📻 GODZINA WILKA. Renata Dancewicz

Dziś, dosłownie, do bólu szczerze. Znasz ten stan?

AUDIO REO. Posłuchaj tekstu artykułu na nagraniu. Czyta Danuta Stachyra

 

Nigdy nie rozumiałam, dlaczego dzieci, którym chce się spać, zamiast zamknąć oczy i zasnąć, otwierają buzię i płaczą. Powtarzam też przyjaciołom, którzy zmagają się z bezsennością, że widocznie nęka ich nieczyste sumienie i chorobliwa ambicja. Niby żartem, ale też nie do końca.

 

Sama zasypiam podejrzanie łatwo i tracę kontakt z rzeczywistością po zamknięciu oczu. Wczesne poranki i wschody słońca dopadają mnie tylko w podróżach, przy zmianie stref czasowych. Są wtedy atrakcyjne, bo wyjątkowe. Kiedyś przeczytałam, że najlepiej pracuje się o świcie, kiedy świat jeszcze nie działa i nic człowieka nie rozprasza. Spróbowałam, zadziałało.

Są jednak takie chwile w życiorysie, kiedy do człowieka, nawet tak nielubiącego się zamartwiać na zapas i optymistycznie lekkomyślnego jak ja, przychodzi godzina wilka. Skrada się on podstępnie i zdradziecko o czwartej, piątej nad ranem i wyrywa z bezpiecznego świata i równowagi psychicznej.

Wszystko to, co sobie na co dzień racjonalizuję, czego się boję, co odpycham i czego stanowczo sobie nie życzę, staje mi przed oczami, a nawet wchodzi we mnie i jak dybuk bierze mnie w posiadanie.

Jest tam i memento mori, i czające się wszędzie nowotwory złośliwe z przerzutami. Moje dziecko jest wydane na pastwę najstraszniejszych doświadczeń. Jestem nieudacznikiem, który koncertowo spieprzył sobie życie i zaprzepaścił talenty i możliwości. Po przekroczeniu tej cienkiej, czerwonej linii staczam się ekspresowo i ląduję pod mostem. Z oczu opadają mi łuski i bezlitośnie prześwietlam przyjaźnie i znajomości – rzecz jasna, są martwe i wyrachowane.

W godzinie wilka mam wrażenie, że w klatce piersiowej zamiast serca mam trzepoczącego się motyla, który rozpaczliwie chce ze mnie wyfrunąć. Zazdroszczę innym ludziom wszystkiego. Wszystko mają lepsze i fajniejsze niż ja. Wyrywa mnie z pościeli, tłukę się po domu, palę papierosy i mam się za nic. Jest to stan pandemonium, stan masakra. Pewnie jakiś przejaw życia duchowego.

Mogę sobie pogratulować, że te stany zdarzają mi się rzadko, dwa, trzy razy do roku, bo są cholernie wyczerpujące. Zastanawiam się, czy nie lepiej by było, gdyby to równomiernie rozrzucić po całym roku. Może rozłożone na 12 miesięcy byłoby łatwiej strawne? Ale może też życie byłoby bardziej przyszarzałe i pobrudzone? Lepszy jest strach na raty czy cios w splot słoneczny i solidne jednorazowe przeczołganie?

Ja i mój wilk znamy się całkiem dobrze. Może nasza relacja to już syndrom sztokholmski? Szanuję go i doceniam, że tak rzadko mnie odwiedza. No i jest tyle groźniejszych zwierząt. Może mój wilk mnie przed nimi chroni? Może kiedyś się udomowi i zamerda ogonem?