REO BEZ BARIER: PEŁNOPRAWNI POKAŻĄ!

Felieton autorstwa Agnieszki Staszów-Bularz i Wojtka Bularza (bezbarierowi.pl)

Musimy się pochwalić. W niedzielę 21 października wybieramy się na prawdopodobnie najkrótszą wyprawę, w którą można się wybrać. Wsiadamy do naszego samochodu, przejeżdżamy nim dokładnie pół kilometra. Zatrzymujemy się pod budynkiem przedszkola. Atakujemy zbocze budynku ścianą północną bez zakładania obozu aklimatyzacyjnego. Nie zapominamy o dokumentach – bo na szczycie tubylcy skontrolują nasze dowody tożsamości. W ramach prastarego obyczaju otrzymamy kartkę papieru. Postawimy na niej kilka krzyżyków i wrzucimy do urny. A potem wrócimy do domu.

 

 

Prawo wyborcze nigdy nie rozpieszczało niepełnosprawnych. Rzeczywistość wyborcza – jeszcze mniej. Zgodnie z prawem, samorządy mają obowiązek dostosować do potrzeb niepełnosprawnych co drugi lokal wyborczy. A to zgodnie z żelazną urzędniczą logiką oznacza, że również co drugi jest niedostępny.

To może w takim razie zmienić swój obwód wyborczy na przystosowany do potrzeb niepełnosprawnych (wiecie, że termin upływa 16 października?)? W miastach powyżej 20 tysięcy mieszkańców jest to możliwe, bo zwykle na jeden okręg wyborczy (czyli miejsce, z którego startuje pula kandydatów) przypada kilka obwodów wyborczych (czyli miejsc, do których udają się wyborcy). W małych gminach jeden obwód ogarnia po kilka okręgów. A można głosować tylko we własnym okręgu.

Lokale wyborcze? Nawet jeśli są idealnie płaskie, za wystarczająco szerokimi drzwiami, to szlag zaczyna trafiać niepełnosprawnego (tego na wózku i tego niskorosłego) po wejściu za zasłonkę. Na pulpitach do głosowania mógłby co najwyżej ćwiczyć zwisy i podciągnięcia.

No to może pełnomocnik? (termin właśnie minął) Albo głosowanie korespondencyjne?  (termin minął kilka dni temu) Te rozwiązania mają jedną zasadniczą wadę: niepełnosprawny, który chciałby z nich skorzystać, musi nałazić się po urzędach, poczcie, a potem liczyć na to, że wyznaczona osoba zagłosuje zgodnie z jego instrukcjami, a list z kartą wyborczą dojdzie do adresata. Ręce więc opadają każdemu, kto uświadomi sobie, że rozwiązanie jest bardziej uciążliwe niż problem.

Podobną zagwozdkę będą mieli niewidomi. Wyobraźcie sobie: prawie 2500 gmin, a w większości po jednej unikatowej nakładce na kartę do głosowania. Co w wypadku wizyty osoby niewidomej? Telefon od przewodniczącego komisji do urzędnika w ratuszu i kilkadziesiąt minut krępującej ciszy w oczekiwaniu na brailowską nakładkę. Aż chciałoby się powiedzieć: „lepsze to niż nic”.

Więc może zagrajcie va banque. Wybierzcie się więc w podobną wyprawę, jak my. Nie dbajcie o bagaż, nie dbajcie o bilet. Do lokalu wyborczego dojdźcie, dojedźcie, dopełznijcie, dajcie się wnieść. Zawstydźcie komisję wyborczą. Przynajmniej zadrżą im nerwy w nudnym jak jasna cholera dniu. Wymówki nie mają sensu. Nie dajcie sobie wmówić, że prawo wyborcze to jakiś obowiązek. To przywilej, który pozwala Wam w rzeczywisty sposób ukształtować ustrój na poziomie rządu i samorządu. I nie mówcie, że nie pójdziecie do wyborów, bo jesteście rozczarowani polityką. Polityka dopadnie Was w każdym aspekcie Waszego życia. 21 października to Wy możecie ją złapać za gardło i mocno potrząsnąć.

i jeszcze jedno. Najważniejsze (…)

DALSZY CIĄG W PEŁNYM TEKŚCIE FELIETONU:
bezbarierowi.pl