któraś  z osób czytających REO zasłynie z kreatywności językowej, jeśli jej pomysł się przyjmie. Zastanówcie się, prosimy Was, nad tym jak najkrócej i najtrafniej nazwać to – chcemy czy nie – funkcjonujące od iluś już lat swojego rodzaju triduum jesienne. Czekają na Was nagrody książkowe, piszcie:

kontakt@reo.pl

 

Dzień drugi: z kalendarza

Od zawsze tym wyjątkowym dniem jesieni był 1 listopada – dzień Wszystkich Świętych. Szczególny czas zadumy i wspominania tych, którzy odeszli. W Kościele rzymskokatolickim to dzień upamiętniający wszystkich chrześcijan, którzy osiągnęli stan zbawienia i przebywają w niebie. Ciekawostką jest to, że w czasach PRL-u starano się, aby święto 1 listopada miało charakter świecki i nadano mu nazwę Święto Zmarłych. Tak skutecznie, że nazwa ta zakorzeniła się w pamięci wielu osób i nadal przekazywana jest młodym pokoleniom.

Trzeba jednak przyznać, że obchody dnia Wszystkich Świętych są w Polsce pewnego rodzaju ewenementem i szczęśliwie nie zanosi się na to, aby miało się to zmienić. W żadnym innym europejskim kraju nie celebruje się go na tak masową skalę. I myślę, że właśnie to, że w tym jednym dniu całe rodziny zjeżdżają się do jednego miejsca, aby wspólnie uczcić pamięć tych, których nie ma już wśród nas, czyni to święto tak wyjątkowym.

 

Dzień trzeci: z głębi serca

Nie wszyscy jednak zdają sobie sprawę z tego, że w wierze katolickiej dniem, który faktycznie poświęcony jest pamięci wszystkich nieświętych zmarłych, jest 2 listopada, nazywany Dniem Zadusznym (potocznie Zaduszkami). Przykro stwierdzić, że ten najbardziej serdeczny, głęboki w swoim wymiarze dzień, jest obecnie najmniej czczony, z czym wiąże się m.in. to, że drugiego listopada idziemy normalnie do pracy. Ale nie tłumaczmy się tym za prosto, wszak Wigilia i Wielki Piątek to także święta, choć nie państwowe to religijne i bardzo rodzinne.

Sięgając do wierzeń i zwyczajów słowiańskich, szczególną rolę odgrywała noc z 1 na 2 listopada. Uważano, że w tym czasie dusze zmarłych, uwolnione z czyśćca, powracają na ziemię i pozostają na niej aż do świtu, szukając pomocy, modlitwy lub ofiary. Starano się więc nie wychodzić z domu, unikano podróży i odwiedzin, aby nie natknąć się na błąkających się zmarłych. Co ciekawe, jeszcze na początku XX wieku w wieczór zaduszkowy przygotowywano potrawy i alkohol, które pozostawione przy progu miały czekać na zmarłych. Skrzypiąca podłoga, uchylone drzwi lub brama, iskry w kominku… – to miały być znaki, że oto zbłąkana dusza daje znać o swojej obecności. Tak więc przy odrobinie wyobraźni nietrudno porównać importowany produkt ze Stanów do prasłowiańskich Dziadów (bez względu na różnice, z datowaniem go, między etnografami).

Z biegiem lat, rozwojem cywilizacji i technologii odeszliśmy od wspomnianych wierzeń. Pozostaliśmy jednak przy pięknej i bardzo mocno zakorzenionej w polskiej kulturze tradycji odwiedzania miejsc spoczynku bliskich. Przekazując i podkreślając wagę tych dni kolejnym pokoleniom, z pewnością nie zagrozi nam totalny import Halloween. Mam też nadzieję że tradycyjnego sposobu celebrowania 1 i 2 listopada nie wyprze również wirtualny znicz, popularny chyba jedynie wśród młodszych pokoleń użytkowników tabletów i smartfonów.

 



REO POLECA

REO I NOWOCZESNOŚĆ. Jan Osiecki, dziennikarz, pisarz: Jaką cenę płacimy za postęp technologiczny