📻 Renata Dancewicz: Nie przypuszczałam, że kierowanie pojazdem jest takie zmysłowe i mocodajne

Pogawędki na szosie

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu na podcaście. Czyta Bożena Sitek.

 

Długo nie czułam woli bożej do prowadzenia samochodu. Dopiero po czterdziestce zdecydowałam się na kurs prawa jazdy. Owszem, wcześniej kupiłam nawet samochód w celu zmobilizowania się, ale jeździli nim mój chłopak i przyjaciele. I kiedy zaczęli robić łaskę w kwestii wożenia mnie nim, powiedziałam basta. Sprzedałam i tyle go widziałam. Nie podejrzewałam nawet, że kierowanie pojazdem jest takie przyjemne, zmysłowe i mocodajne.

Teraz, wbrew ekotrendom, jeżdżę gdzie się da i upajam się wolnością i dorosłością. Kierownica w rękach dodaje pewności siebie i obnaża charakter. Żeby móc swobodnie prowadzić, nie da się sobie zaprzeczyć ani się zanegować. Zauważyłam, że bycie w samochodzie mnie kondensuje. Auto jest swoistym jokerem. I tak jak w kartach sam w sobie nic nie znaczy, to dlatego jest superkartą, że wzmacnia, potęguje i się podszywa. Emocje na szosie są rozszalałe i na pewno nie z tombaku. Szczególnie te niekoniecznie pozytywne.

Jadę sobie ostatnio z Olsztynka do Nidzicy lewym pasem i muszę zwolnić, czekając, aż jedna ciężarówka wyprzedzi drugą. Cierpliwie jadę dziewięćdziesiątką jakieś 3 minuty. Myślę nie zauważył mnie, migam długimi. Nic. Jeszcze raz. Jeszcze bardziej nic. No to spróbowałam gościa pobudzić klaksonem. Na co on zwolnił. Czerwone światełka stopu. Szlag mnie trafił na takie jawne lekceważenie, no ale nie miałam więcej narzędzi ekspresji. Jadę już 5 minutę. Z nudów zapamiętałam numer telefonu firmy, do której należała ta ciężarówka. Zadzwoniłam i grzecznie pytam, czy rozmawiam z kierowcą, czy z szefem. Z właścicielem, bo co. Bo to właśnie, że pański kierowca już szóstą minutę itd. Nie spotkałam się z życzliwym przyjęciem. Trzeba przyznać, że obelgi – z obu stron – nie były najdotkliwsze. Na zakończenie wyraziłam obawę, że jeśli mój interlokutor tak prowadzi biznes, jak rozmowę ze mną, to kariery nie zrobi i firmy raczej na giełdę nie wprowadzi. Zadowolona z riposty odłożyłam słuchawkę i dałam muzykę na full.

Jadę dalej, słońce, wakacje i Strachy na Lachy. Po pół godziny odbieram telefon. Nieznany męski głos pyta, czy ja jestem ta baba, która zadzwoniła i nakablowala etc. No jasne, że ja – potwierdzam. Pan mnie pyta, czy on śni. Ja, że pewnie tak i dlatego tak powoli wyprzedzał, bo senna maligna. A on, że uszom nie wierzył, jak szef zadzwonił, i dalej docieka, czy śni. Staram się racjonalnie argumentować, że tak nie można się zachowywać na lewym pasie. Ale widzę, że nie ma sensu iść tą droga. Powiedzieliśmy sobie do słuchu parę rzeczy, trzeba jednak przyznać, że niezjadliwych do szpiku kości. Taki small talk raczej, aż nagle pan zapytał, a gdzie to niby było. No, bliżej Nidzicy. Jakiej, kurwa, Nidzicy? No tej, kurwa, za Olsztynkiem. Przecież ja w Szczecinie jestem! Aaa, no to faktycznie nie pan. No przecież od początku mówię, że nie ja!

Na takie dictum życzyłam mu miłej podróży i cudownego dnia. Pan odżyczył mi tego samego i uśmiechnięta pojechałam dalej. Nikt nie zginął, adrenalina wzniecona, więzy zadzierzgnięte, Wersal w sumie i bon-ton. Można?